władza absolutna i kobieta-matka

władza absolutna i kobieta-matka
nigdy nie chciałam być bezrobotną księżniczką, przechadzać się całymi dniami po ogromnym, zimnym zamku i z tęsknotą wypatrywać degradacji idealnego manicure, by mieć zajęcie przez kolejną godzinę i kontakt z kimś spoza dam dworu. nie, ja wolałam być fighterem, który poznaje życie przez doświadczanie go. później przyjęło się, że nobilitacją w oczach współpracowników jest opinia: to twarda sztuka, a który żółtodziub nie chciałby być doceniony? ubierało się nerwy w stal, zapominało o resztkach tlącej się wewnątrz kobiecości, dyskredytowało wychowanie i kulturę, by móc się jakoś odnaleźć.  nie ma w tym nic śmiesznego. co najwyżej żałość i politowanie.
najpierw człowiek walczył sam ze sobą, bo skoro powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. następne, lawinowo pojawiające się pola bitew przyjmowały nazwy na kolejne litery alfabetu. musisz, musisz, musisz kakofonia wysokich tonów przebrzmiewała przy każdej chwili wahania. bo stała pensja, bo nie trzeba się rozstawać, bo doktorat. priorytety jak każde inne, zwyczajne po prostu, być może tylko niewygórowane.
później już musiałam.
kiedy człowiek tak mocno walczy o dziecko (nawet już nie śmieszy mnie fakt, że oto sklasyfikowałam kolejną życiową trudność), żeby w ogóle było, a później by było zdrowe, przestają się liczyć jakieś pierdoły typu komfort pracy, rozluźniające się z braku czasu przyjaźnie i wieczny niedoczas. masz cel, jedyny słuszny i zrobisz wszystko, żeby doprowadzić do pozytywnego finału.
ale, ale, ty przecież jesteś kobietą. tobie nie dość, że nie należą się równe prawa, na dodatek natura obdarzyła cię empatią, jeszcze mocniej rozbudzoną instynktem macierzyńskim. zamiast trzepnąć drzwiami i skupić się na jednej sprawie ty trzymasz dwie sroki za ogon, bo pracę szanujesz, szefa szanujesz, a tego, kto cię wypierdolił na zsyłkę z powodu fizjonomii ignorujesz zamiast powiedzieć mu, że jest kawałem ścierki, choćby za pośrednictwem adwokata.
to jasne, nie masz siły, nie potrafisz skupić myśli, bo i kiedy? do południa pilnując dawkowania lekarstw, sprzątając do sterylnej czystości, gotując obiad, zabawiając dziecko? po południu zapieprzając w pracy, bo jakoś tak wyszło, że to, czego nie skończyli rano, zostało dla ciebie poza planem? w nocy, kiedy musisz nosić, potrząsać i czuwać, żeby małe ci się nie udusiło?
nie ma mowy, żebyś stanęła obok i oceniła sytuację z dystansu. może jakiś zimny, nie ogarniający rodziny facet huknąłby, że on takiego związku nie zniesie i to postawiłoby cię na nogi. no cóż, mój jest troskliwym i kochającym mężczyzną, którzy przejmuje się może nawet bardziej ode mnie, tkwiliśmy więc w zawieszeniu wzajemnie zapewniając się – ja, że wytrzymam, on, że nie pozwoli, aby stała nam się krzywda. trochę to się wykluczało momentami, ale kto by się przejmował wówczas detalami.
po prawie dwóch latach udało się wyjść na prostą – zdrowotnie i półprostą – zawodowo. już rachunki za leczenie nie płynęły w tysiącach miesięcznie, zaczęłam za to zarywać nocki w dość niesympatycznym na ogół towarzystwie. w tamtym okresie wisiało mi, czy będę miała do kogo gębę otworzyć i czy w atmosferze będzie unosił się zapach konwalii. odpoczywałam od minionych kilkudziesięciu miesięcy stania na baczność, cieszyłam się, że raz na cztery dni mogę poleżeć z dzieckiem w pościeli, czytać po kolei książki astrid lingdren, po raz kolejny układać te same puzzle i wymyślać nowe figury lego.
dzieci, jakbyście nie wiedzieli, mam dwoje. drugie celowo wycięłam z tej malkontenckiej opowieści, pomyślałam bowiem, że może w ogóle nie będzie pamiętało napiętych nerwów, masek na twarzach rodziców i na okrągło włączonych bajek w tv. i może zapomni też, że tak mało miało matkę na co dzień.
dzisiaj obchodzę kolejny dzień matki, kolejny podwójny dodam. gdybym miała w życiu wybierać, wolałabym być bezrobotną, choć nie księżniczką, niż bezdzietną. wiem, banał. banał różniący się od innych tym, że dzieci nie są moim dopełnieniem, są wolnymi istotami, które jeszcze przez chwilę będę musiała prowadzić za rękę, ale już niedługo będę im potrzebna jedynie w sprawach fundamentalnych. doszłam do tego doświadczając rzeczy zupełnie z macierzyństwem nie związanych. napatrzyłam się na codzienne chamstwo i buractwo na wysokim szczeblu, zajrzałam do domów, w których brakuje wszystkiego – od wody i prądu po czułość i bliskość. widziałam, jak z dzieci z potencjałem wyrasta potencjalny przestępca i z mocno zaniedbanych glutów kształtują się wartościowe jednostki. czasem myślę, że grzeszę (sic!) tą swoją miękkością i nadwrażliwością, skoro tyle innych osób ma gorzej. choruję przez to, czuję się mocno nadęta, a później przychodzi refleksja, że ja też wcale lekko nie miałam. nigdy nawet nie zbliżyłam się do księżniczek, mogę sobie ich życie jedynie wyobrazić na podstawie bajek i opowieści kobiecej treści. przecież nie muszę godzić się z tym, że ktoś cały czas każe mi być twardą uzasadniając tym własny wybór podyktowany strachem o swój tyłek. ja, która zawsze innych pobudza do działania argumentując, że życie jest tylko jedno, waham się i plączę zawsze, kiedy chodzi o mnie samą.
mama i tata nie nauczyli, żeby iść przez życie taranem, walczyć o swoje, zdobywać jak najwięcej korzyści, ale nie nauczyli też, żeby schodzić z drogi i wiecznie ustępować. nie wiem, czy to moja cecha nieuleczalna, czy wpływ macierzyństwa? i czy to w ogóle istotne, co powoduje ten stan? chyba trzeba po prostu zmienić broń, taktykę i zatrudnić armię do walki w moim imieniu, ja mam przecież ważniejsze sprawy na głowie – rodzinę. jestem matką, nie mogę o tym zapominać. jestem matką i mam obowiązki istotniejsze niż służbowe. jestem matką, bo natura tak chciała, ale to nie ujmuje mojej wartości. zapamiętać.