najpierw herbata. zielona, czerwona. ważne, żeby gorąca.

wpisuję hasło aktywujące, słyszę bulgoczącą wodę i zwodzący czajnik, schodzę więc, zalewam liście i wracam, żeby ściągnąć zdjęcia. po chwili zbiegam na dół, wyjmuję zaparzacz, bo zielona tylko do trzech minut, zgarniam nocnik występujący w charakterze kubka (gorąco – tak, ale też dużo. koniecznie!), po czym nieostrożnie wchodzę z powrotem na piętro. to dziwne, że rozlewam tylko w pracy i to przeważnie cudze napoje, w domu natomiast nie mam czasu, idę kolejny raz na dół z powodu dzieci, psa lub obiadu, czyli tak jakby dzieci i psa w jednym. no to mieszam w tym rzekomo nierdzewnym garnku, szybko zamykam drzwi za dwunastoletnim czworonogiem, bo pizga (zawsze! nie ma to, jak wejście do mieszkania w strefie spotkań i pogawędek wichrów i nawałnic), zmniejszam płomień na kuchence, podpinam pod tv osobistego pendrive, na którym zawieruszyły się smerfy, dopuszczam (lub nie) nowy filmik młodej dom publikacji na musical.ly, szukam zakupionych niedawno orzeszków, sprawdzam pracę domową, odpowiadam na pierdyliard pytań, wzbudzam nienawiść zabraniając wzięcia telefonu do szkoły, aż wreszcie wtarabaniam się przed biurko.  wszystkie czynności te przeprowadzam z gorącą herbatą w dłoni, bo lubię sobie utrudniać. nie wiem, skąd we mnie ta skłonność do stawiania poprzeczki tam, gdzie normalnie się nie sięga, bo grzyb na ścianie i zbutwiałe deski. coś musi być na rzeczy, ale to nie czas i miejsce na takie rozkminy, gdyż albowiem ręka więdnie. chciałoby się postawić naczynie wielkości wiadra gdzieś, gdziekolwiek, lecz takie słowa w moim słowniku istnieją tylko w formie pisemnej, zazwyczaj na kartach powieści fantasy, których nie czytuję.

paczam na biurko, paczam na blat w łazience i bierze mnie nagła chęć wzięcia kąpieli. w soli i pianie mnożącej się tak szybko, że wchodzi do nosa i zatyka uszy. bańka pryska, jak tylko kieruję wzrok na parującą zawartość, która ku mojemu rozczarowaniu nie jest czternastoprocentowym krwistoczerwonym płynem leżakującym przez ostatnią dekadę.

wracam do biurka i tu pojawia się problem. herbata potrzebuje miejsca. honorowego również, ale przede wszystkim  przestrzeni. musi stać na tyle blisko, żebym mogła bezwiednie podnieść kubek do ust, jednak na tyle daleko, aby przypadkiem nie zniszczyć sprzętów znajdujących się w pobliżu. sprzątam zatem. zdejmuję porzucone spodnie dresowe młodego oraz ochraniacze na piszczele, trzy gumki do włosów w kolorze pomarańczu kamizelek pracowników zeorku, torebkę z zapięciem strunowym w rozmiarze xxl, notatkę przypominającą o przelewie, dwa kobiece czasopisma sprzed (co najmniej) kwartału, tablet graficzny wciąż tkwiący w oryginalnym opakowaniu, akwarelę botaniczną wydrukowaną na płótnie w rozmiarze 30×40 cm, odżywkę do paznokci i serum collistar, którego użyłam cały jeden raz, po czym popadło w zapomnienie (juppi, znów będę młoda), pudełko bez zawartości, ale za to ładne, pudełko z zawartością bez sensu, pudełko z płytami, których nigdy nie użyję, pudełko z bambusowym zegarkiem, który przestał mi się podobać zaraz po założeniu na rękę, pudełko z limitowanym wzorem długopisu zenit, nigdy nie rozpakowane, cztery sznurówki białe, dwie pary nożyczek ozdobnych, pasek zrobiony z naszyjnika do greckiej w kroju sukienki, która potrzebowała pieprzu, trzy plastikowe jelenie różnej wielkości, ściereczki do okularów z lidla, które niszczą powłokę antyrefleksyjną (nie mam wady wzroku), kostkę rubika, kostkę do gry z cyframi 1-4, pęknięty lampion za 8 zł, którego próżno szukać w ikea od ładnych dziesięciu lat, płyn antystatyczny ze ściereczką, serwetki papierowe, mały wazon z pisakami, kopertę naszykowaną do wysłania (pikfe), rolkę do czyszczenia ubrań, dokumentację medyczną, bon zniżkowy do h&m i dwa płatki kosmetyczne.

na której pozycji się zgubiliście?

do rymu napiszę, że mam kubek w palmowe liście.

łypię wzrokiem po raz kolejny, paczam na to wszystko i zamiast zdrowego odruchu mam w pamięci wyrywkowo obejrzany odcinek perfekcyjnej pani domu, toteż zamiast zmierzać w wyznaczonym kierunku (do brzegu, kobieto!), łapię za nawilżane chusteczki i jadę z namaszczeniem sztuka po sztuce. bezkolizyjnie namierzam płyn do dezynfekcji stwierdzając, że mam fatalne podejście, bo służbową klawiaturę dopieszczam kilkakrotnie częściej niż domową, zakasam więc rękawy i szoruję. i picuję. a do tego skłony (dla tych na czasie sqady) i marlon alves na yt.

herbata i tak już wystygła, a marlon taki apetyczny.

sorki, znów nie dam rady nic napisać.