zgniły kalafior

po miesiącu męczarni mam w końcu zęba, a nie zgniłego kalafiora w miejscu górnej prawej siódemki. trochę pocierpiałam, ale dzięki temu podjęłam decyzję o zmianie dentysty. od niedawna spotykam się w miarę regularnie z gościem, z którym mogłabym spokojnie na melanż wyskoczyć. czy on ze mną również to temat kontrowersyjny, można mnie już bowiem rozpatrywać w kategorii starej raszpli, a z niego młody bóg stomatologii jeszcze, z pryszczykiem tu i ówdzie, obowiązkowo w conversach i ciętym językiem. zakochałam się, no! przy okazji zna się trochę, bo jeszcze mleko studenckie pod nosem, a i uczyć ma się od kogo. z czasem przekonuję się (namacalnie), że podejmowanie trudnych decyzji wcale nie sprawia aż tak wiele kłopotu, najczęstszym ograniczeniem jest strach przed nieznanym.

kiedy już się rozkokosiłam w nowym miejscu, udało mi się nawet otworzyć buzię nudząc się w poczekalni. normalnie ręce mi opadają i szczękościsku dostaję na każdą ze skrajności – grobową ciszę kilkudziesięciu bywa osób, albo trajkoczące o rwach kulszowych jejmości. w tym przypadku chciałam uciąć, przynajmniej łudząc się, że odniosę sukces, narzekania na kraj, rząd, społeczeństwo. naprzeciwko mnie siedziało sobie okołopięćdziesięcioletnie chucherko z zakolami większymi niż moje solidne kolano i głosem przyzwyczajonym do przekrzykiwania innych perorowało o tym, jak to nagannie w tym kraju się dzieje. po kilku minutach dziamgotania tej chodzącej antyreklamy politologii rzuciłam od niechcenia, że znikąd to się nie wzięło, sami wybraliśmy decydentów, sami też przymykamy oko na ich wybryki wierząc w to, co aktualnie oglądana stacja informacyjna ma nam do przekazania. powiedziałam i dopiero później pomyślałam, jak często mam w zwyczaju. nie będziecie zdziwieni, że dalszego ciągu spodziewałam się raczej mało rozwojowego. facet popatrzył na mnie, zrobił kilkusekundową pauzę i wbrew wszelkim spodziewanym regułom rozpoczął monolog pt. zgadzam się z przedmówczynią i gdyby nie choroba ojca, już by mnie w tym kraju nie było. trochę to naciągane, bo w rzeczywistości rzecz była zatytułowana: pluję na ten kraj. zamknęłam się w sobie nie chcąc wywoływać wilka z lasu, kiedy siedząca obok mnie kobieta, z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy rzekła z godnością: pan pluje w takim razie również na tych, którzy za ten kraj umierali! w napięciu godnym  rasowego kibica sportowego oczekiwałam na krwawą jatkę, co najmniej słowną, ale szanowny dżentelmen, zaraz po oświadczeniu, że całe życie krzyczał na nieprawych upuścił łezkę, później kolejną, a następnie cały ich potok łkając o wujku swojego wujka, który służył w armii krajowej.
no żeż, czy ja mam omamy słuchowe? zwidy?
bardzo bym chciała dopisać iście hamerykańskie zakończenie do tej historii, ale najpierw zostałam wezwana do gabinetu, a po wyjściu z niego natknęłam się na mocno niepożądaną w moim życiu jednostkę, wybornie gadatliwą i mniej wybornie głupią, dlatego zwinęłam manatki i popędziłam do domu.
wyobrażam sobie, że na fali paryskich wydarzeń w redakcji charlie hebdo i szumu wokół wośp starcie: ja – zastany w poczekalni facio – pusty, aczkolwiek gadatliwy znajomy plus kilkanaście osób widowni mogłoby dojść do rękoczynów. jakkolwiek brzydzę się przemocą, włożyłabym niektórym dwa palce w dziurki od nosa i przekręciła rysując śluzówkę paznokciami świeżo opiłowanymi w migdał.