uniki

uniki

ostatni dzień października anno domini 2016.

październik jest łaskawy dla tych, którzy go nie demonizują. rozumiem, że trudno go zaakceptować, jeśli tęsknota za dostatkiem światła, gorącymi dniami i późno zapadającym zmrokiem wprawia w otępienie. myślę sobie, że październik ma gorzej niż listopad, choć to ten drugi jest miesiącem rozkwitu depresji i wzmożonej liczby samobójstw. październik zbiera cięgi za zmianę klimatu tak, jak starsze dziecko przeciera szlaki młodszemu rodzeństwu, walczy z rodzicami o późniejsze powroty do domu i możliwość częstszego imprezowania. stoi na pierwszej linii bitwy o zmianę pór roku i rzadko docenia się jego urok.

mój październik przeprowadził mnie przez te trzydzieści jeden dni łagodnie, czego nie mogę powiedzieć o ludziach dookoła. większość zachowywała się, jakby ich samopoczucie zależało wyłącznie od chłodnych poranków i siąpiących deszczem wieczorów, jakby zły humor można było usprawiedliwić czymś tak zupełnie niezależnym od działań człowieka. to dziwne jak można żyć powtarzając ten sam schemat przez kilkadziesiąt lat i rok w rok o tej samej porze tłumaczyć swoje fochy, agresję i uszczypliwość zanikiem lata.

gdyby nie te wszechobecne dąsy celebrowałabym jesień i bezboleśnie wkroczyła w mglisty, zimny listopad, ale nie, trudno uzbroić się w tak silną odporność psychiczną, żeby chociaż nie zdać sobie sprawy ze sztucznych gównoburzy wywoływanych dla podsycenia gównod(r)eszczy. zmęczyłam się. jeszcze niedawno wierzyłam, że jakoś to poleci, część październikowej wredoty prześpię, inną część pomaluję, a pozostałości obfotografuję i okadzę zapachem wilgotnego drewna. odcięłabymsięodcodziennychpatologii. niestety, ludzie karmią się w październiku zgnilizną i mentalną padliną. szukają przestrzeni dla podsycania złości. nie żyją dla siebie, lecz wbrew i na przekór innym.

obchodzi mnie to.

nie chce mi się bez końca grać roli pustej blond cizi, przytakiwać, udawać głupiutką i niezorientowaną, pielęgnować cudze rozbuchane ego i mikroskopijne przyrodzenie. moje milczenie, albo przeciwnie, przyklejony do twarzy uśmiech nie korespondują z tym, co w myślach i żal patrzeć, jak ci, którym wydaje się, że mogą więcej i są kimś więcej, łatwo poddają się manipulacji unikania konfrontacji, którą bezustannie uskuteczniam. akceptuję nieporozumienia, konflikty, z których płynie nauka, ale nie znoszę zwad opartych na kontrowersji, pustych słowach, wyobrażeniach nie mających uzasadnienia w realnym życiu. zwracam na to uwagę dzisiaj, ostatniego dnia października, w który tak dzielnie wmaszerowałam w odosobnieniu od miałkich, wegetujących umysłów. powinnam skasować ten post i pójść dalej, robić swoje, nie zmieniać taktyki, żyć kontynuując raz obraną ścieżkę. zauważmy jednak, że w życiu nic nie jest nam dane raz na zawsze, a przemilczenie do niczego nie prowadzi, to tylko unik nie wnoszący żadnej wartości dodanej do tego, co zastane. mam ochotę wykrzyczeć dobitnie, merytorycznie wygarnąć, wrzucić kilka łopat rozumu do zmurszałych pustostanów.

wiele starszych osób mówiło mi, kiedy byłam dzieckiem, że dorosłość polega na sztuce udawania, gryzienia się w język i robienia dobrej miny do złej gry. to prawda. przez ludzi, którzy w to wierzą i nawet nie przyjdzie im do głowy, że można spróbować inaczej, płynniej, bezkolizyjnie i radośniej przejść przez życie, tak świat widzimy wszyscy. możemy się zamknąć na chwilę w scenariuszu własnych wartości, ale kiedyś musimy wyjść z pieleszy wewnętrznego ciepła, zrobić krok w przód i odeprzeć atakujące nas wazeliniarstwo, niekompetencję, zawiść i złośliwość. przeszło mi przez myśl, że być może utaplanie się w błocie jest nam do czegoś potrzebne, ale niby do czego? wprowadza tylko element niemiłego zaskoczenia, następnie rozterek, weryfikacji swoich poglądów w oparciu o zdanie większości, a na końcu, dla co słabszych oznacza początek krakania tak jak wrony, w grono których się wkroczyło. przykre. prawdziwe. już i tak kłaniamy się w pas pieniaczom, nie dolewajmy oliwy do ognia.

domyślam się, że niewiele z tego rozumiecie. pisząc to wszystko stosuję pewien rodzaj terapii, wypowiedzenia na głos, by myśli nie drążyły i nie podjadały od środka. napisane, zrozumiane, zapomniane. bez hipokryzji wkroczyć w listopad.