przykro

przykro
Kompilacja długotrwałego zmęczenia, tragicznych wydarzeń na świecie i wciąż (nie)zaskakująco miałkich, 
bezsensownych relacji polski rząd kontra społeczeństwo plus książka Żulczyka jako ukoronowanie mojego stanu ducha. 
 
Każda książka pozostawia we mnie rodzaj piętna w tych rejonach mózgu, które dawno zepchnęłam w nicość, przykryłam serwetą z kurpiowskim haftem, żeby odwrócić podejrzenia. Nie lubię, gdy bieżące okoliczności potęgują ten stan, moje życie brnie w ślepą uliczkę nijakości. Zazwyczaj jestem w stanie stłumić żal do świata, że jest podły i bezpardonowy, nie tym razem jednak.
To minie, zawsze mija. Kiedyś. Na chwilę, dwie, kilka miesięcy.
PAP/WPROST/Marcin Kalinski
PAP/WPROST/Marcin Kalinski via WP
Biorąc pod uwagę okoliczności nic w tym dziwnego, że mam problem z Żulczykiem, z tą jego bucowatością, luzacką pozą oczytanego, przemądrzałego gościa w kapturze. Z poruszoną w książce tematyką, z wrażeniem, jakie po sobie zostawia. Nic mi chłopak nie zawinił, ma lekkie pióro, potrafi opisywać coś więcej, niż zastaną bądź wyimaginowaną sytuację i to z dobrym skutkiem. Bardzo staram się go nie utożsamiać z Jackiem, bohaterem Ślepnąc od świateł, ale jakbym nie dzieliła na czworo, odejmowała fikcję i mnożyła przez jego medialne wypowiedzi, nadal mam obraz Żulczyka – faceta z mocno zawężonym światopoglądem, z doświadczeniem życiowym orbitującym wokół tych samych zdarzeń, wzajemnie się dopełniających. Gdzieś mnie uwiera ta jego buńczuczność, wypowiadanie się o innych kpiąco, deprymująco. Brakuje mi przeciwwagi do tej negatywnej oceny, jakiegoś wyrazu człowieczeństwa, bo nie wierzę, że można tak ciekawie skonstruować świat wewnętrzny postaci nie mając w sobie odrobiny ciepła.
Chyba, że.
Nie trawię bezdennej głupoty.
Nie mam cierpliwości do kretynów bez autorytetów, które mogłyby im zobrazować ich pustostan umysłowy. Nie znoszę skrupulatnych, metodycznych psychopatów codzienności, oceniających własną miarą i nie znajdujących odstępstw od przyjętego zakresu oceny. Nie szanuję tych, którzy nie szanują odmienności. Mierżą mnie ludzie, którzy blokują odczuwanie w momentach, kiedy jedynie emocje świadczą o człowieczeństwie. Boję się tych, którzy wszędzie wietrzą podstęp, nikomu nie ufają, nie dopuszczają do głosu podstaw współżycia z innymi.
Przyszło nam żyć w plugawych czasach, drodzy Państwo. Mnie to dotyczy bardziej, na co dzień spotykam się bowiem z modelem funkcjonowania, gdzie troglodyta zwycięża siłą rażenia, choć później nie wie, co zrobić z wygraną. Jest nawet zabawny. To znaczy uważa siebie za jeszcze inteligentniejszego i zabawniejszego, ale to zrozumiałe, funkcjonuje w przestrzeni, w której większość ludzi cierpi na zgąbczenie mózgu. Musi nimi zarządzać, musi słuchać ich poleceń. Pić z nimi wódę. Wklepywać nieskładne raporty w komputery znacznie starsze od własnych dzieci*. Co bardziej przykre – ryba psuje się od głowy. Rządzi nami mowa nienawiści i niedorozwój umysłowy. Brak argumentów nie jest żadnym argumentem, wystarczy represja, szantaż, mobbing, machanie siekierką na głową. Nie można inaczej, skoro brakuje podstawowej wiedzy. Jakoś to trzeba ukryć, skupić uwagę na czymś innym. To on, bez matury i ze zniekształconą linią horyzontu, dyktuje teraz warunki i co mu zrobisz? Jest w nim pewien rodzaj rzutkiej głupoty. Nie zieje agresją, bo i tak się spełnia, dzień w dzień daje upust swoim kompleksom. Takich ludzi jest na pęczki, nasz kraj ich kocha, ponieważ się ich boi. Przede wszystkim są uprzejmi, szczerze sympatyczni, z prostego powodu – nie mają innego wyjścia. Wzbudzają tyle samo zaufania co byli esbecy. Ludzie interesują się nimi na zasadzie kanalizowania nienawiści.
Ludzie nie myślą, nie lubią myśleć, a jeszcze bardziej nie lubią być odważni. Jeśli nie mają przed sobą cudzych pleców, chowają się za biurkami, szafami z segregatorami, w których pełno jest zbędnej makulatury dającej utrzymanie analfabetom, którzy nie nauczyli się w szkole podstaw języka polskiego. Tym samym, którzy głosują tylko dlatego, że w tv mówili o niskiej frekwencji na wyborach, idą więc i oddają nieważny głos.
Jestem skołowana. Zawsze szanowałem tych, którzy przebywają obok rzeczywistości, biorąc sobie z niej to, czego potrzebują, zawsze tyle, ile chcą. Chciałabym żyć po swojemu, zgodnie z potrzebami i z zasadami etyki, ale wówczas pozostaję wyrzutkiem, nikim. Poza wiedzą o świecie, która rodzi kolejne pytania i wątpliwości, poza łatwością wytłumaczenia zachowania lub czynu drugiej osoby, nie mam z tego nic. Nie jestem gorszym sortem, bo nie o starcie sił tutaj chodzi, tylko o symbiozę świata, a ja nie odnajduję w nim swojej przestrzeni. Brakuje mi oddechu na to, co wartościowe, ponieważ powietrze przesiąknięte jest hasłami: więcej, szybciej. Żeby podążyć, muszę walczyć o swoje, na każdym skrawku rzeczywistości szukać ujścia dla własnej działalności, forsować i deptać, bo otoczenie tylko takie środki rozumie. Nie chcę tak, drażni mnie ten brak współistnienia. Wszyscy moi rówieśnicy byli nawzajem swoją kserokopią. Swoim skanem. Wszystkich czekało dokładnie to samo. Wejście na kolanach w otoczoną zasiekami rzeczywistość. Serial obyczajowy pod tytułem <Szare miraże> Kredyty. Wyrzeczenia. Próby zachowania jakiejkolwiek życiowej autonomii. (…) Za dwadzieścia lat każdy z nich albo będzie żulem, albo takim jak wszyscy inni prolem, kmiotem klasy średniej z wiecznie niespłaconym debetem na koncie. 
Zaszczuć się czy zaharować, żeby u schyłku życia móc przez chwilę doświadczyć wolności?
Człowiek to zwierzę z impulsem akumulowania dóbr, robienia zapasów. Agresywne, terytorialne, głupie. zabijające z łatwością, gdy ktoś ma naruszyć jego interes i integralność. Nic więcej, nic mniej. Atawizmy. W dziewięćdziesięciu procentach składamy się z atawizmów, reszta – język, kultura, religia, etyka – to tylko wypadki przy pracy.
Nie wydaje mi się, żeby to była aż tak dojmująco czarna przepowiednia. Wierzę, że gdzieś indziej, gdzieś daleko poza moim obecnym światem, można żyć, a nie tylko próbować swoich sił. Z godnością, bez ciągłej obawy o bycie niezrozumianym. Karma to sprawiedliwość bez satysfakcji.
Życie każdego z nas nie przypomina planu, listy, na której odhaczamy kolejne założenia. Jest wypadkową wielu zdarzeń, możemy mieć wpływ na jego przebieg, ale trudno jest realizować je punkt po punkcie. Trzeba by mieć zdolność oderwania się od realiów, parcie taranem do konkretnego celu, a to przecież wyklucza współdziałanie, istnienie w grupie. Jestem tu, gdzie jestem, z różnych powodów. Nie zrzucam na nikogo winy, ale też nie biorę na siebie pełnej odpowiedzialności, choć jestem z nią pogodzona, ponieważ podjęłam zobowiązania. Odpowiadam nie tylko za siebie, to słowa-klucze.
Są tu, gdzie są, z własnej woli. Na własne życzenie ruchani w dupę na każdym kroku, na każdym kolejnym szczeblu drabiny, wspinający się po niej wyłącznie po to, aby spaść – w samotność, w wódę, w kulkę w łeb, a nawet jeśli któremuś z nich uda się zawędrować najwyżej, to wtedy zostaje wyjebany najmocniej, z największym impetem, ze szczerym uśmiechem, po polsku, wręcz po sarmacku, przez służby, przez zawiązany w danym momencie układ, przez naturalną selekcję, bo przeciez wszyscy wiedzą, że ich zwierzchnicy i moi zwierzchnicy tworzą delikatną, gęstą i lepką sieć powiązań, przysług, podziękowań. Problem w tym, że moi zwierzchnicy w znacznie większym stopniu szanują swoich podwładnych. Pozwalają im znacznie więcej zarabiać. A oni, psy, ze wszystkiego nienawidzą zwłaszcza pieniędzy, nienawidzą mojego samochodu, ubrań, gotówki, chcą mnie za to rozszarpać. (…) Nawet ze swoimi wszystkimi premiami i podwyżkami zarabiają tyle, że luksusem jest dla nich brzydka kurwa, whisky ze średniej półki, opłacone na czas alimenty na dziecko.
* Wszystkie cytaty zaczerpnięte z książki Jakuba Żulczyka Ślepnąc od świateł
Posłowie:
Nie płaczę, nie wołam o więcej, nie czuję się niedoceniona. Nie brakuje mi pieniędzy, tylko środków i narzędzi. Szacunku. Analityki przyczynowo-skutkowej. Kultury, wolnej woli i odwagi ogółu, który tworzy porządek tego świata. Otwartych umysłów i umiejętności mówienia przepraszam.