quilty pleasures

quilty pleasures

Przez większość życia czuję potrzebę obcowania z kulturą, mam zamontowany radar, który ostrzega przed jałowością i masówką. Generalnie skłaniam się do tezy, że nie wystarczy zadowalać się czymkolwiek, pisałam o tym przy okazji posta o czytelnictwie, jednakowo nie uważam, że w życiu trzeba się zmuszać do trawienia wolnego czasu na sprawy, których nie rozumiemy tudzież na takie, które nie sprawiają nam przyjemności. Da się żyć w oderwaniu od popkultury, zajmować się tylko tym, co wzbogaca nasze życie i pozwala wejść na wyższy poziom samodoskonalenia, ale zwyczajny człowiek może mieć z tym trudności. Nie znaczy to, że ludzie dzielą się na pospólstwo i elitę, a jedynie tyle, że prowadząc dom, pracując, wychowując dzieci, mając jakieś życie towarzyskie nasze umysły potrzebują wytchnienia.

Wiele przyjemności, o których bez skrępowania mówi się w niektórych sferach, dla innych mogą być tematem tabu. Wstyd się przyznać przed intelektualistą, że oglądanie programu Rolnik szuka żony relaksuje, o serialu Współczesna rodzina rozmawia się przy pierwszej kawie w pracy, a potyczki w show Mam talent śledzi cała rodzina.

Nie oglądam Mam talent, Współczesna rodzina nudzi mnie po kilku minutach, do Rolnika się nie przywiązuję, ale oglądam z mniejszą, a niekiedy z większą atencją. Mam swoje quilty pleasures, choć nie są one regularne i za każdym razem te same. Nie wybieram ich pod wpływem impulsu, trendów czy mody. Przez dziewięćdziesiąt procent czasu mam poczucie, że powinnam doświadczać czegoś ważnego, żeby nie marnować życia, ale przychodzi w końcu taki moment, że nie chce mi się pilnować. Zmuszanie się do “kultury wysokich lotów” wtedy, kiedy jestem całkowicie wyprana z szarych komórek mija się z celem. Do wanny zabieram wówczas lekki kryminał, ale poza nią zamiast czytać gapię się z rozdziawioną paszczą, jak samotna kobieta zmaga się z zimą mieszkając w odludnej części Alaski albo po raz enty micha mi się cieszy na widok Sheldona z Teorii Wielkiego Podrywu. Nie kupuję wtedy czasopism, prenumeraty lądują za szkłem biblioteczki, częściej za to umawiam się z koleżankami na kawę, wychodzę na drinka, do kina. Tym samym mam o czym rozmawiać z miłośnikami kreskówek, sensacji i bajeczek w stylu Bridget Jones nie katując ich problemami współczesnego świata.

Przez stresujący okres okołoszpitalny znalazłam sobie quilty pleasures w postaci akwareli. Nie mam wielkiego talentu, szkicowanie mnie niecierpliwi, ale nakładanie wodnych farb pozwoliło mi na odseparowanie od problemu, wyciszenie się. I cóż, że kiczowate obrazki jelonków i niedopracowane ptaszki fruwały po domu z kąta w kąt. Osiągnęłam swój cel i teraz, w okresie akwarelowego spoczynku, mogę nastrajać się na coś bardziej wyszukanego w formie i treści. Zrobiłam sobie miejsce na określenie się, czy lubię to, czy też potraktowałam malowanie jako substytut kolorowych pigułek na uspokojenie.

Co więcej, zrobiłam tym sposobem miejsce na inne przyziemne atrakcje, obejrzałam bowiem kilka filmów. Taaak, wysupłałam kilka godzin tylko po to, żeby popatrzeć na hollywoodzkie produkcje z happy endem. I tu niespodzianka.

Captain Fantastic

Tytułowy Captain Fantastic (2016, reż. Matt Ross) czyli Ben Cash (grany przez Viggo Mortensena) to ojciec szóstki dzieci, idealista i antyglobalista. Poznajemy go w jego naturalnym środowisku – na ziemi wykupionej z daleka od cywilizacji, gdzie wraz z rodziną mieszka w autobusie przystosowanym do podstawowej żywotności. Dba o rozwój osobisty, duchowy, intelektualny i fizyczny podopiecznych i własny, jak się okazuje niezwykle skutecznie, dzieci są mu bezwzględnie posłuszne i nie mając dookoła żadnych rozpraszaczy towarzyszących zwykłemu człowiekowi współczesnego świata chłoną wiedzę, przezwyciężają swoje ograniczenia, nie odpuszczają i rosną w siłę. Są doprawdy niesamowici.

Oglądałam pierwszą połowę filmu z rozdziawioną paszczą i jakimś rodzajem niepokoju, wewnętrznego dygotu. Te emocje, towarzyszące rodzinie Cashów każdego dnia na dziewiczych terenach górskich stanu Waszyngton, ta walka ojca o wykształcenie w dzieciakach wszystkich umiejętności potrzebnych do przeżycia na odludziu, ta dbałość o wykształcenie i odpowiednią rozrywkę, a do tego próba podtrzymania indywidualności każdego dziecka. I ta nieoczywistość, niecodzienność! A później okazuje się, że cała rodzina podejmuje karkołomną decyzję dostania się na pogrzeb matki, która po miesiącach leczenia w zamkniętej klinice w końcu popełniła samobójstwo.

Więcej napisać nie mogę, bo cała magia filmu kryje się w niuansach. Warto obejrzeć do końca, bo daje on ukojenie wbrew temu, co wzdryga i wywołuje nerwowość na początku.

 

Zanim się pojawiłeś

Przeszukałam internet i nie znalazłam kadrów z Zanim się pojawiłeś (2016, reż. Thea Sharrock), które oddałyby jego istotę. Galerie w wyszukiwarkach spojlerują film jako bardzo typowy melodramat i owszem, jest nim, ale nie przesiąknięty ckliwością i banałem charakterystycznym dla kasowych produkcji tego gatunku. No dobra, nie aż tak przesiąknięty, bo z pewnością jest w nim sporo scen powielanych w kinematografii od dziesięcioleci. Od powiastek mu podobnych nie odróżnia go nawet postać Lou Clark (graną przez znaną z Gry o tron Emilię Clarke), zaskakująca i jakby wycięta z zupełnie innego filmu, a następnie wklejona na opak w świat dużych pieniędzy, powściągliwych gestów dziewczyna o nieustannie roześmianych oczach i niefrasobliwym guście konfekcyjnym.

Lou, z potrzeby środków na współutrzymanie rodziny i braku innych intratnych zajęć, podejmuje się pracy jako osoba do towarzystwa dla “dziecka szczęścia” (Sam Claflin), który po wypadku samochodowym został sparaliżowany.

Oglądając Me before you (tytuł oryginalny) automatycznie nasuwa się porównanie do Nietykalnych (2012, reż. Nakache, Toledano), ta sama przepaść klasowa, podobne różnice temperamentów, dużo humoru przeplatanego z litością, ale Zanim się pojawiłeś porusza inny problem, o wiele trudniejszy i nie zawsze akceptowalny, warto więc wyzbyć się pierwszego wrażenia i brnąć w fabułę filmu jak w czystą kartę.

Lou jest tutaj tak smaczna i tak skrajnie różna od postaci Daenerys Targaryen, że chce się obejrzeć film w całości chociażby po to, żeby sprawdzić jak podoła roli. Tego wam nie powiem, podkreślę jedynie, że to melodramat, a nie komedia i że mimo wszystko należy umieścić go w kategorii quilty pleasures, ale takich grzesznych przyjemności, które wciągają nawet facetów.