wiosenny regulamin

wiosenny regulamin

Od dłuższego czasu myślę o sobie, jak o pracowniku zakładu komunalnego oczyszczania miasta, czyli o kimś, kto dzień po dniu, z wyłączeniem weekendów, robi czystki na dzielni. Różnica polega a tym, że ja miewam również pracujące soboty i nierzadko niedziele.

Wyszłam z założenia, że jeśli jestem w jakimś sensie nieszczęśliwa, albo raczej coś mi doskwiera, ale nie potrafię znaleźć konkretnej przyczyny, powinnam zacząć od drobiazgów. W pierwszym odruchu wzięłam się za przerzedzenie przestrzeni. Nie potrafię żyć spokojnie w chaosie i choć nienawidzę sprzątać, dla zachowania stałego poziomu psychicznej równowagi muszę mieć względny ład. Nie mogę szukać przez pół dnia, albo domyślać się, gdzie leży długopis, skoro dopiero co porozkładałam kilka sztuk w strategicznych miejscach, żeby uniknąć marnotrawstwa czasu i nerwów. Muszę mieć szuflady i miejsce na powieszenie ubrań, inaczej doprowadzę się do furii za każdym razem, kiedy będę próbowała wyciągnąć z głębokiej półki bluzkę, która być może tam leży. A być może nie, kto wie.

Na drugi ogień poszły powinności. Nie jest to najłatwiejsze zadanie, tym bardziej, że przecież wdrażanie zmian powinno się stopniować, jednak uznałam, że będzie to stanowiło punkt wyjścia do dalszej rewolucji. Muszę się hamować, zwalniać w momencie, kiedy próbuję działać nawykowo. Zauważyłam, że mechanicznie wykonuję wiele czynności, z których większość wymagałaby jednak przemyślenia. Dlaczego przygotowuję dzieciom przekąski pomiędzy posiłkami, skoro nie brakuje im sprawności i bystrości; bezrefleksyjnie schylam się, żeby zawiązać synowi sznurówki, kiedy mi się spieszy;  zgadzam się na niewygodny podział ról, aby uniknąć czyjegoś niezadowolenia; wykonuję obowiązki, które nimi niekoniecznie są, ponieważ zakładam, że ktoś inny by mi je nakazał wykonać? Mam wdrukowanych wiele schematów postępowania i dotąd wydawało mi się, że każda w ich kierunku ofensywa oznacza przeciwstawienie się porządkowi, który ma sens, ponieważ tak wielu go praktykuje. Z drugiej strony zawsze byłam tą powątpiewającą, szukającą logiki i analizującą, dlaczego więc w niektórych sferach dałam się nieść nurtowi? Dopiero niedawno, wstyd się przyznać, bo świeczek na torcie mam już całkiem sporo, tak więc dopiero niedawno dojrzałam do tego, by przestać uznawać autorytety z dzieciństwa. O ile we wczesnym wieku jest to naturalne, budujemy wszak swoje życie w oparciu o wzorce z najbliższego otoczenia, o tyle teraz nie ma już uzasadnienia. Tym bardziej, że nie spotykam ludzi, którzy mogliby stanowić dla mnie autorytet w pełnej krasie. Biorę raczej z ludzi to, co w nich cenię, nie negując jednocześnie ich prawa do błędów w pozostałych sferach. Najważniejsze, że nic nie muszę. Wielce odkrywcze, powiecie. Jak już mnie wykpicie, zerknijcie we własny życiorys i zastanówcie się, czy wasze funkcjonowanie nie opiera się czasem na podobnych schematach. Śmiem twierdzić, że owszem, lecz z pominięciem tych, którzy od życia wyłącznie biorą.

Lucy Mayday Art

Bardzo długo byłam zagubiona wobec postaw, których bazą były niezrozumiałe dla mnie zachowania, ale o których jednocześnie byłam przekonana, że nie pochodzą z pozotywnych pobudek. Nie jest sztuką walka na argumenty, jeśli oponent wykorzystuje poczucie siły, jakie wyrobił w sobie nieczystymi zagrywkami, czym wzbudził w otoczeniu strach. Bazowanie na tupecie może działać na tłumy, ale zawsze znajdzie się taki ktoś, kto  – z różnym temperamentem – zaneguje owo zachowanie. Takich ludzi wcale jest niemało, potrzeba jednak czegoś, co wyzwoli negację i niezgodę na aplauz dla tupeciarzy. Ja akurat stoję zazwyczaj po stronie milczącej, unikającej konfliktu z jednego tylko powodu, o którym potocznie mówi się: rusz gówno, to zacznie śmierdzieć. Nie lubię nieestetycznych porównań, drażni mnie ogólnie pojęta brzydota, którą łączę z zaniedbaniem, a to przecież wynika wprost z działania/zaniechania człowieka, tymczasem przytaczam powiedzenie, które mimo swojego wątpliwego wdzięku ma bezpośredni przekaz. Ludzie są mściwi, jeśli chodzi o naruszenie ich ego, a im większe ego, tym bardziej bezczelne zachowanie, kiedy chcesz załatwić sprawę kulturalnie. Nauczyłam się, że albo olewam, albo mówię głośno przy świadkach, bo może okazać się, że ktoś jeszcze podziela moje zdanie, wobec czego nieuzasadniony autorytet narcyza zostaje podkopany.

Po czwarte – nie z każdym nam po drodze. Pokażę to na przykładzie znajomości internetowej. Szanujesz człowieka za treści, które przedstawia w sieci, fascynuje cię, uważasz go za partnera w poglądach i rozmowie. Masz bliżej nieokreślony wyrzut, że nie znajdujesz mu podobnych w pobliżu i tylko możliwość łączności internetowej pozwala ci na odnalezienie pokrewnej duszy. A później poznajesz tę osobę i czar pryska. Niby zdawałeś sobie sprawę, że człowiek w sieci w jakimś sensie kreuje się, jego obraz zostaje ograniczony do tego, co pokaże i tego, jak ty to zinterpretujesz. Istnieje możliwość edycji, zastanowienia nad tym, co chce się napisać czy powiedzieć, zinterpretowania zawczasu, jaki będzie to miało wydźwięk. Zawsze też można dokonać korekty. W realnym świecie nie dość, że dostrzegasz więcej dzięki zaangażowaniu wszystkich zmysłów, przez co łatwiej wyczuć fałsz, to również możesz prowadzić rozmowę w sposób niewystudiowany, nie wygładzony, ograniczając możliwość przygotowania się do niej, a tym samym budowania przez rozmówcę sztucznego, określonego zawczasu wizerunku. Nawet dyplomatę da się zapędzić w kozi róg i sprowokować do okazania interesujących cię kwestii. Te wszystkie czynniki pozwalają wyczuć, czy jesteś w stanie wytrzymać dłużej z człowiekiem. Może nadal mieć zbieżne do twoich poglądy, ale temperament zupełnie nie współgrający z twoimi potrzebami. Może wyznawać podobne wartości, ale drażnić brakami w innych kwestiach. Tak właśnie jest w życiu. Nowo poznani ludzie nie są dla nas wystarczająco ważni, żeby martwić się ich zdaniem, ale już czas poświęcony kontynuacji znajomości potrafi wywołać poczucie więzi, która z kolei blokuje cię przed podjęciem radykalnych rozwiązań. Zawsze będziesz się zastanawiał, dlaczego teraz nagle masz odrzucić kogoś, kogo dotąd doceniałeś, przebywanie w jego towarzystwie sprawiało ci przez długi okres przyjemność. Otóż macie gotową odpowiedź. Nie trzeba ciągnąć tego wozu na siłę, ponieważ nigdy nie wiemy wszystkiego, poznawanie się to proces, który mimo pierwszych pozytywnych symptomów może jednym szczególnym przekreślić pozostałe. Wartościowanie. To coś, o czym w codziennym życiu zapominamy. Nie mierzmy wszystkich jedną miarą, dopuszczajmy różnorodność, ale też nie zmuszajmy się do utrzymywania sztucznych więzi. Inna sprawa, że nie rozumiemy słowa: lojalność. Prościej by nam było żyć w zgodzie ze sobą, gdybyśmy pojmowali rzeczywistość we właściwy sposób. Dobrze jest też mieć świadomość przekroju ludzkich przywar, bo to określa sposób funkcjonowania człowieka i pozwala na odrzucenie relacji na początkowym etapie znajomości, bez konieczności przeżywania rozterek.

Lucy Mayday Art

A gdy już dobierzemy sobie grono pokrewnych dusz, jak mawiała Ania Shirley, warto czasem zreflektować się i spojrzeć na znajomość z dystansu. Ludzie przyzwyczajeni do bezwarunkowej akceptacji przestają być powściągliwi w wydawaniu opinii. Brakuje im ostrożności w dobieraniu słów, ponieważ bazują na niezachwianym poczuciu bezpieczeństwa, które może jednak zranić brakiem delikatności. Nie wierzę tym, którzy deklarują, że zawsze wobec bliskich są taktowni. Im gorliwsze zapewnienia, tym mniejsze zainteresowanie drugim człowiekiem. Fajnie, gdybyśmy mniej energii trwonili na zapewnienia, zamieniając ją na prawdziwie szczere odruchy.

Lucy Mayday Art

Ostatnia rzecz, choć chyba mimo wszystko najważniejsza – postanowiłam mówić o dobrych rzeczach. Ile to razy pomyślałam sobie o czymś w kategoriach pochwały, znalazłam pozytywny aspekt jakiegoś zdarzenia i nigdy tego nie wyartykułowałam? Nie zliczę. Co więcej, uznałam, że to norma, że wystarczy moja świadomość dobrej strony sytuacji. Co z tego, że moje zdanie może w danym momencie nic nie znaczyć? Kto to ocenia? Warto mówić pozytywnie częściej, niż krytykujemy, a to drugie przydarza nam się przecież nagminnie (uogólniam, ale niech rzuci kamieniem, kto tego nie robi wcale). Nie wiem, czy wynika to z naszego myślenia, wolałabym wierzyć, że nie i że to powściągliwy sposób wychowania hamuje w nas uzewnętrznianie się. Nasi dziadkowie i ojcowie nierzadko mówili nam, że uczucia trzyma się na wodzy, bo ich w ten sposób uczono posłuszeństwa i ta zależność nadal pokutuje w ówczesnym człowieku. Nie podoba mi się ten tok rozumowania. W ogóle nie przepadam za sentencjami płynącymi z męskich ust. Od zarania dziejów złote myśli kobiet padały mimochodem, pomiędzy obowiązkami, bez zadęcia i oczekiwania na glorię i chwałę. Każdy z nas przyczynia się do utrwalenia systemu podziałów, bardzo często słyszę zarzut, że tylko mężczyźni byli słynnymi filozofami. Otóż nie, wiedza o nich wynika ze statusu, jaki zawsze miał mężczyzna. Być może wypowiadając wszystkie pochlebne myśli, które dotąd rzadko zamieniałam na dźwięki, w jakimś stopniu przyczynię się do transformacji postrzegania kobiet przynajmniej w moim najbliższym otoczeniu. Nie jestem wojującą feministką i moje założenie nie dotyczy wyłącznie jednej płci, ale tę jedną być może choćby w niewielkiej mierze wyłoni spod kurzu codzienności. Tego światu potrzeba  – wiary kobiet w kobiety, ponieważ to im powinien być wdzięczny świat za wielorakie role, którymi żonglują nie oczekując poklasku.