Wielkanoc pod stołem, najchętniej na dywanie.

Wielkanoc pod stołem, najchętniej na dywanie.

Trzy tygodnie temu, jeszcze przed dwutygodniową walką z grypą, z której póki co ocalałam tylko ja, zasiałyśmy z młodą rzeżuchę. R-z-e-ż-u-c-h-a. Trudne słowo. Trudniejsze niż gżegżółka, bo ta jest powtarzalna, w całości sprzeczna z zasadami. A rzeżucha to podstępne nasienie, najpierw cię otumani początkowym rz, a później daje po średniej nieprzewidywalnym ż. Tak jak w życiu. I jeszcze ci powie: Czyżbym nie ostrzegała? Przecież zdrowa jestem, a nie tylko ładna, a trzeba mnie poznać i polubić, żeby skorzystać z moich walorów. Ot, cała jej uroda.
Z ludźmi jak z rzeżuchą – wyjątkowe zalety kryją się w goryczce. Trzeba się naciąć, przejść swoje, żeby móc zrozumieć i ocenić.

Choć niekoniecznie. Wystarczy być uważnym, mieć oczy szeroko otwarte, wszak empatia to nie cecha wrodzona.
Problemem nie są ludzie jednostajnie prostoliniowi, bo tych zazwyczaj omija się bezwiednie; czasem może się człowiek podenerwuje, gdy próbują jątrzyć i zwrócić na siebie uwagę, ale i to przestaje robić wrażenie wraz z przyrostem i rogowaceniem skóry.
Najciężej jest obchodzić się ze wspaniałymi bohaterami codzienności. Najczęściej nie widzą swojej wyjątkowości, a my ich o tym nie zapewniamy. Podejść i z głupia Franz powiedzieć: ej, niezły z ciebie gość! ? Nie da się, rili. W najlepszym wypadku pomyślą, że mamy gorszy dzień, stawiałabym jednak na jakiś mało wyszukany epitet.
Oderwanie od powierzchownych relacji, choćby w najlepszej wierze, grozi nabiciem guza. Mentalnego. Na wszystko jest czas i pora, ale bywa, że moment zadzierzgnięcia nigdy nie nadejdzie. Wszystkie poradniki i specjaliści od HR krzyczą, żeby działać, wychodzić przed szereg, wprowadzać innowacje do nijakości, tylko… to nie jest zero-jedynkowe. Ani czarno-białe.

Lucy Mayday Art

 

 

Mogłabym powiedzieć trzem kolegom z pracy, że ich cenię za człowieczeństwo. Jednemu za kulturę i coś więcej niż służbowa wymiana zdań. Drugiemu za normalność. Trzeciemu za to, że przywraca wiarę w ludzi w mojej firmie, ale jestem pewna, iż nie domyśliłby się, że o nim mowa.
Mogłabym, a jednak nie po drodze…
Znam dziewczynę, powierzchownie. Niewiele o niej wiem poza tym, co wyczytam między wierszami, albo usłyszę jakiś spektakular z jej prywaty. Zawodowo Margaret Thatcher (Angela Merkel źle mi się kojarzy), po godzinach wolontariusz. Specyficzna, szorstka, wyrazista w poglądach, ale nie zdarzyło mi się, żebym miała inne zdanie na poruszony temat. I to nie nawet o spójność myśli chodzi, tylko o szacun do światopoglądu, wiedzy i miękkości, która wychyna przez przypadek, zazwyczaj skrzętnie ukrywana, żeby publicznie nie wyjść z roli. Jej też nie powiem, że doceniam, bo jednak za mało się znamy. W zasadzie… w ogóle.
Moni nie powiem, jak mi dobrze otulić się jej serdecznością i życiodajnym ciepłem, bo pewnie nie spędzimy już razem żadnej wyczerpującej nocy.
Kinga nie dowie się, że problemem zawsze był jej mąż, a ją samą szanowałam, szanuję i będę szanować mimo, że już się nie spotykamy.
Elli kiedyś wspomnę o tym wszystkim, co podejrzewałam i jak bardzo źle mi było świadkować na jej ślubie, ale to musi poczekać, dojrzeć, ona musi się ustabilizować i do tego dorosnąć. Oby tylko po awansie nie straciła z oczu stałych wartości.
Iwonie powinnam podziękować za dziecięcy prolog życia poza kompleksami.
Od dawna fascynuje mnie Justyna – zdystansowana z racji zawodu, zawsze przy tym serdeczna, pozakonfliktowa, a przy tym zadbana i w górach zakochana. Fascynuje i ciekawi, tak, to dobre określenia.
Jest też on, niemal jak rodzina, a jednak sprałabym go bejsbolem. Mądry, ale z klapkami na oczach, oczytany, ale jednostronnie, inteligentny, ale sam się ogranicza. Najłatwiej schować mi się za tym jak rodzina i nie być wylewną, choć członek rodu powinien przecież znać swoje miejsce w hierarchii.

Lucy Mayday Art

 

 

 

Być może kogoś pominęłam niechcący, o kimś nie wspomniałam celowo, to nie ma znaczenia. Konkluzja jest jedna: za mało ze sobą rozmawiamy. Prowadzimy neutralne rozmowy, tkwimy w bezpiecznych, miałkich relacjach, które prowadzą donikąd. Poruszamy liche tematy i zasłaniamy się naskórkowymi treściami świadomie brnąc w sytuację, z której ciężko jest wydobyć walory. Wolimy pieprzyć o niczym, zamiast osiągać satysfakcjonujący poziom rozmowy. Blokujemy sobie ścieżkę dostępu do wymiaru, w którym powinniśmy docenić zamiast ignorować to, co nas inspiruje i satysfakcjonuje.
Jestem pierwsza na liście
Chylę głowę.

Lucy Mayday Art

 

Posłowie.

Tytuł nie jest, ani przewrotny, ani zupełnie oderwany od tematu.
Święta, jakiekolwiek, byleby rodzinne, to moment, kiedy powinniśmy być, a nie jesteśmy. Wygodnie nam pod stołem, gdzie można zetrzeć służbowy uśmiech z twarzy i przestać kiwać potwierdzająco na znak, że tak, tak, mam cię w dupie, ale ulżyj sobie.

Z drugiej strony dywan to mój gest – czas i praca poświęcone dla czyjejś przyjemności. Uzupełnienie słów, które padają, nieśmiało, bez przytupu, ale jednak. Nieprawda, że czyny, a nie słowa, to konglomerat.