rzygu rzyg

rzygu rzyg
Ciągnę za sobą czerwony koszyk z oklejoną brudem, rzekomo antybakteryjną rączką i zastanawiam się, dlaczego nie wzięłam wózka. Robi mi się na przemian fioletowo, żółto i czarno przed oczami, momentami śledzie w promocyjnej cenie tańczą przede mną kankana. Zaraz przejdzie, jeszcze momencik, znam ten stan.
W chwili, kiedy wszystko wraca do normy i zapadam w zwyczajową zadumę nad serowo-winnym wyborem, z letargu wyrywa mnie telefon. Ciotka pomiędzy zapytaniem o pieczarki i majonez opowiada z euforią, jak to zapragnęła łazanek i tak jej się ich chciało, tak się chciało… że i mnie się chcieć zaczyna. Naprzemian łazanek i haftowania artystycznego na lodówki z rybami. Znów mi słabo, a taka byłam dzielna, nawet nie myślałam o konsumpcji czegokolwiek podczas zakupów w dyskoncie spożywczym.

Jestem twarda, jestem silna – myślę sobie. Wrzucam do koszyka tylko najpotrzebniejsze rzeczy, jutro trzeba będzie przeżyć dzień pracy z jakimś zamiennikiem kebaba czy chinki. Spływa na mnie spokój. Jedna z kilkuletnich bliźniaczek potrąca wózkiem mój koszyk, zakupy toczą się lawiną po sklepie, ale ja nadal trwam w fazie zen. Zennnn. Zennnn. Nie, no – Zenek? Twoje oczy zielone??? Nosz kurwa – w Biedronce???

Wyłączam się, inaczej zwariuję. Mijam kolegę, który jakoś dziwnie patrzy, ale zawsze uśmiechnięta kasjerka rozwiewa moje pstre myśli. Pakuję bagażnik, odpalam żelazko i zennnn… zennnn. Akurat teraz cztery auta na hurra muszą w tym samym czasie wyjeżdżać z miejsc parkingowych. O, Boże, Bożeno! Oddychaj głęboko.
W domu sielanka, a mnie nadal jakoś ciężko i ledwo, ledwo. Mayday pyta, jak było na zajęciach, bo coś mam na twarzy. Co? Co mam? Tłumionego wkurwa, to raz. Nadciśnieniowe wypieki, to dwa. Wystarczy. Zerkam niechętnie do lustra, przekręcam głowę i delektuję się myślową szaradą, czy to z powodu braku makijażu, czy plam na licu koleś tak mi się dziwnie przyglądał w Biedrze?! Od obrazu do obrazu, jednym rzutem przechodzę ze sklepu do bazaru, bo przypomina mi się, jak tłusty straganiarz gołymi rękami podawał dziecku pączka. Chwilę wcześniej tymi samymi łapami trzymał sobie fiuta w krzakach tuż obok mojego auta, jeszcze ma trzy obleśne kropki moczu na dresach w okolicy krocza. Wtedy też robiłam zakupy po ćwiczeniach w siłowni.

Tym razem zapisałam się na zumbę. Nie, żebym tak bardzo lubiła wygibasy, odkąd wyjechała moja zumbowa Pyza Markiza ogłosiłam żałobę i bojkot machania tyłkiem. Dzisiaj wybrałam się, nomen omen, z lenistwa, bo wstać w sobotę na fitness o 11 to nie to, co zwlec się z łóżka na step o 9, choćby najfajniejsza instruktorka te zajęcia prowadziła. Akurat to była Monika, szczerze polecam. Ale… wybacz, kochana, moje zmęczone dwunastogodzinną tyrką i upuszczeniem niemal pół litra krwi ciało wolało zajęcia dłubania w nosie i machania leniwie nóżką pod ikeową kołdrą.

Dość niechętnie szłam na tę zumbę, pamiętałam bowiem, że prowadzi ją młoda dziewuszka, pełna energii i werwy, ale brakuje jej doświadczenia w przewodzeniu grupie osób na różnym poziomie wtajemniczenia. Sama taka byłam, dawałam z siebie wszystko, skakałam najwyżej, ćwiczyłam najciężej, bo wydawało mi się, że taka jest rola trenera. Przeszło mi, jak każda pełna potencjału akcja, która z wiekiem zamienia się w mądrość życiową. I te milion pytań: czy mamy specjalne życzenia, czy chcemy wolniej, czy szybciej, a może to, a może tamto? Chciałabym w końcu poskakać, a nie marnować czas wgapiając się w milczącą zgraję kobiet, które nie rozumieją, o co kaman. Doprawdy, musiałam wyglądać jak połączenie suki z zołzą.
Przekrój uczestniczek zarzucania bioderkiem jest tak zróżnicowany, jak reklamy Bennettona z czasów świetności. Nie ma lansu, ani bounce’u in general, choć gdyby człowiek chciał, dopatrzyłby się tego i owego. Ja nie chcę, większość zapalonych fit kobitek również, jak mniemam. Przychodzą niewiele starsze ode mnie matki z córkami gimnazjalistkami, młode szparagi z tendencją do anoreksji, zafiksowane na taniec lajdis oraz zwyczajne dziewczyny. Byłam i ja. W żadną z tych kategorii się nie wcisnę, oscyluję gdzieś wokół ona za chwilę rzygnie, ale nie zapominam o uprzejmym dzień dobry i do widzenia w szatni, co normalnie się nie zdarza. Nie mnie, innym. Jakie to nienaturalne wejść ot tak i nawet nie ciamknąć pod nosem gburowatego bry. Albo: czy wszystko w porządku?, kiedy osoba przed nami idzie po ścianie, bo mózg jej wytrząsło i serce nadwyrężyło. Zwracam uwagę, serio. Mnie samej jeszcze żadna odrobina współczucia nie była potrzebna, ale nieźle musiałam wyglądać po wyjściu z treningu cała w krwistoczerwone placki na twarzy i cieknąca potem nawet tam, gdzie sobie nie wyobrażacie. Trzeba mieć zasady. I nie nachylać głowy w dół w kulminacyjnym momencie zajęć, dziesięć minut przed końcem, kiedy instruktorka dokłada do pieca i włącza kowbojski. Właściwie jest to mieszanka pozowania na macho z ostrogami, bollywoodzkich wężyków odwłokiem, majtania odnóżami w irlandzki deseń i kilka kroków hip-hopowego wytupywania dziury w podłożu, lecz nazwa robi swoje i sieje już postrach wśród aspirujących zumboholiczek.
I to tyle. Bez puenty, bo mi się zawartość żołądka cofa.
Howgh!