sumienie

sumienie

Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, doskonale widzę dzięki upływowi czasu jak ewoluowało moje sumienie. Jeszcze do niedawna wstydziłam się na wspomnienie tego, że niepewność i dezorientację maskowałam pyskatym językiem, a sumienie potrafiłam ukierunkować w stronę bliższą góry lodowej niż ciepłego, białego misia. Zagłuszałam instynkty, które sprawiały, że czułam się maleńka, pominięta i pewnie też często niedowartościowana. Teraz mówi się, że taki człowiek chowa się pod swoim grubym pancerzem, bo z pewnością został uprzednio w jakiś sposób zraniony. To duże uproszczenie, zbyt duże.

To moje marne aktorstwo nie było na szczęście bezrefleksyjne, mogę więc po latach zrekonstruować niektóre wydarzenia nie obarczając się nadmierną winą za konkretne sytuacje. A miałam do tego tendencję, szczególnie ku umniejszaniu sobie. W psychologii mówi się o heteronomii, która definiuje podobne zachowania. Człowiek nie kroczy do przodu, bo stawia sobie zbyt wysoko poprzeczkę, nigdy nie jest wystarczająco dobry. Nie wiem, na ile dziecko potrafi ocenić sytuację i wsłuchać się w siebie, ale po latach wydaje mi się, że taki sposób obrony przed światem i wariującymi hormonami wcale nie jest gorszy od sytuacji, kiedy sumienie od samego początku skutecznie się wycisza. Słodkim dziewczynkom wkłada się do głowy, że są pięknymi księżniczkami, chłopcom kibicuje, kiedy walą kolegę na odlew. Bo to przecież zawsze jest w obronie, a uroda to klucz do sukcesu osiągany bez wysiłku.  Przykre to, ale później wyrastają prężni szefowie, menadżerowie w korpo lub zwyczajni prywaciarze, dla których podwładny/pracownik nie jest człowiekiem, tylko sposobem zaliczenia kolejnego pułapu wyśrubowanych wymagań.

Jestem kiepską matką, ale – czy to za sprawą własnego doświadczenia, czy wnikliwszej obserwacji – kładę nacisk na współistnienie moich dzieci w społeczeństwie pamiętając, że to ze mnie czerpią podstawową wiedzę na temat relacji. Nigdy nie wyglądamy w oczach innych tak, jak byśmy chcieli, nie jesteśmy też w stanie spowodować, żeby ludzie widzieli w nas dokładnie tylko to, co sobą reprezentujemy, bez dopowiedzeń i zniekształceń, ale mamy punkt odniesienia w sobie. Można być nauczonym traktować innych jak maszyny do osiągania osobistych korzyści, ale nie robi się tego najbliższym, prawda? Dzieci są papierkami lakmusowymi naszych postaw i choć trudno jest wychowywać je w idealnych ku temu warunkach, ważna jest refleksja nad tym, gdzie i dlaczego popełniamy błędy. Na podstawie wszystkich naszych zachowań dzieci kształtują obraz siebie i gdy widzą, że nie potrafimy przyznać się do błędów lub brniemy w coś, co można nazwać powolną zamianą wyobrażeń w rzeczywistość.

Przykład 1. Mój osobisty.

Wstaję rano, choć powinnam odpoczywać, poprzednio nie spałam przez 40 godzin. Jadę na wyprzedaż do Zary tuż po otwarciu centrum handlowego, bo w domu się nie przelewa, matka zaradnością nie grzeszy. Następnie pędzę na sesję zdjęciową, z której nic nie wyszło, bo dzidzia niespokojna i marudna, później do szkoły po córkę, z nią do dentystki, powrót do domu po pojemniki, bo przecież obiadu dziecko nie zjadło i przez 2 godziny jeszcze nie może, znów do szkoły, na stołówkę, w końcu po młodego. Zakupy trzeba zrobić, więc Biedronka, bazarek, w międzyczasie lody w maku (stomatolog kazała) i do Rossmanna po pastę do zębów, bo nam wegańska nie służy. Pasta w koszyku, później druga, odnieś jedną, proszę, mamo, możemy nowe szczoteczki?, w sumie powinny, więc wybieramy. Cały czas równocześnie szperam z zakamarkach pamięci, bo coś jeszcze miałam kupić, tylko co to było, do cholery? Stoję przed półkami z kosmetykami do włosów, nadal kombinuję, próbuję też znaleźć odpowiedni wosk do włosów co jakiś czas rzucając w kierunku dzieci, żeby się uspokoiły. Nie patrzę im w oczy, mówię do nich z góry, nie mam roztrojenia jaźni, a mój mózg zaczął już przecież proces przypominania sobie i lokalizowania potrzebnego produktu. Nie szarpcie się. Przestańcie. Młoda, nie prowokuj go. Młody, czy ja ci nie mówiłam, żebyś jej nie zaczepiał. Co wy robicie?  Kurwa mać, uspokójcie się – padło nieco za głośno. Mózg mi paruje, skręcam się w sobie za to, co powiedziałam, bo ani to skuteczne, ani kulturalne, a na pewno nie pedagogiczne, odwracam więc twarz w stronę lakierów do włosów, żeby ukryć skrępowanie i wyrzuty sumienia. Nie, nie myślę o tym, że ludzie w drugiej alejce słyszeli moją kurwęmać, jest mi zwyczajnie źle, że znów nad sobą nie zapanowałam, że nie odwróciłam uwagi dzieci, nie skupiłam jej na czymś mniej denerwującym niż przepychanki, że rzucam im mięsem bez sensu. Myślę również o tym, jak bardzo nie lubię oglądać takich scenek, kiedy dzieciaki robią, co chcą, a rodzice nie reagują, ale czasem rozumiem ich postępowanie, pozorną ignorancję. Nie robi się scen w sklepie. Co ludzie powiedzą?

Jedna myśl pędzi za drugą, nadal nie mogę się pozbyć natarczywego pytania o czym zapomniałam?, zarzucam pomysł doboru kosmetyku. Dzieci trochę zwolniły, ale nadal rozrabiają. Jestem bezsilna, tracę oddech. Na dłuższą chwilę rozpadłam się na kawałeczki i powoli znów się składam, byle jak, byle dojść do kasy, powrócić do domu, usiąść i wypić herbatę. Już mam ruszać, gdy podchodzi do mnie kobieta i szepcze: Proszę tak nie mówić do dzieci. Pracuję w opiece społecznej, gdybym to usłyszała zawodowo… po czym odwraca się i odchodzi niepostrzeżenie, chyba po to, żeby mnie już więcej nie krępować. Kulturalnie zwróciła mi uwagę, zrobiła swoje, na tym koniec. Czy mnie to rusza? Naturalnie, lecz nie na tyle, żeby nie zacząć analizować jej zachowania, zasiać w sobie wątpliwości, czy dokonała dobrego wyboru. Ja wiem, jak to działa od środka, instytucjonalnie, nie ocenia się relacji po kurwie w miejscu publicznym. Czy jestem zła, czy jest mi wstyd? Nie i tak, choć nie z powodu tej pani. Moje sumienie uruchomiło się już wcześniej, ona tylko postawiła kropkę nad i. Głęboko odetchnęłam, jej postawa zmusiła mnie do szybkiej weryfikacji. Gdyby nie jej słowa, powróciłabym do swoich problemów chwili, pozostawiła dzieci samopas i już nie próbowała nic naprawić. Zatonęłabym w swoim zmęczeniu, byłabym jak ci rodzice, którzy mnie wkurzają. Dzisiaj tak, jutro inaczej, bo ja z dziećmi non stop gadam podczas sprawunków, słucham ich opowieści w kolejce do kasy, odpowiadam na pytania, rozważam za i przeciw, gram w gry słowne. Nie jestem idealna, jestem mocno przeciętna, co nie znaczy, że pozwalam sobie na jazdę po bandzie i funkcjonowaniu w oparciu o instynkt. Przywołuję się do porządku, ale też daję sobie miejsce na sceptycyzm, nie obwiniam kategorycznie i nie łagodzę zbyt prędko. Nie jestem już tą małą, przestraszoną i nie wierzącą w siebie dziewczynką, która myślała, że wszystko robi niewystarczająco dobrze, ani koleżanką, która bezrefleksyjnie brnęła głęboko w świadomość, że jest nieomylna.

Przykład 2.

Człowiek człowiekowi zrobił świństwo. Nie jakieś fundamentalne zło, ale zachował się podle raz, drugi i trzeci, gadał głupoty na prawo i lewo. Trzeba było powiedzieć dość, odchorować, dojść do siebie. A potem rosnąć w siłę. Nadymać się, nadymać, nadymać. Swoją dotychczasową naiwność zamieniono w pewność siebie, ofiara opowiadając setki tysięcy razy o swoich upokorzeniach zrobiła z tego atut, nakarmiła się nimi, wielokrotnie zmieniała szczegóły i swoją rolę w całym zamieszaniu aż wreszcie osiągnęła taki punkt, gdzie stała się w swoich oczach bardzo mądra. Mądra po szkodzie. Najmądrzejsza nawet. Wcześniej było jej źle, bolało ją, że zawiódł ją ktoś bliski, teraz, po miesiącach rekonwalescencji jest inną osobą. Silną, niezależną, zadowoloną. Już nie da się zranić, bo dba wyłącznie o swój komfort. W ostatniej chwili odwołuje spotkania trafiając na bardziej atrakcyjną propozycję spędzenia wolnego czasu. Mówi wyłącznie o sobie i swoich zasługach w relacjach z otoczeniem. Wierzy w to. Życie ma być wygodne, przyjemne i… jałowe, ale bezbolesne. Przez długi czas człowiek ten nie widzi, jak ludzie się od niego oddalają. Nie trwa to tydzień, liczone jest w miesiącach i latach, ale dzień za dniem płyną bezceremonialnie, trudno jest złapać dystans nie mając go przede wszystkim do siebie. I przychodzi ten dzień, gdy dziecko tego człowieka nie ma poparcia wśród rówieśników, matka z ojcem się dziwią. Skąd ten chłód i dystans? Czy wszyscy powariowali? Przecież to niemożliwe, żeby każdy kolega i każda koleżanka przeszli na ciemną stronę mocy, gdzieś tkwi problem. A może do psychologa dzieciaka? Zaaranżować spotkanie ze znajomymi? Telefon nie odpowiada, albo nikt nie ma czasu. Dziwne.

Rzeczywiście, dziwne takie życie bez sumienia. Nie ma go, zniknęło w obronie przed ponownym zranieniem. Zdrowy kontakt z otoczeniem zginął bezpowrotnie, nie znalazł bowiem miejsca dla siebie pomiędzy ja, ja i tylko ja. Ja lubię. Ja myślę. Ja chcę. A wystarczyłoby przegadać problem z kimś z zewnątrz, zapytać o opinię, zweryfikować swoje obawy, rozładować napięcie. Znaleźć bufor. Tylko to wymaga stworzenia więzi, a w obliczu zawiedzionego zaufania wygodniej jest z nich zrezygnować. Czyż nie po to jednak jesteśmy istotami myślącymi, żeby z tej możliwości skorzystać?

Przykład 3.

Jedni wiwatują ojcu Rydzykownemu, inni Owsiakowi. Jedni i drudzy uzyskują wymierne korzyści duchowe, materialne. Datkami i modlitwą uspokajają sumienie. Nie myślą nad genezą problemów, konsekwencjami przyjętych działań, a już na pewno nie próbują wprowadzać trwałych zmian systemowych, które nie generowałyby dodatkowych kosztów, ponieważ satysfakcjonuje ich wynik – rzesze jednoczących się, wspomagających wzajemnie wiernych, wspólnota i fizyczna pomoc ratującą życie dzieci. Obie strony walczą w imieniu wyższego dobra, a mimo to narastają konflikty dotyczące obu działalności, które przybierają momentami kształt fanatyczny. Agresją próbują narzucić swoje stanowisko, drażni ich próba wnikliwszego zgłębienia tematu. A tu nie ma o co kruszyć kopii bez konstruktywnej rozmowy, logicznej argumentacji. Od idealizmu do fanatyzmu krótka droga, niezależnie od dobra, jakie dla ogółu za sobą on niesie. I ile trupów musi pogrzebać po drodze. Bo wiara w konkret, socjalizowanie się na zasadzie zrywów pod dyktando idola pobudzającego tłum do aktywności często kompensuje braki w codziennym, realnym, namacalnym życiu jednostki. Problem nie leży w idei, tylko w człowieku. Czyszczenie sumienia na zasadzie porządkowania odległej, uogólnione rzeczywistości jest proste, ale czy moralne?

W blogosferze nie mam miejsca na przyznawanie się do błędów. Pisze się o tym, co ładne, słodkie i urocze, a jeśli napiętnuje naganne postawy to tylko z pozycji wszechwiedzącego, idealnego w swoim postępowaniu obserwatora. Niech kamieniem rzuci ten, kto niewinny i oto leci grad odłamków. Łatwo uspokoić sumienie pod pozorem istniejącego lub przyjętego systemu wartości, działać w imię idei, która tworzy algorytmy postępowania, ale nie reguluje moralności, nie dopuszcza do wątpliwości i nie daje sposobności do namysłu. Czy my naprawdę musimy na każdym kroku się oszukiwać? To nie przynależność do grupy świadczy o naszym człowieczeństwie, tylko zdolność do popełniania błędów i wyciągania wniosków, chęci naprawy i zmiany. Działanie o wypunktowane, ograniczone do cudzego wyboru wartości koi ludzkie sumienie, ale mnoży ofiary wśród tych, którzy nie są z nami, więc są przeciwko nam.

Gdy gangrena atakuje członki, odcina się je, żeby zachować zdrowe tkanki i życie. Funkcjonowanie z brakami nie jest łatwe, ale z zainfekowanym organizmem również, a do tego nie trwa długo. Ile czasu można unikać problemu? Aż wszyscy cię opuszczą i pozostaną tylko hasła i slogany? Daję ludziom drugą szansę niekoniecznie ich o tym informując. Niekiedy również trzecią i czwartą, a później stawiam mur, jeśli moja cierpliwość nie zostaje doceniona. Nauczyłam się tego bardzo późno, ale jednak, ponieważ moje zdrowie i relacje z rodziną cierpiały, gdy w nasze życie wchodzili ludzie negatywnie nieszablonowi. Nie tylko od rodziców młode uczą się zachowań, obserwują także związki zaprzyjaźnionych par, z którymi się spotykamy, ich dzieci. Są jak koniec liny wprawionej w drgania, przejmują je nie potrafiąc opanować. Jeśli więc usunęłam was z fejsa lub zamroziłam kontakt, to nie dlatego, że mam muchy w nosie. Bronię się przed niepotrzebnym, dodatkowym stresem i nieakceptowalnym przeze mnie systemem wartości, myślę że z korzyścią dla nas wszystkich. A jeśli będziecie chcieli o tym porozmawiać, to bardzo proszę face to face.