wesołe miasteczko, czyli polska rzeczywistość

już kiedyś wspominałam (choć możliwe, że pod innym adresem), że wraz z wesołym miasteczkiem przyjeżdża do nas zawierucha. pierwsze dwa dni padało, kolejnych kilka wiało, a wczoraj, kiedy jazda na łabędziach nie groziła zapaleniem ucha, dopadła mnie gorączka.
mnie? nie dzieci? no żesz!
to przez to wesołe miasteczko, nie zdążyło się zwinąć przed nastaniem wiosennej pogody, ale jakąś klęskę urodzaju rozsiać musiało. padło na mnie. schade. akurat, kiedy zabrałam młodą i jej koleżankę na łańcuchową. jakieś mroczki mi przed oczami zaświeciły, febra zatrzęsła, dreszcze po ciele przebiegły. nawet weterynarz skinął z politowaniem i aprobatą głową, kiedy parkowałam na jego prywatnym terenie. od biedy dwie małolaty mogłyby udawać faunę, wszak kicie z nich całkiem sympatyczne, ja natomiast co najwyżej florę w postaci starego próchna. zbutwiałego na dodatek, z gilem po kolana, bo i to zaczęło mi się momentalnie udzielać.
może i niesmaczne to oraz nieatrakcyjne literacko, lecz jeśli nie zapiszę, następnym razem mogłabym znów dać się namówić na wątpliwą przyjemność obcowania z karuzelami. poza tym ja parków rozrywki w ogóle nie lubię, o ile nie ma w nich basenów, w których można ukryć brzuszną oponkę i cellulit na tyłku rozmasować. samo patrzenie na wirujące podniebnie odnóża przyprawia mnie o mdłości, na bank bym się zhaftowała w bliżej nieokreśloną przestrzeń w trakcie wirowania.
nie, żebym jakimś odszczepieńcem była, po ciąży mi się takie cuś zrobiło i nie przeszło.
dawniej wskakiwałam na każdą możliwą kolejkę górską, wyrzutnię, podniebną łódkę czy centryfugę. zdarzyło mi się nawet być nie zapiętą w młocie, który stoi dziesięć sekund do góry nogami – drążek bezpieczeństwa, który miał przylegać do miednicy zatrzymał mi się w okolicy kolan i zanim ktoś dotarł, żeby sprawdzić zabezpieczenie, maszyna ruszyła. wtedy po raz drugi w życiu poczułam, co to strach. koleżanka siedząca obok mnie popatrzyła na spocone ręce oraz drżące kolanka, którymi nie miałam siły utrzymać ciała w fotelu i z dwojga złego wybrała drogę szyderstwa: daj spokój, nie wylecisz przez otwory po tej pizzy, którą wciągnęłaś na plaży. wyleciałabym. pięć razy. o, dziwo sarkazm zadziałał, ale to była anka, z którą od tygodnia tarzałyśmy się po podłodze ze śmiechu. trzeźwe chyba też do końca nie byłyśmy, skoro po otrząśnięciu się z pierwszego szoku polazłam na disco, które nie dość, że kręciło człowiekiem zamiennie raz w lewo, raz w prawo, maszyna wirowała wokół własnej osi, na dodatek podest wznosił się i opadał niczym morska fala. brrrr, aż mną trzęsie, kiedy to sobie przypomnę.
a, nie, to z przeziębienia.
niedobrze mi i żołądek nachrzania.
przedwczoraj walczyłam z młodą o sushi, wczoraj młoda walczyła ze mną o rosół, a dzisiaj mąż walczy, żebym zjadła cokolwiek, bylebym nie brała lekarstw na pusty żołądek. jak już dba o dawkowanie, to niech i o śniadanie się pomartwi, c’nie? mnie i tak wszystko jedno. tak bardzo, że dzisiaj nie poszłam do pracy. ja! uwierzycie? przecież mnie się takie rzeczy nie zdarzają. co tam katary, bóle głowy i rwy kulszowe. tylko raz wyskoczyłam na ostry dyżur, żeby podłączyć się do kroplówki z tramalem, ale zaraz byłam z powrotem.
okazuje się, że to wszystko do czasu. żółte plamki przed oczami i trzydzieści dziewięć gorączki robią swoje. i tak właśnie, obudzona przez kolegę z firmy o haniebnej godzinie 8:30, mimo nieprzespanej nocy nie mogłam już dalej usnąć. moi kochani, ten post produkuje się od rana, z przerwami na zasmarkanie dwóch pudełek chusteczek i malownicze stworzenie sobie na nosie krwistej abstrakcji pod jakże wymowną nazwą czynny krater. na głowie mam kukułcze gniazdo, pod oczami zawartość pobliskiej kopalni piachu, w nosie kisiel, a w brzuchu przeciąg. o odgłosach kuźni w uszach wspomniałam?
tym miłym akcentem kończę ów paramedyczny wywód i udaję się po kolejną porcję białych pigułek, żeby jutro z wdziękiem hipopotama i tyłkiem pawiana w okolicy twarzy zasiąść przy służbowym biurku.