Ten stan. Depresyjno – przedświąteczny

Ten stan. Depresyjno – przedświąteczny

Znacie ten stan – budzisz się z resztkami snu na powiekach, snu, w którym mąż zdradza Cię z blond dziunią z banku w Twoim własnym domu i cały dzień masz naznaczony wkurwem? Gówniana sprawa. Nie dręczy Cię tak bardzo potencjalność skoku w bok, ale emocje, które w tym śnie przeżywałaś – namacalne, do szpiku kości realne, ale przede wszystkim takie, o które się nie podejrzewałaś. I ten listopad na dodatek. Kochasz go za nastrój do zaszycia się w domowych pieleszach z kubkiem kakao, książką i włóczką, ale nie jesteś w stanie polubić skutków ubocznych w postaci spadku formy i nastroju. Jakby tego było mało, po raz enty masz zapalenie pęcherza. Pierdolnik w domu z powodu remontu, który będzie trwał do grudnia. Dwa wypryski na twarzy, choć już dobrych kilka lat temu zapomniałaś, co to takiego. Puste konto, bo wyszło Ci wszystko – od kosmetyków, przez ubrania, po meble i dodatki oraz półprodukty do wyrobu prezentów gwiazdkowych. A potem przypominasz sobie, że masz dzień wolny i przy odrobinie szczęścia nie trafisz na dzikie tłumy w kinie.

Nie znoszę ckliwych opowiastek o miłości. Koleżanki rozsmakowują się w książkach Paula Evansa, kolega wciska mi poruszający podobno film, a ja tylko prycham jadem i zgrzytam zębami. Nie kojarzę, jak to się stało, że obejrzałam pierwszą część Listów do M., pewnie dla Maćka Stuhra, lecz mimo tej specyficznej, banalnej formy zapamiętałam film pozytywnie. Dwójka jest momentami zabawna, przez większość czasu przewidywalna i w ogóle nie zaskakująca, to jednak na listopadową chandrę idealna. Cały film robią ładne kadry, przyjemne wnętrza, wątek Kariny i Szczepana Lisieckich (Dygant i Adamczyk), bardzo ludzka w entourage, kobieca Agnieszka Wagner oraz wyświechtany, ale niezbędny okołoświąteczny cud. Jeden, drugi, trzeci, czwarty i piąty cud.
Mimo, że seans o 11:15 obfitował w publiczność (zazwyczaj jestem o tej porze sama na sali) i to publiczność niewybredną – bekającą, szeleszczącą, komentującą i nie rozumiejącą tekstu, udało mi się nawet otrzeć łezkę wzruszenia w momencie, kiedy (bodajże) Antek pyta podczas wigilii o psa.
Podsumowując – polecam urwać się z pracy i pójść na poranny seans Listów do M. 2 wszystkim zdradzanym  – faktycznie i w snach. Pozostałym proponuję wieczorem zabrać na film partnerów, a później zamknąć się w sypialni z zapachowymi świecami i głową pełną miłości. Na przekór listopadowi.
Piszcie listy do M., kochani.