angażujesz wszystkie partie ciała nie myśląc o tym, dodatkowo rozprasza cię muzyka i mimo, że pot spływa po tyłku, a płuca grożą ci rozwodem, nie łapiesz, że na innego rodzaju zajęciach pieprznęłabyś ciężarkiem o matę, rozpłaszczyła się na podłodze i błagała o respirator.

na każdej przerwie między układami idziesz na tył sali, bo tam przezornie zostawiłaś swój bidon, żeby móc choć na chwilę spłynąć po ścianie. gdzie ta woda, do cholery? przecież dopiero, co zaczęłaś dudlać. myślisz, że mowy nie ma, nie dasz rady do czasu, kiedy mocny bit podrywa cię do pionu. tego nie da się wytrzymać stojąc i kalecząc uszy.

rozsądek podpowiada ci, że zaraz dostaniesz wylewu, tylko się nie schylaj powtarzasz sobie, tylko się nie schylaj, idiotko!

nie schylasz się, przecież ci życie miłe, masz jeszcze kopnąć w dupę tego chuja spod trzydzieści osiem i pomajtać wylaszczonym tyłkiem przed nosem tipsiary o cyckach obijających się o podbródek. jedziesz z koksem, zapominasz o bożym świecie i tylko od czasu do czasu nienawistne spojrzenie kumpeli zatrzymuje cię na ułamek sekundy.

no nie, zumba nie jest dla każdego.