słowo na R

słowo na R

o raku myśli się jak o abstrakcji, statku widmo, który każdy widział z bezpiecznej odległości. a nie, czekajcie, to tylko złudzenie, krystalizacja (nie)wiedzy na ten temat. naprawdę o nowotworach się nie myśli, bo to boli i wprawia w zakłopotanie. prędzej czy później cudze nieszczęście odciska piętno na nas samych, wywołuje obawy o własne życie i zdrowie.

o raku nie tylko się nie myśli, ale też nie mówi. rzuca się jedynie: moja ciocia też miała albo to straszne, współczuję i idzie dalej. bezrefleksyjnie.

myślicie, że gdyby chorzy mówili więcej o swojej chorobie, wzrosłaby świadomość społeczna?

nie sądzę. rak jest jak trąd, tylko nie zaraża, jest gdzieś w nas, czeka na okazję, żeby rosnąć w siłę. czyż nie tak myślą zdrowi? do pewnego momentu bagatelizują i ignorują, później wypierają i traktują, jakby każda przelotna myśl miała wywołać rakotwórcze zmiany. odseparowują się od problemu, dopóki ich samych nie dotyczy.

nie mówi się głośno o swojej chorobie własnie dlatego,  żeby cię ludzie nie skreślili. lęk to proste uczucie, trudno go jednak kontrolować i zatrzymać dla siebie. widać go w grymasie, kroku w tył, niekontrolowanym geście obronnym. bo rak to wyrok, nie ma przecież lekarstwa na niego. po co pokładać energię w kimś, kto nie zaowocuje korzystną znajomością, efektywną pracą, czyż nie tak?

na hasło rak ludzie organizują sobie świat usuwając cię z niego. żeby ich nie dręczyło poczucie nieuchronności i losowego wyboru. może jeśli nie będzie ich to stresować i zaprzątać myśli, nowotwór ich ominie.

cóż, czynnik stresu nie pozostaje bez znaczenia na rozwój choroby, ale przyczynia się do niej też mnóstwo innych elementów.

to duże uproszczenie – odizolować się w momencie, kiedy nowotwór jest powszechną chorobą cywilizacyjną. powiedziałabym nawet, że to hipokryzja. owszem, dostajemy tylko jedno życie, ale nie żyjemy wyłącznie dla siebie. tworzymy wspólnotę gatunku opartą na prawie i moralności.

boli, kiedy znajomi nie chcą więcej imprezować w twoim towarzystwie, ale to nie jest sens życia, widocznie to nie są odpowiedni ludzie dla ciebie, znajdziesz innych albo dokonasz selekcji i będzie ci się lepiej funkcjonowało. bez obaw o kolejne odrzucenie i martwą ciszę pomiędzy wymuszonymi rozmowami. bardziej dręczy sytuacja, kiedy przełożeni przestają stawiać przed tobą wyzwania, spisują cię na straty. przestają utożsamiać z tobą przyszłość firmy zanim jeszcze zapadnie wyrok, który zapaść wcale nie musi. zamiast dać ci siłę, żeby żyć normalnie, wrzucają cię do worka przegranych, a przecież ty chodzisz do pracy właśnie po to, żeby się nie dręczyć i nie popadać w czarnowidztwo. nie jesteś unieruchomiony fizycznie, mózg masz sprawny, chcesz żyć jak dotąd.  musisz, inaczej zje cię stres. nie chcesz, żeby cię głaskano po głowie i poklepywano po plecach, oczekujesz normalnego traktowania. i nie, nie oznacza to wiecznych nadgodzin, zastępstw i nakładania większej ilości obowiązków. jesteś chory. nie chcesz tyrać, bo to niczemu nie służy, może cię szybciej zabić. chcesz zwyczajności, pragniesz skupiać się przez osiem godzin dziennie zadaniowany przez kogoś, kto nie zrobi z ciebie żywego trupa, ani nie przybliży cię do kresu wytrzymałości.

nie awansujesz, choćbyś na to solidnie zapracował, bo nie rokujesz. nie ma symptomów, że obniżyłeś loty, lecz to nieuchronne według twojego szefa.  wśród współpracowników zapada zmowa milczenia. widzą przecież, że przestano od ciebie wymagać, że szefostwo unika cię, by nie musieć tłumaczyć się ze swoich decyzji. wolą cię unikać, żeby nie otrzeć się o coś, co wykracza poza ich strefę komfortu. wystrzegają się ciebie, ponieważ nie chcą bliskości śmierci na co dzień. bo tym dla nich jesteś. nie rozumieją, że tobie potrzebny jest życiowy constans i spokój, a nie walka z własnym organizmem i wszystkimi dookoła o godne życie w czasie choroby.

nie szykujcie walczącym z nowotworem dębowej jesionki. nie pozbawiajcie dotychczasowych aktywności. nie litujcie się i nie załamujcie rąk. przyznajcie, że jest takie słowo na r.