internet to zdradliwa bestia. poznajesz ludzi, zżywasz się z nimi, ale w pewnym momencie czegoś wam brakuje i rośnie ciśnienie spotkania twarzą w twarz. zakończyliście pewien rozdział, potrzebujecie wyjść poza to, co już wam doskonale znane. zachodzi obawa, że jeśli tego nie zrobicie, wasza świetnie rokująca relacja stanie w miejscu, a po pewnym czasie zgnuśnieje, spowszednieje i przejdzie w stan letargu.

poznałam kilka osób z blogowej braci namacalnie i mimo, że zawsze przed pierwszym widzeniem towarzyszył mi lekki dreszczyk emocji, mieszanina zdenerwowania i ekscytacji, a samo spotkanie niekoniecznie przebiegało gładko, zawsze ratowała myśl, że nie wybrało się tej osoby przez przypadek. potrzebne było specyficzne porozumienie. oczywiście, piszę teraz o kimś podobnym do mnie, kto musi najpierw długo obwąchiwać wirtualne pupy zanim poczuje się bezpiecznie i pewnie, co do człowieka, ale też własnej postawy.

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

 

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

chociaż to ja jestem w związku motorem napędowym poznawania ludzi i wprowadzania ich do naszego domu, coraz częściej widzę potrzebę izolacji. łatwiej mi nawiązać kontakt mając tę osobę w codziennej rzeczywistości, choćbym miesiącami, a nawet latami mijała ją na ulicy jak nieznajomego. z drobnych gestów, nawyków, komfortu przyzwyczajenia (mimo, że do obcego, ale wizualnie opatrzonego człowieka) i nastawienia do ciebie jesteś w stanie wstępnie odczytać, czy zaangażowanie w relację jest warte poświęcenia czasu i energii. nie ma nic gorszego, niż przekroczenie granicy prywatności, a później rozczarowanie. oczywiście, nie da się tego ocenić w pełni, bo poznawanie, tak jak zaprzyjaźnienie się, to proces. ludzie rzadko są nieskomplikowani, otwarci na tyle, żeby móc otworzyć przed nimi drzwi i serca, na początek wystarczy okno i chęć. jednak przez bezpośredni kontakt doraźny dostajesz wystarczająco dużo informacji, żeby zadecydować, czy ten związek ma sens.

z internetowymi randkami jest zupełnie inaczej. współczuję ludziom, którzy nieustannie umawiają się w ciemno szukając życiowego partnera online. tutaj jesteś w stanie tak mocno okroić siebie, wykreować jakiś obraz w głowach śledzących cię w necie podglądaczy, że nawet nie można by ci było zarzucić oszustwa. to są tylko urywki z życia, wyrwane z kontekstu doczesności myśli, słowa często nie poparte działaniem, sztuczne twory oderwane od powtarzalności dnia. wystarczy wnikliwie przyjrzeć się niektórym popularnym lajfstajlowym profilom na insta. to maszynka do robienia fejmu/pieniędzy/ego/marzeń, w której prawdziwy człowiek stanowi mały odsetek całości.

jednakże nawet bez zamiaru aranżowania specyficznego klimatu, nie jesteśmy w stanie wyrazić siebie na tyle, żeby później nie było przekłamań w bezpośrednim odbiorze. poza tym słowa puszczane wolno mają  niezwykłą moc przeistaczania się. można z nich czerpać do woli – łączyć w równoległe pary lub nieskończenie długie sinusoidy – zależnie od własnych doświadczeń.

zaprzyjaźniając się z kimś wirtualnie, przed spotkaniem zawsze mam obawę, że mój obraz, który ta druga osoba ułożyła sobie z treści, jakie puszczam w sieć, momentalnie pryśnie jak bańka mydlana zaraz po poznaniu mnie w realu. nie jestem inna tutaj, na blogu, fb czy ig, ale też nie prowadzę w owych social mediach równoległego życia. to, co przeczytacie tutaj, w rzeczywistości może okazać się kadzeniem i pierdzeniem na żywo. zresztą raczej nie będzie okazji tego sprawdzić, bo w realu rzadko poruszam tematy, które widnieją na blogu. instagram to też tylko namiastka. słyszałam już, że internet pokazał mnie z piękniejszej strony, która naprawdę ma o wiele mniejszy wymiar. tu akurat nie ma przekłamania, bo jeśli coś w ogóle jest nieciekawe, a nawet brzydkie, lecz w szczególe potrafi zdziałać cuda, to przecież kłamstwo niezamierzone.

skoro mam obawy i świadomość co do własnej tożsamości wirtualno-realnej, jak prezentuje się ona wobec innych? to stąd wynika mój strach przed bliższym poznaniem. na szczęście, są na to sposoby. co prawda, nie zawsze ja je inicjuję /bo jednak zraziłam się na kilku człekach poznanych przez blogosferę i nie ufam już swoim osądom/, ale mądrzy i naprawdę czujący ten flow ludzie przychodzą mi w sukurs. gdybym mogła wam coś doradzić – o ile planujecie przenieść internetową relację na wyższy level – piszcie listy. dzięki nim przekazujecie znacznie więcej siebie, jesteście mniej ograniczeni hipotetyczną publiczną krytyką, więc szczersi i bardziej bezpośredni.

Lucy Mayday Art

zdjęcia ciążowe mogą wam się wydawać nie na miejscu, ale ściśle wiążą się z poruszoną tematyką. sesja powstała w jakieś dwadzieścia minut łącznie z porządkowaniem mojej sypialni, nie była to bowiem zamierzona, zakrojona na szeroką skalę akcja. nie wiem, jak wam, ale mnie się podobają. żałujcie, że nie możecie zobaczyć pozostałych kadrów, które chroni prawo do prywatności.