ludzie mają różną technikę otwierania wina i zmywania naczyń. ja na przykład do otwierania wina używani korkociągu (odkrywcze) i męża, a do zmywania już tylko męża. taaaak, dobrze kombinujecie, to będzie post o winie, mężu i o technice nawet również też.

Lucy Mayday Art

zaczęło się niewinnie – koleżanka bezceremonialnie zaanonsowała, z podejrzanie brzmiącym żalem i wątpliwościami w głosie, że muszę sobie wykoncypować, jak zamierzam się bawić i wizualną kronikę imprezy jednocześnie poczynić. spokojna twoja rozczochrana, bejbe. w celu pogodzenia funkcji nadwornego fotografa z rozochoconym gościem czterdziestolatki przygotowałam sobie zapasowe akumulatorki, buty na zmianę i męża w charakterze udogodnień własnych. zrezygnowałam nawet z włożenia kiecki, żeby mi się nie majtała pod pachami jak już będę wyginać śmiało ciało na stołach, hej.

jeśli jeszcze tego nie wiecie, moje wysiłki koncepcyjne zawsze – nomen omen -psu na budę. najpierw mąż odmówił współpracy w pląsach, natomiast ja przeciwnie, co było brzemienne w skutkach, ale o tym później. następnie znajoma oceniła moje zdolności sprawowania dwuzadaniowej funkcji na niewystarczające (a mówią, że kobiety to narzekająca definicja multitaskingu) przejmując moje optyczne dziecko,  wobec czego pół tysiąca zdjęć trzeba było zutylizować już na etapie przesiewowym. ale! jako dziecię prl-u potrafię się cieszyć z roboty, której ubywa, precz więc pójdźcie smuteczki, ja lecę bawić się dalej. w fotobudce.

ach, co to za fantastyczny wynalazek ta fotobudka. jesteś naocznym świadkiem bicia rekordu w ustawieniu nieskończonej liczby osób na metrze kwadratowym, przytulasz obce foczki bez groźby wyrwania plaskacza, dopieszczasz swoją zajebistość w blasku fleszy, a w ramach równowagi ekosystemu doświadczasz skomasowanego ataku czterystu osiemdziesięciu siedmiu odmian łupieżu, co stanowi istotny detal w nadaniu kontrastu do wypożyczonego lateksowego wdzianka granej przez siebie pierwszoplanowej roli w weekendowym fifty szades of grej. uwaga, dygresja: jeśli chcesz mieć z tego jakieś wspomnienia, fotobudkę należy przepijać na czysto. ja akurat mam jakieś, mój mąż ma pełniejsze i tu podziękowania należą się jubilatce, że zadbała o bogate wyposażenie karafek. mogłabym wszak nie otrząsnąć się z moralnych konsekwencji chwilowej utraty świadomości, a i mężowi pamięć działałaby nazajutrz wyjątkowo sprawnie, przeciwnie do kodowania informacji o konieczności powieszeniu półek w sypialni.

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

między piętnastym daniem i bimbrem z ikei podano tort i tu się zaczęły schody. świeżo ufarbowana blondynka nie rozkminiła, że baterie można zapakować naprzemiennie i wcisnęła wszystkie jak leżały w opakowaniu, po czym coś zakwitło, błysnęło i zdechło. yyyyy… zdjęć z dmuchanka nie będzie. jednakże! nie ma tego złego, prawdaż? wchodzenie w życie z czwórką z przodu lepiej kojarzyć z potem płynącym po dolnej części pleców niż nieokiełznanym wzrostem tejże, które to uzasadnienie zamierzam zamieścić w podaniu z prośbą o wybaczenie. z załącznikiem. borze, dopomóż*.

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

później były już tylko kankany, zamiecie i the end z powodu mocno trywialnego, albowiem kamerzysta lubi się zawieruszać. znacie to?

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

co się wydarzyło następnego dnia, niech pozostanie nauką dla potomności. grzeczne dzieci pamiętają, że worek z kapciami zawsze trzeba nosić ze sobą, niegrzeczne dostają talon na buty i balon. wchodzisz z czymś czarnym w dłoni, wychodzisz z białym, a czarne znajduje się po trzech dniach w taksówce razem z szalikiem i zagubioną koleżanką. perwersów informuję, że to nieprawda, jakoby każda urzędniczka państwowa witała jubilatkę z czarnym, białym lub różowym, ale niezmiennie wyjątkowo niestosownym, by publicznie podawać nazwę, bo ja tu o szpilkach, a wy nie wiadomo o czym, zboczuszki łobuzerskie wy. niestety, poza wybitnymi atrakcjami wieczora poprzedniego niedziela wita cię dużym opakowaniem ibupromu, pęcherzami na wszystkich palcach u stóp i dziewięciuset zdjęciami do obrobienia. wrrrróć! z trzystoma przecież, bo nad rozmazaną pięćsetką zryczałaś się jak bóbr jeszcze zanim zasnęłaś w trakcie lotu na poduszkę. do tego dochodzi wstyd i hańba, bo co ci przyszło do głowy, żeby do czarnego stroju zakładać cieliste gacie i chwalić się koronkami opasanymi talii? do tego na wierzchu?? spuśćmy na to mimo wszystko kurtynę milczenia, albowiem skarbu w postaci wruszu, wspomnień, spalonego miliona kalorii i uznania współmałżonka nikt ci nie odbierze. no, może nie do końca uznania, raczej coś na kształt długotrwałego zdumienia, ale nie trzeba być aż tak drobiazgowym. przejdzie mu. chyba…

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

*darz bór