z dedykacją

przerażające, jak mały odsetek populacji potrafi ze sobą rozmawiać. nie: wymieniać informacje, ale komunikować się z poziomu relacji z drugą osobą. w ogóle relacje jako takie powoli przestają istnieć, wypierane przez brak czasu i chęci, obarczane zbyt wysokim współczynnikiem poświęcenia. dawniej winę przypisywało się żelaznej kurtynie, zaściankowi i prostactwu, później konieczności zapewnienia rodzinie dostępu do podstawowych dóbr, co wymagało czasu, umiejętności i znajomości, teraz wyobcowanie przypisuje się takim czasom.
bo takie mam czasy, panie. wymagające, panie. dzieci rodziców nie widują, panie.
wśród moich znajomych nastąpiły tylko dwa rozpady pożycia małżeńskiego i w każdym przypadku małżonkowie byli mocno zdziwieni, że do tego doszło, a jednocześnie przyznawali, że od lat im się nie układało. co to znaczy, pytam za każdym razem i zazwyczaj otrzymuję tę samą odpowiedź: jakoś tak mijały dni, problemy się nawarstwiały i nie chciały ustąpić. same? ano same.
z badań wynika, że dziewięćdziesiąt procent mężczyzn nie widzi potrzeby rozmowy na temat jakiegokolwiek sporu, najczęściej wypowiadają swoje kwestie, po macoszemu traktując odpowiedzi partnerki, po czym ucinają dyskusję. a im bardziej bagatelizują i zamykają się na słowa kobiet, tym więcej one chcą wyrazić. wobec braku możliwości dialogu kobieta daje za wygraną, facet jest szczęśliwy i tak trwają w zapomnieniu aż do następnej sytuacji spornej.
znacie to?
nie będę pytała, czy z własnego podwórka, bo pewnie każdy miał w życiu podobną sytuację, a mimo to nie wszyscy powielają ten schemat podczas konfliktów. nie wiem, ile par ze sobą rozmawia naprawdę, statystyki o tym nie mówią, ba, nie przeprowadzono w tym temacie żadnych miarodajnych badań, jakby założono z góry, że materia natury związku nie przewiduje rzetelnej refleksji z codzienności domowej. no i jak miałby wyglądać taki eksperyment? przecież nie w formie luźnych wypowiedzi, czy ankiety, człowiek ma wszak skłonność do wygładzania fałd na rzeczywistości, a polak w szczególności uwielbia narzekać, lecz sprawy prywatne załatwia za zamkniętymi drzwiami.
przykro słyszeć, kiedy głównym powodem tkwienia w niesatysfakcjonującym związku są względy finansowe, wyznaniowe i zobowiązania rodzinne. tu nie ma miejsca na dialog, konstruktywne wyrzucanie emocji, opowiadanie o uczuciach. a im dalej w las, tym łatwiej przywyknąć do określonej sytuacji. po dłuższym okresie stagnacji odchodzi siła i ochota na wprowadzenie innowacji i pielęgnację związku. to normalne. szkoda tylko, że zamiast złapać dystans, człowiek w takiej sytuacji przestaje się zastanawiać nad powodami, które doprowadziły do tego stanu rzeczy.
nie ulepimy sobie partnera na kształt i podobieństwo naszych ideałów, ale też nie znaczy to, że nad drugą osobą nie trzeba pracować. przede wszystkim jednak nad sobą samym, bo skoro wybraliśmy na życie kogoś z powodu miłości i szacunku, nie można tak po prostu o tym zapomnieć. owszem, łatwiej jest się przestawić na obsługę pilota, lecz chyba nie po to jesteśmy gatunkiem rozumnym, żeby mózg w zaciszu domowym leżał odłogiem.
być może dziwi was, dlaczego piszę dzisiaj w tym tonie. nie bardzo wiem, jak zacząć…
mam wrażenie, że bierne postawy w związkach partnerskich skutkują nieprzystosowaniem społecznym. ludzie spotykają się w różnych okolicznościach – w miejscu pracy, w miejscach świadczenia usług, w punktach sprzedaży i chyba najlepiej wypadają w tych ostatnich, bo i kontakt jest ograniczony do wymiany handlowej, poprzedzonej ewentualnie formą reklamy (czyt. indywidualnego podejścia do klienta) i nie skutkuje potrzebą utrzymania relacji. w pracy i w zakresie usługodawstwa często jesteśmy skazani nie tylko na humorki i widzimisia współpracowników, ale zderzamy się z różnymi sposobami wychowania i funkcjonowania obcego człowieka, na którego jesteśmy umownie skazani przez pewien okres czasu. często, w przeciwieństwie do partnerów, tutaj nie mamy wpływu na dobór ludzkich charakterów. jakkolwiek byśmy nie zakładali, że w takim wypadku powinniśmy ograniczyć się do wykonania określonej pracy/czynności/usługi, nie możemy zupełnie wyeliminować oddziaływania innej osoby na nas samych. i tutaj zaczynają się schody. nikomu nie muszę mówić, jak ważna jest wymiana informacji i okazywanie szacunku, prawda? gdyby nie moralność i etyka już dawno wybilibyśmy się w pień, przetrwaliby najsilniejsi i najsprytniejsi. mniej wysiłku trzeba włożyć w uładzenie sobie przełożonego czy owinięcie wokół palca kontrahenta niż zachowanie twarzy w sytuacjach, kiedy nic konkretnego na tym nie zyskujemy. cwaniak i burak potrafi utrzymać na wodzy swoje cwaniactwo i buractwo w określonych sytuacjach, np. w kontakcie z szefem lub w kulminacyjnym momencie rozmów biznesowych, jednak wobec osób, od których nie zależy ich awans/kontrakt, a z którymi ma do czynienia na co dzień, pozostaje taki, jak w domu.
różnica polega jednak na tym, że dwoje ludzi wchodząc w związek ustala pewne niepisane (bądź ściśle określone) zasady i godzi się na nie. można powiedzieć, że ile małżeństw, tyle rodzajów stosunków międzyludzkich. nieprawda. skoro partnerstwo to forma przystania na pewne warunki, kompromisu i więzi emocjonalnej, ta zasada nie może prawidłowo funkcjonować w relacjach z innymi, często zupełnie obcymi osobami.
nawet nie wiecie, jak często słyszę, że ten mój chłop to musi się ze mną mieć…. (cokolwiek to znaczy). większość ludzi ocenia świat przez pryzmat własnego podwórka i to jest straszne. wkurwiające. deprymujące. nienawidzę mieć do czynienia z ludźmi, z którymi żadna dyskusja nie ma sensu, ponieważ nawet nie słuchają argumentów drugiej strony. wyłączają się zupełnie tak samo, jak podczas ględzenia starej. oceniają człowieka po strzępach informacji i własnych ograniczeniach. o ile w kontakcie zawodowym da się to jakoś znieść, choć przyjemność to wątpliwa i potrafi skłaniać do połykania garści kolorowych pigułek oraz zgarnięcia recepty na światłoterapię, o tyle widząc takie małżeństwa mam ochotę wyć. jakoś to będzie, słyszę. każdy związek musi przejść jakiś kryzys, powiadają. jakoś, jakieś… bylejakość.
w wielkim poważaniu mam tych, którzy oceniają mnie i męża po tym, kto myje okna, a kto odwozi dzieci do szkoły, kto jest bardziej wylewny, a kto częściej umawia się na piwo ze znajomymi. uważam za idiotów tych, którym wydaje się, że miejsce pracy powinno wyglądać jak zasyfione pobojowisko do czasu, aż kobieta weźmie się za sprzątanie. nie mam wielkiego szacunku do osób, które prowokują konflikty tylko po to, by pokazać swoją wyższość wiedząc, że oponent nie podejmie rękawicy i nie wda się w słowną potyczkę.
żadnej dorosłej osoby nie usprawiedliwia trauma z dzieciństwa, ani brak dobrego przykładu w życiu, które to przykłady podaje się jako mocne uzasadnienie niedbalstwa i lenistwa, a często zwyczajnego chamstwa. wszyscy kiedyś musimy dorosnąć i zacząć bezpiecznie funkcjonować w społeczeństwie. i z wiązkach. od tego proponowałabym zacząć.
ps. z dedykacją dla
– epimeteusza, z którym nie mogę już prowadzić kwadratowych dysput o wszystkim i o nietzschem,
– jedynego rozważnego, który wprowadza w mój roboczy świat równowagę,
– wkrótce rozwiedzionego, by zrobił podsumowanie zysków i start oraz uwag na przyszłość.