zaćmienie. poniekąd umysłowe.

tym, którzy dzisiaj imprezują życzę mocnej i szybko regenerującej się wątroby, pozostali mogą sobie spocząć na minutkę i zapoznać się z mayday’owymi aktualnościami.

rozumiem, że zaćmienie słońca nie zdarza się codziennie, ale żeby cała polska żyła dla tych kilku minut, na które oczekuje przez dwie godziny z kliszami rtg i teleobiektywami w dłoniach, by po spektaklu napisać szybko pościk, ćwierknąć, wrzucić zdjęcie i zapomnieć? dziwne to, co najmniej dziwne.
a wiecie, że poprzednie zaćmienie widziane w pl przypadło w szczególny dla mnie dzień? dokładniuteńko w ten dzień. i dlatego, ku pamięci, poszłam wczoraj złożyć podanie o nowy dowód osobisty. akurat kiedy mąż wysłał do mnie sms, żebym obserwowała niebo (pewnie wszyscy pracownicy z jego firmy wylegli na zewnątrz, stąd ta wiedza), porzuciłam przypatrywanie się okolicznym sklepikarzom i urzędnikom zapychającym balkon pałacu ślubów, żeby wbić się czasowo w razie niespodziewanej kolejki. 
o, jak miło posłuchać społeczeństwa w poczekalni.

do jednej sali dwa wejścia i dwie kolejki, ale – o, dziwo – żadnych awantur i pretensji, tylko co sprytniejszy korzysta z uchylonych drzwi lub po prostu sprawdza, co się za zamkniętymi dzieje. reszta spłoszona niczym trusie przewraca oczami i orbituje wokół samych siebie. na ścianie poczekalni wielka tablica informacyjna z przykładami wypełniania wniosków, dzienniki urzędowe i wytyczne, ale samych druków brak. gdzież one są, zapytacie?! ano, w sali obsługi interesantów. trzeba przesunąć ramię przysadzistego jegomościa, nachylić się nad nim tak, że jest w stanie poczuć, co zjedliście na śniadanie i zwinąć z kuwety kartkę zanim zdezorientowany odwróci się i strzeli wam niechcący fangę w nos. umiejętności z zakresu samoobrony wskazane.
czekam z wypełnionym wnioskiem całe siedem minut, a w międzyczasie obejrzałam już kilkanaście nieudanych zdjęć (pani popatrzy, co mi na twarzy zrobili, ale co tam, ja swojego dowodu nie oglądam), kilkadziesiąt razy powtórzyłam, gdzie znaleźć druki i tylko raz wypsnęło mi się na głos, że warto mieć ze sobą zbroję. później jeszcze dodam, że przydałaby się maska z pleksi chroniąca twarz przed jadem urzędniczek.
później.
bo się pani na mnie rzuciła energetycznie. statycznie pozostała niewzruszona, głos cichy i śpiewny jak u skowronka, a w mimice diabeł, w oczach ogień. obcięła mnie od dołu do góry, sklasyfikowała i ruchami stanowiącymi antytezę jakiejkolwiek prędkości rozpoczęła sprawdzanie prawidłowego wypełnienia formularza. nie spodziewałam się cudownego przyspieszenia (słusznie zresztą), dlatego zajęła mnie scenka rodzajowa rozgrywająca się na stanowisku obok.
się pewna pani wiercąca dziurę w podłodze poczekalni zebrała na odwagę, wtarabaniła poza kolejnością (praktyka zapewne z przychodni medycznej) i zapytuje: o nowy dowód oraz o możliwość oszukania systemu, że niby zagubiony i wniosek o nowy złoży, ale ten stary to sobie jeszcze weźmie do szpitala, inaczej jej nie przyjmą. rozmowa toczy się kwadratowo, ja na to pod nosem śpiewam, że szalona, mężczyzna po prawej rubasznie podjudza szanowną petentkę, a urzędniczka coraz bardziej zniecierpliwiona. obsługująca mnie pani nadal niewzruszona, zdążyła już prawie dojść do końca pierwszej strony (bo co się będzie spinać dla jakiejś tam dziuni z artystycznym ekhm, ekhm nieładem na głowie). widząc jej niesmak znów zmieniam obiekt zainteresowania na poprzedni. coś mnie ominęło, petentka ma bowiem przedni słowotok, obecnie próbuje wmówić urzędniczce, że ktoś się posłużył jej dokumentem tożsamości, więc musi coś z tym zrobić. to może najlepiej zgłosić? pytam niewinnie, ale wzrok zainteresowanej nie wyraża nic poza bezkresną pustką, urzędniczka zaś dzielnie odpowiada, że pani przyszła w innej sprawie podnosząc przy tym wymownie brew. no, rejczel… moja mina musiała coś-cokolwiek wyrażać, ponieważ dostałam ostrzeżenie rzucone spod rzęs wygi z dwudziestoletnim z okładem stażem. za to moja pańcia budżetowa się ożywiła, zaczęła łypać co jakiś czas na mnie wzrokiem. olałam. cóż miałam zrobić, maślane oczy? za to udało mi się wymienić kilka sympatycznych zdań z rubasznym dżentelmenem, który skonkludował całą sytuację chwilowym zaćmieniem, mnie się wydawało, że to permanentne i w tym tonie ćwierkaliśmy sobie jeszcze chwilkę. moment jedynie, bo nasze miłe spędzanie czasu działało na urzędniczki jak płachta na byka. jegomość pozostał zupełnie niezrażony, mnie się jednak troszeczkę spieszyło, więc zakończyłam to tete-a-tete stwierdzeniem, że nigdy nie wiadomo, kto stoi obok i słucha. ooooch, uznanie w oczach mojej pani obsługującej niemalże poruszyło jej kącikiem ust. agentką blond, lucy blond stałam się co najmniej! a może nawet blond słowiańskim odpowiednikiem czarnowłosej, azjatyckiej lucy liu z aniołków charliego? tajnym przedstawicielem urzędu miar i wag? dżinem z butelki? niestety, nie dowiemy się już tego, tempo załatwiania interesanta przyspieszyło bowiem do prędkości światła i nim dokończyłam swój tok myślowy, podziękowano mi za złożenie podania o wydanie nowego dowodu, wręczono zaświadczenie i zaproszono za trzy tygodnie. ciekawe, jak objawiłby się szok na twarzy mojej nieruchomej mimicznie urzędniczki, gdyby z pokoju wyszła jej przełożona i przywitała mnie uściskiem i buziakiem w policzek…