tak się złożyło, że zmiany, które miały nastąpić we wrześniu ubiegłego roku, nastały dopiero w marcu bieżącego. w zasadzie funkcjonowały od połowy lutego, ale śmiałam skorzystać z urlopu, żeby trzymać pod kluczem rozferiowaną dziatwę i uskuteczniać rekonwalescencję rozjechanych bioder. zapewniam, że to ostatnie nie z powodu nowego wydania kamasutry, ale akrobacje na żyrandolu mogłyby być podobnie brzemienne w skutki.

tak się złożyło, że dzięki zmianom mogę spać jak niezachwiany psychicznie człowiek, z czego… jeszcze nie udało mi się skorzystać. założyłam sobie naiwnie, że tydzień na przestawienie się z trybu pracy dzienno-nocnego na pożądany przez wszystkie matki ośmiogodzinny pierwszozmianowy to i tak nadto. błąd. usypianie o drugiej ma to do siebie, że na dźwięk budzika męża o 5:40 budzi się w tobie instynkt seryjnego mordercy, a już twój własny budzik o 5:50 jest przyczynkiem do wpisania w rejestr nowej jednostki chorobowej – niealkoholowego delirium tremens. ale jakby tak zagłębić się w temat, zbrodnia popełniona na mężu o szóstej po wariującym co pięć minut budziku powinna być potraktowana jak zabójstwo w afekcie. pani sędzino, poproszę o łagodny wymiar kary. obawiam się jednak, że w mojej sytuacji mogłoby to nie przejść, bo mam męża janioła, przyzwyczajonego do obsługi dzieci, kiedy matka ratuje lokalne społeczeństwo przed patologiami różnej maści. i tu słowo ratuje potraktujmy obcesowo, co się będziemy szczypać.

Lucy Mayday Art

tak się złożyło, że wciąż niezmiennie od lat szkolnych i mimo małżonka odwalającego czarną robotę związaną ze ściąganiem z łóżek i przeważnie karmieniem młodych, moje pobudki trwają dłużej niż przeciętnego kowalskiego. tak jakby nie lubię ludzi o poranku, a kakofonia porannych rozmów wibruje mi w uszach szarpanym na strunach głosowych niewdzięcznym staccato jeszcze na ostatnim skrzyżowaniu przed siedzibą firmy. w szatni już mi czasem drży kącik ust, już mam ochotę się roześmiać i popędzić przez dzień na ubranym w czerwoną pomadkę bananie, ale hola, hola, spokojnie, do pierwszej kawy jeszcze nie raz spieprzy mi się nastawienie do życia, albowiem:

tak się złożyło, że mam swoje biurko, ale nie mam jeszcze swojego komputera. co prawda do picia kawy jest to sprzęt zupełnie nieprzydatny dla kogoś, kto widzi tylko jednym okiem, bo drugie nadal śpi (if u know what i mean), jednak ma znaczenie w szerszym pojęciu. tuła się człowiek od pokoju do pokoju korzystając upierdliwie z cudzego wyposażenia, to tu chlipnie, to tam coś przegryzie, lecz zagrzać się w nowym towarzystwie nie ma okazji.

tak się bowiem złożyło, że pięć lat pracy w specyficznych warunkach, czyli w pewnego rodzaju skazaniu na ograniczone towarzystwo wraz jego wszystkimi, mniej lub bardziej pozytywnymi nawykami, odciska swoje piętno. nawet jeśli nie chcesz, poznajesz ludzi niemal od podszewki, jesteś w stanie przewidywać ich reakcje, wyprzedzasz ich myśli, zżywasz się mimo, że tematem przewodnim dnia (lub nocy) nigdy nie jest życie prywatne. na ósemkach odwrotnie, niektóre grupy żyją wymianą treści osadzonych głęboko w życiu osobistym, do których nie masz dostępu, nie chcesz albo krępujesz się wnikać. ty nie rozumiesz ich, oni ciebie, obawiają się intruza z zewnątrz i zawsze jest lekko niezręcznie. tym bardziej ci głupio, bo ukrywają przed świeżakiem informacje, bywa że wstydliwe, o których ty wiesz o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. bo praca z mężczyznami uczy, jeśli wcześniej jej nie nabyto, dyskrecji. takiej dogłębnej, bezprecedensowej dyplomacji, przykrytej plotkowaniem o bzdetach i drobnymi złośliwościami. choć być może to nie kwestia płci, tylko jednak specyfiki i warunków pracy? obecna stanowi dla mnie jeszcze wyzwanie i zagadkę, choć wydawało mi się, że skrócony dzień i wydłużona noc załatwią za mnie całą resztę.

tak się złożyło, że nie załatwią. dają wolne weekendy, ale wymagają częstszego robienia zapasów kawy, bez której przy ostatnich warunkach meteo zaliczyłabym zapaść z ciśnieniem 74/53. regulują sen i stałość spożywania posiłków, które jednak musisz codziennie przygotować, a nie – jak dawniej – podczas okresowego zrywu na kuchareczkę. dają ci towarzystwo koleżanek podczas zajęć fitness, które wcześniej pracowały na chleb podczas, gdy ty wracałaś z nocnej zmiany i po drodze zahaczałaś o siłownię, ale też wieczorna zumba jest wyzwaniem zapachowym, przestrzeni i miejsca do parkowania. no i wszędzie stoisz w kolejkach – do ortodonty, internisty, szaletu miejskiego, w kolejce przy sklepowej kasie i w barze mlecznym, nawet w siłowni (na szczęście znasz skróty, więc nie stoisz w korkach). co zabawne – te problemy wcale nie stanowią o negatywnej stronie zmian. trzeba się po prostu przyzwyczaić do inne logistyki i odmiennych ograniczeń, które przecież zawsze i wszędzie, niech im ziemia lekką będzie.

Lucy Mayday Art

a jakie mamy plusy obecnej sytuacji? same! wolne weekendy robią cała robotę, nawet kwiatki mi się utrzymują od ponad miesiąca 🙂 może zdołam pogodzić moje rozbuchane weekendowe życie towarzyskie (serio, nie ma kiedy załadować) z prowadzeniem bloga, który od pewnego czasu dogorywa i czeka na zmiłowanie. zamówcie trzy zdrowaśki w tej intencji i oczekujcie efektów.

miłego weekendu, kochani.