Rozkoszne Roztocze – Zwierzyniec

Rozkoszne Roztocze – Zwierzyniec

Styczeń i luty, poza tym, że śnieżne i obfite w zimowe aktywności to też miesiące planowania grafików urlopowych i rezerwowania wakacyjnych wojaży. Zgrzeszyłabym twierdząc, że nasze wyjazdy są przemyślane i kilka miesięcy wcześniej organizowane, lecimy z koksem po całości, bo jakoś nam nie po drodze z życiem w stylu constans, ale może ktoś z was będzie szukał urokliwego miejsca na odpoczynek w rzadko eksplorowanej przez turystów wschodniej części Polski i odkryje w sobie dzięki temu postowi potrzeby wykraczające poza plażę, jeziora i góry.

Zaznaczyć muszę, że Roztocze od kilku lat całkiem prężnie się rozwija zachowując póki co atmosferę wsi, ale nawet nie typowo agroturystycznej, turysta jest tutaj rzucony na pożarcie przepięknych okoliczności przyrody, gdzie sam musi zorganizować sobie czas. Owszem, niektóre miejsca zostały już wzbogacone o atrakcje typu: gofry i fastfood, parki linowe, baseny ze zjeżdżalniami, budki z chińskim badziewiem, gokarty, dino park, ale jest tego stosunkowo niewiele i raczej usytuowane nienachalnie. Naprawdę można wypocząć, ponudzić się nawet można, ale tylko, jeśli człowiek nie wie, co zobaczyć, gdzie pojechać, jak dostać się do miejsc, w których widoki zapierają dech w piersi. Żeby wam ułatwić sprawę, pokażę i wstępnie opiszę miejsca, które – wszystkie w promieniu ok. 30 km – zachęcają, żeby na Roztocze powrócić, jeśli nie docelowo na pełny urlop, to chociaż na ciepły, długi weekend. Będą to: Krasnobród, Guciów, Zamość, Susiec i dzisiejszy Zwierzyniec.

Zwierzyniec

Jeśli byliście kiedykolwiek w lubelskim, z pewnością rzucił wam się w oczy charakterystyczny napis na parasolach w ogródkach piwnych. Zwierzyniec ma bowiem swój browar i to nie byle jaki, ważone tam piwo króluje w całym województwie i nie bez powodu jest gloryfikowane przez tubylców. Jeśli reszta nie przekona waszych mężczyzn do wyjazdu w tamte rejony, chmielowy argument powinien trafić w samo sedno. Piwo dostępne jest wszędzie i od ręki, a że Roztocze ma przyjemnie zwartą topografię, przy odpowiedniej bazie noclegowej nie potrzeba ruszać auta z parkingu, żeby skorzystać z dobrodziejstw okolicy. Na przykład na spływy kajakowe przyjadą po ciebie, odbiorą z końca trasy i odwiozą na miejsce, cudowni, rozwojowi ludzie. Nie zdziwię się, jeśli właściciele pensjonatów zakupią busy i zaczną organizować wycieczki objazdowe.

Zwierzyniec

Wracając do Zwierzyńca.

Sama miejscowość to zwyczajna, mała wieś, dopiero na jej krańcu mamy skupisko dobra. Najpierw kościół na wyspie św. Jana Nepomucena. Nie jest codziennie otwarty dla zwiedzających, bo to czynny przybytek, gdzie regularnie odprawiane są msze, ale można zajrzeć do środka poza nabożeństwami przez otwarte, lecz zakratowane drzwi. Skromny, ale robiący wrażenie z powodu architektury i otaczającego go zbiornika wodnego. Romantycy mogą zabawić się w Niechcica i swoim kobietom zbierać nenufary.

W drodze z kościoła możecie wstąpić na zupę chmielową, browar ma bowiem bardzo atrakcyjną, centralną lokalizację, często stanowi więc punkt zborny dla rodzin o odmiennych zapatrywaniach na spędzanie urlopu. Latem na jego dziedzińcu odbywa się Letnia Akademia Filmowa, toteż nie tylko piwogrzmoty znajdą tu coś dla siebie.

Możecie też pójść dalej bez zatrzymywania się i zadecydować, czy chcecie sprawić frajdę dzieciakom i skręcić w lewo, czy przegonić towarzystwo po szlaku w Roztoczańskim Parku Narodowym. Macie do wyboru trasę dla harcorów, która ma 15 km długości, albo 2-3 kilometrowy spacer zwieńczony czymś naprawdę ekstra (uwaga – wózki dają radę).

Powyższe zdjęcia wskazują bramę do tej dłuższej, lekko grząskiej ścieżki zdrowia, a jak sami widzicie z przychówkiem daleko byśmy nie zawędrowali, toteż na komendę w tył zwrot obraliśmy azymut na kompleks edukacyjno-muzealny Roztoczańskiego Parku Narodowego. Na nasze szczęście był nieczynny z powodu późnej pory (po 18), dlatego nie wiem, co oferował wewnątrz, ale to, ile czasu poświęciliśmy na zewnątrz w zupełności nam wystarczyło.

Najpierw oglądaliśmy jakieś roślinki, być może zioła, ale pewności nie mam, bo matka rzadko znajduje czas na wąchanie kwiatków, częściej zdarza jej się dostać zeza rozbieżnego łypiąc jednym okiem na jedno, drugim na drugie dziecko. A my naszych mieliśmy pięcioro i browar w pobliżu.

Dalej stały ule. Przeróżne. Z tablicami informacyjnymi. I znów na szczęście, że bez przewodnika, bo młode na wakacjach literaturą wszelaką się brzydzą, o ile nie jest to komiks z lego ninjago.

Za ulami coś, co trzeba opatentować i sprzedawać do przydomowych ogródków. Najlepiej, żeby jeszcze się ruszało.

A mianowicie to:

W okolicy bajkowych domków zabrakło tylko jednego – ławek dla rodziców. Gdyby ośrodek był czynny, z pewnością zgłosilibyśmy taki postulat, bo nic tak nie cieszy, jak zajmująca się sobą grupka dzieci w różnym wieku w przeciwieństwie do grupki dzieci w różnym wieku, której członkowie mają swoje zdanie na każdy temat. A zazwyczaj mają, uwierzcie na słowo.

Chociaż gdyby nie zabrakło ławek, nie pojawiłyby się te zdjęcia.

Kiedy nogi wejdą wam już głęboko w cztery litery od stania i podziwiania waszych pociech wydających z siebie krótkie dźwięki zaczynające się i kończące na och, ach i łał, nabierzcie powietrza głęboko w płuca, zgarnijcie miłośników piwa i skręćcie za budynek główny ośrodka. Prowadzi tamtędy ścieżka do raju.

Ale zanim pokonacie półtora-dwa kilometry do celu, warto zboczyć ze szlaku i pójść na jagody, o ile nie boicie się lasu. Moje starsze dziecko nienawidzi robactwa, ale ja, stateczna matka, byłam dzielna za nas obie, nażarłam się (jeśli to zabronione, to pewnie się już przedawniło mam nadzieję) i nakarmiłam przy okazji to małe, wredne dziadostwo, które przeleżało sobie w mojej nodze dwa dni. Kleszcza znaczy. Wiem, tylko blondynki wchodzą do lasu z gołymi nogami. Co prawda nie planowaliśmy tego spaceru, ale blondynizmu się nie wyprę tak czy inaczej.

Kierunek: stawy Echo. Będziecie je mieć po lewej stronie, raczej trudno je przegapić, ale da się, sprawdziliśmy. Nawróciły nas dzieci, które zaczęły fikać kozły po pustej, częściowo zacienionej, ustronnej, pustej plaży. I nagle, niczym Mauczyńskiemu las krzyży, ukazał się nam taki oto obrazek. Na żywo piękniejszy, nie da się tego opisać, naprawdę.

Widzicie te boje? To nie żart, w sezonie w godzinach otwarcia kompleksu edykacyjno-muzealnego rezyduje tam ratownik, pod którego nadzorem dzieciarnia pielęgnuje na dłoniach i stopach starego dziadka, a rodzice tymczasem oddają się błogostanowi. Takiej ciszy, świergotu ptaków, spływającej na człowieka nirwany jeszcze nigdzie nie doświadczyłam.

W oddali po prawej widzieliśmy zarys stadniny, z której organizowane są wycieczki konne po okolicy. Myślę, że jeszcze tam dla tych koni, tej plaży i spływów kajakowych powrócimy.

(O spływach przy okazji postu o Suścu, ale z każdej miejscowości organizowane są wypady kajakiem po Wieprzu).

Jedynym kłopotem w związku z ustronną plażą jest odległość. Wiadomix, spokój ma swoją cenę i jest w tym wypadku uzależniony od lokalizacji. Przy plaży ustawione są toalety przenośne, a najbliższy cywilizowany punkt (parking) oddalony jest o kilometr piaszczysto-ziemistą drogą przez las. Komu nie straszny pełny pęcherz i brudne stopy, niech się nie zastanawia tylko jedzie do Zwierzyńca chociażby po to, żeby móc się do końca życia podniecać tym miejscem, jak ja.

 

W kolejnych postach poprowadzę was Szlakiem Turystycznym im. Władysławy Podobińskiej m.in. przez

Zamość z Leśmianem w tle

Susiec

Krasnobród

Guciów