Problem z pisaniem bloga innego niż komercyjny jest zasadniczy – nie możesz opisywać rzeczywistości ani subiektywnej, ani obiektywnej, bo ludzie się obrażają. Twoje wnioski i przemyślenia nie wynikają z wyssanych z palca historii czy sennych projekcji alternatywnego życia, ale nawet jeśli wiernie trzymasz się faktów uzupełniając je własną refleksją, zostajesz posądzony o stronniczość i autokreację. W ogólnych prawdach łatwo znaleźć odniesienie do siebie, a jak już raz wyczujesz potencjalnie zawoalowany przytyk, wracasz po więcej. Dręczysz się, dopatrujesz i szukasz winnych.

Mam prawo być od was bardziej obcesowa/przymilna, głupsza/mądrzejsza, przyziemna/zabawniejsza. To nie jest miejsce na szukanie odchyleń od normy, którą indywidualnie ustalacie. Nigdy nie będę taka, jaką chcecie mnie widzieć, bo nie chcę uśmiechać się i słodzić swój los sokiem z buraka. Dalej, nie chcę też patrzeć na przymilające się do ekspedientek, przedszkolanek, szefów, lekarzy twarze, które za sto osiemdziesiąt stopni przybiorą paskudnie wypaczony kształt prawdziwych trosk. Problem w tym, że nie umiemy ze sobą rozmawiać, artykułować rzetelnie myśli, których często nie potrafimy nazwać. Ba, nie potrafimy rozróżnić emocji, jakie w nas buzują, wobec czego idziemy na łatwiznę i szukamy najłatwiejszego sposobu ich ujścia.

Kojarzycie amerykańskie filmy, w których zawsze dobro zwycięża dzięki prostej komunikacji? Nękany w szkole średniej dzieciak finalnie znajduje prawdziwych przyjaciół, a nie przepełnione nieuzasadnionym poczuciem wyższości elitarne grono. Nasz naród uwielbia te familijne opowiastki na równi z Gwiezdnymi Wojnami, w których – nomen omen – zasada jest ta sama. Rozkoszujemy się myślą, że tak naprawdę może wyglądać świat, a nasze trudne dzieciństwo, problemy z adaptacją szkolną, później w związku partnerskim znikną dzięki filmom. Nie: dzięki wiedzy zdobytej w tych filmach, tylko dzięki samej wizualizacji.

Niestety, nic samo się nie stanie, bo jak mówi pan Kazio nawet żona nie daje za darmo. Nawet huragany i orkany nie biorą się znikąd, tworzymy je my z naszych zaniedbań, złych nawyków. W życiu jest podobnie, zdrowe relacje buduje się równie mozolnie, natomiast zaprzepaszczenie tej szansy skutkuje identycznymi kataklizmami, jakie występują w naturze. Wystarczy jedna porządna burza i wiele ludzkich istnień nie może się podnieść z kolan.

W starożytności budowanie i rozwijanie cnót dawało przywilej bycia podziwianym, budziło szacunek. Obecnie? Dzisiaj upatrujemy w bezinteresowności jedynie słabość. Chcielibyśmy, żeby życie przypominało klatka po klatce kadry z filmu ze szczęśliwym zakończeniem, ale nie robimy nic, co miałoby nas tam doprowadzić. Powiem więcej, podkopujemy cudze poczucie wartości i godności powtarzając schemat, który ścierpieliśmy wcześniej na własnej skórze. Oko za oko, ząb za ząb. Dlaczego on ma mieć lepiej? A dlaczego miałby mieć gorzej? Czy bogacenie się na cudzym nieszczęściu doprawdy jest takie satysfakcjonujące?

Ale! Porzucając ten motyw, który niejako jest naszą niechlubą narodową, rozpatrzmy zagadnienie na poziomie hierarchicznym. Genezę wszystkich nieszczęść, o których dzisiaj piszę stanowi problem nienazwanych emocji i nieumiejętność skupienia się na sobie. Rodzice rzadko uczą nas prawidłowego porozumiewania się, ponieważ częstokroć sami mają z tym problemy i do pewnego konsensusu dochodzą dopiero, gdy nadmiar obowiązków związanych z obsługą rodziny znika. Nie od parady mówi się, że człowiek mądrzeje z wiekiem. Byłaby to idealna wymówka, móc powiedzieć: nie miałem dobrego przykładu, myślę nawet, że jest ona cały czas nagminnie wykorzystywana, więc użycie trybu przypuszczającego chyba nie jest tu na miejscu. W kraju katolickim, gdzie 80% społeczeństwa deklaruje czynne uczestnictwo w życiu duchowo-religijnym, kiedy od dziecka na zajęciach katechezy i cotygodniowych mszach powtarza się, że najważniejszy jest człowiek, najpierw ty sam, a później bliźni i że szczęście buduje się w konsekwencji wsłuchania się we własne potrzeby, które następnie owocują szerzeniu szeroko pojętego dobra, w tym samym kraju ci sami ludzie znajdują alternatywną rzeczywistość. Jest w niej miejsce na umartwianie się i przerzucanie odpowiedzialności za…  Za co? Wróćcie do początku akapitu.

Przykrywamy własne frustracje fasadą small-talk, choć jeszcze nie osiągnęliśmy na tym polu mistrzostwa. Nie jesteśmy jak sfrustrowani Amerykanie zawsze szczerzący się I’m fine, and how are you? choć g. ich to obchodzi, bo wewnątrz mają  pokiereszowane komercją i konsumpcjonizmem serca i mózgi. Nosimy piętno historyczne, które będzie w nas zawsze pokutowało. Zastanawialiście się, za ile lat zmieni się sposób patrzenia na życie? Dawniej (w najśmielszych oczekiwaniach) stawiałam na ćwierć wieku, bo chociaż to całkiem sporo, jednak wymiernie do okoliczności już tak bardzo. Niestety, nie wzięłam pod uwagę czynników zewnętrznych i tego, że świat się zmienia, człowiek  stawia sobie krótkoterminowe cele tracąc z oczu to, co ważne nie tylko dla niego, ale dla całej populacji i świata jako takiego. Nie będziemy dla siebie łaskawsi, dopóki nie nauczymy się ze sobą rozmawiać. Tylko tyle, nic więcej. Ja, ty, babcia Krysia i Anka z ósmego piętra, to właśnie my dajemy temu wyraz.

Wiecie, dlaczego organizm po kłótni, sporze, ciężkich pertraktacjach odreagowuje różnego rodzaju bólami i (nieuświadomioną) potrzebą izolacji? Daje nam sygnał, że czas na przerwę, ponieważ nie radzimy sobie z przetwarzaniem tego, co w nas siedzi. Za dużo bodźców, za dużo obowiązków, za mało poświęcenia dla zrozumienia swoich potrzeb. Nie tędy droga, żeby patrzeć na cudze porażki z bezpiecznego dystansu tłumiąc własne rozedrganie.

Z punktu widzenia etyki sprawiedliwość służy dobru wszystkich, oddajmy więc sprawiedliwość – gdybym nie miała oporów przed mówieniem, a co ważniejsze, (nie)zrozumieniem ten blog w ogóle by nie istniał. Jak widać, częstotliwość publikacji może oznaczać, że coraz lepiej sobie radzę z komunikacją wprost, ale czasem mam potrzebę uporządkowania myśli. Staram się przekazać samej sobie oraz tym, którzy to czytają, pewną prawdę o moim własnym świecie, której nie potrafię z marszu wyartykułować. Bywa, że pomyślę, zamiast powiedzieć, przemilczę ze skrępowania i wciąż istniejącej obawy, że moja miękkość to broń obosieczna. Staram się, kroczek po kroczku, na żywo i skutecznie. To, co jeszcze nie zostało powiedziane, znajdziecie tutaj.

Na koniec przewińcie tekst do samego początku konfrontując pierwszy akapit z ogólną refleksją. To już moment wyłącznie dla was, sami sobie odpowiedzcie, czy warto, czy potrzeba i czy możecie pierwsi rzucić kamieniem.