w makrokosmosie neuronów i pośród córek – krów

w makrokosmosie neuronów i pośród córek – krów
 Kiedy idziesz ulicą, nie dostrzegasz detali, spieszysz się, albo przeciwnie, kontemplujesz wolność i swobodę. wypijasz zbyt drogie latte depcząc kocie łby. Rzadko zatrzymujesz się nad czymś nieco dłużej – niewiele, tylko tyle, żeby zauważyć, złapać myśl, dać jej rozkwitnąć i wystrzelić fajerwerkami w różne rejony twojej percepcji. Pobudzić.
Lubisz swoją strefę komfortu, niechętnie poza nią wykraczasz. Każdy lubi.
Wolisz zrobić, zobaczyć, doświadczyć mniej, ale we własnym tempie i według określonych potrzeb.
Masz potrzeby, indywidualne.
A może miewasz.

Bo czasem przetknięcie nici przez oczko igły staje się zbyt dużym wyzwaniem. Banalna sprawa, ale to niemodne. Kupić, wyrzucić, wymienić, kupić.
Bywa, że jesteś z kimś naprawdę wyjątkowym, ale ta osoba cię ogranicza. Nieprawda, ty sam dopasowujesz swoje oczekiwania i wymagania do sposobu postrzegania tego człowieka. Innego. Trywializujesz tam, gdzie dawniej widziałbyś głębię, przestajesz wysilać się na update własnego ja.
Spłycasz i ujednolicasz się wtedy, kiedy masz wielkie możliwości. Oceniasz innych swoją nową, płaską miarą.
A przecież mógłbyś zyskać nie tracąc, rozmieniać się na drobne dla zachowania równowagi z samodoskonaleniem z życia.
Czy kogoś to nie dotyczy?

Składamy się z materii, czyż to nie zaskakujące – przybierać formę, która nigdy nie ginie – zmienia swoją postać, ale na zawsze pozostaje we wszechświecie?!

Idziemy często nie tam, dokąd pójść powinniśmy. To źle? Mamy wówczas szansę na inne, nowe, nieokiełznane, więc nie, nie źle, to stymulujące. Jesteśmy właścicielami swojego jestestwa i to od nas zależy, jaką damy sobie szansę, po ile sięgniemy i jak daleko wyciągniemy rękę. Głowę. Oko. Ucho.
Wyznaczamy sobie granice naszej wrażliwości zaniechaniem, zaniedbaniem, narzucając ograniczenia, nie korzystając z możliwości. Zalęgamy w sobie truizm poranny, okołopołudniowy i wieczorny, nocom dając jeszcze szansę na walkę z codziennym marazmem.

Chciałbyś myśleć, że jesteś ciekawszy i mniej banalny. Przyznaj, chciałbyś.
Byłoby miło, gdyby to samo przyszło, bez wysiłku, bez uwagi z twojej strony, ze znieczuleniem ogólnym.
Nie ma. Życie nie znosi próżni. Jeśli nie wypełnisz nicości, nic w niej nie znajdziesz.

***

 

Południe w miniony wtorek było wyjątkowe. Napisałam do tego nieco zbyt patetyczny wstęp, ale skoro już się zorientowałam, poprzestanę na prostocie i ograniczę się do siły napędowej tego stanu – obejrzałam Moje córki krowy Kingi Dębskiej. Fenomenalna jak zawsze Kulesza, fantastyczny Dziędziel, charakterystyczne role pozostałych aktorów. Pod względem kreacji wielkie chapeau bas, obsada świetnie wpasowana w scenariusz i zdjęcia, które poza kilkoma typowo hollywoodzkimi ujęciami dopełniały tego, co stanowi istotę całego filmu.
Moje córki krowy to nie tragikomiczny dramat tylko cierpkie vibrato z relacji rodzinnych w momencie, kiedy jej członkowie depczą po odciskach życia; szerokie spojrzenie na różnorodność przeżyć w chwili nastania w owej rodzinie ciężkiej choroby. Jednej. Drugiej. Zaczątków trzeciej i kontynuacji czwartej. Końca pierwszej. Ten cierpki smak, smutek i dojmujące emocje widza wobec tragedii zmagania się z odchodzeniem złamane są dialogami, które ukazują ironię losu jednocześnie naznaczając go sarkazmem i humorem dla utrzymania równowagi koniecznej do przetrwania.
Niezmiennie zachwycają mnie obrazy ludzi, zróżnicowane pod każdym względem, zindywidualizowane w sposobie przyswajania nieodwracalnych zmian w życiu, różnorakich spojrzeń na sytuację, mechanizmów obronnych. Wyważone dobrym scenariuszem, podkreślone nienachalną i mocno osadzoną w rzeczywistości stylizacją, wyostrzone sposobem kadrowania i narracji wizualnej. Film jest spójny i nie przerysowany, powiedziałabym, że bardzo starannie wyważony.
Oszołomiło mnie w pewnym momencie, jak bardzo kibicuję postaci Marty (Kulesza), zgadzając się z jej alternatywą dla zastanej sytuacji, utożsamiając się z nią, widząc swoje zachowania i odruchy obronne w jej aktywności/bierności. Wtopiłam się w ten film, zapomniałam, że siedzę w sali kinowej i nie uczestniczę w oglądanych wydarzeniach.
Wychynęłam z letargu zpowodu szelestu papierków i kaszlu mężczyzny z następnego rzędu, dzięki czemu udało mi się dostrzec, że przeoczyłam coś ważnego. Nie zabrałam na Moje córki krowy męża, który jako nastolatek zmagał się z powolną śmiercią mamy, ale zupełnie nie pomyślałam, że obok mnie siedzi wrażliwa, widząca na co dzień w człowieczym międzywierszu szeroką gamę uczuć osoba, która nie tak dawno straciła kogoś bliskiego.
Ludzie, choćby szczerzy i bliscy, nie otwierają się na pstryknięcie palcami. Ani ci cierpiący, ani pocieszający. Często nie jesteśmy w stanie w danej chwili pomóc sobie nawzajem, ale dobrze jest szukać odpowiednich ku temu przepływów. Moim jest tekst powyżej.