prezentownia

prezentownia

Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej!

Kiedy byłam małym, słodkim dziewczęciem, mama cieszyła się z tego, że może sprezentować mi te wszystkie cudowne nowości, którymi zachwycają się przeważnie rasowe przedszkolaki. Były Barbie, Skipperki, Ken jakiś się przypałętał, były kuchnie, hamaki i sypialnie. Uwielbiałam komiksy z serii Kajko i Kokosz, których szukałam na długo przed gwiazdką, czytałam od dechy do dechy i potulnie odkładałam na miejsce. Z różnych okazji bywały pączki od Bliklego, stroje do akrobatyki, gumy-kulki w wiaderkach po sto sztuk dla każdego, a czasem i bez okazji również, bo w Smyku wystane i z podnieceniem wręczane.

Lata osiemdziesiąte to był okres załatwiania, kombinowania, czatowania, w kolejkach stania. Polska siermiężna. Nie pamiętam z owych czasów wiele poza tym, że niczego mi nie brakowało, mama szyła fifne ubranka z niemieckiej Burdy, dziergała na drutach wszystko, od czapek po spódnice, żyło się całkiem przyjemnie, nikt nie miał wielkich oczekiwań, zrobić przyjemną niespodziankę można było stosunkowo łatwo jakimś trofeum z przemytu lub z paczek sąsiadów z hameryki. Nie zawsze udawało się rodzicom kupić jakiś relikt przeszłości, wówczas gorący towar przemysłu zabawkarskiego jak lalka Izaura (tak, tak, TA niewolnica Izaura) w czarnym mundurku pokojówki i z białą siatką na włosach, ale cieszyły nas (nawet mojego brata) podarunki klecone z tego, co dostępne, na przykład płótno z odrysowanymi motywami, mulinę, tamborki i igły do haftowania. To były czasy…

Wraz z latami dziewięćdziesiątymi przyszedł apetyt na nowe. Prosperowały jeszcze Pewexy, ale rynek zaczynał żyć powoli własnym życiem. Nie trzeba już było handlować z cinkciarzami na mieście, Levi’sy można było wszak kupić normalnie w sklepie za cztery pensje i bimber. Ja jednak nigdy nie miałam takich potrzeb, musiałam bowiem wbijać się w zwężane w kolanach Lee szmuglowane na Stadionie Dziesięciolecia, w których moje wały jagiellońskie nie rozplaskiwały się swobodnie w dół aż do łydek.

prezenty na gwiazdkę

Ten Stadion to w ogóle był jakiś Cud nad Wisłą w momencie, kiedy przestałam być łatwym obiektem do obdarowywania. Coś jak Aliexpress tylko z możliwością pomacania i przymierzenia, wszystko i nic, jakość podła, ale też całkiem porządna. Jeździliśmy nań całą rodziną o czwartej rano  mniej więcej dwa razy do roku po to, żeby mieć wystarczająco dużo czasu na wybór, opatrzenie się z towarem i selekcję ciekawszych rzeczy spośród kiczu i chłamu. Co się nie dokupiło, to się doszyło i w sumie byłabym bardzo szczęśliwą nastolatką, gdyby nie zachodni kapitał, który pchał się wszędzie z reklamami recytowanymi później non stop przez moich rówieśników. Nie było ważne, że coś jest badziewiem, wystarczyło, że miało logo.

prezenty gwiazdkowe

Ale zanim do mojej podwarszawskiej miejscowości dotarły sieciówki z „marką”, nadal wyszukiwałam perełki w maminych czasopismach, na stołecznym megabazarze, później również pod wiatami w Tuszynie. Zresztą nigdy nie lubiłam się wyróżniać, kochałam jedynie piękne przedmioty, ubrania, ciekawe buty. Nie było mnie łatwo zadowolić, bo nie potrzebowałam tego, czym podnieca się reszta.

prezenty gwiazdkowe

Kiedyś, po kilkugodzinnych zakupach rozpoczętych w środku nocy, słaniająca się ze zmęczenia, wypatrzyłam spod półprzymkniętych powiek w tłumie normalnych zakupowiczów (tych, którzy przyjeżdżali zwyczajowo po drugim śniadaniu, czyli wszystkich w promieniu dwustu kilometrów) mini plecaczek w szkocką kratę. Pamiętacie ten lans? No. To był wówczas jeszcze nieodkryty trend, taka wisienka na torcie okresowych hurtowych zakupów. Rzuciłam nawet hasło, żeby po niego wrócić, ale ludzka fala niosła nas w przeciwnym kierunku i nie miałam narzędzi perswazji rodziny, sama również pragnąc wrócić do auta i zasnąć. Ale myślałam o nim intensywnie. Tym mocniej, im bardziej popularny się stawał, a przecież to był mój pomysł, moje znalezisko sprzed wielu miesięcy, moje – jedno z niewielu – pragnienie. Tylko, że w moim prowincjonalnym mieście nikt o nim nie słyszał.

A później przyszła Gwiazdka i wciąż pamiętam ten wyczekujący wzrok mamy i jej uśmiech na twarzy, gdy odpakowywałam prezenty. Zdzierałam papier lekko znudzona, ale też nieco podniecona, bo widać było, że wykombinowała coś ekstra. Placak. Mały, czarny, efektowny plecak. Naprawdę świetny, zero tandety, dbałość o detale, eleganckie sprzączki i zatrzaski i w ogóle. Tylko, że ja miałam w głowie przez pół niemal roku ten zwyczajny, pierwszy, wymarzony w szkocką kratę. I tak z bananem przyklejonym na pół twarzy, z łzami cieknącymi po policzkach dziękowałam za fajną rzecz, która jednak nie była tą.

Moja mama po dziś dzień wspomina, jak bardzo byłam wzruszona i szczęśliwa, że aż mi z oczu trysnęło :).

prezenty gwiazdkowe

No cóż, nie jest prosto mnie zadowolić, łatwo za to rzucać hasło, że wybredna. To wygodne dla darczyńcy uproszczenie nie mające nic wspólnego ideą obdarowywania.

prezenty gwiazdkowe

Fakt, często coś mi zabrzęczy w głowie i nie wypowiedziane chcemisia nie mogą się samoistnie zdematerializować, lecz myślę, że problem tkwi gdzie indziej. Nie lubię nadmiaru. Po co mi osiem flakonów perfum, skoro znam i lubię tylko trzy rodzaje, z których aktualnie mam dwa na stanie? Kolejny szalik, wisiorek z przeceny, portfel bez miejsca na karty, plastik fantastik. Produkcja odpadów. Nieistotne, że ładnych. Ważne, że bez sensu gromadzonych.

prezenty gwiazdkowe

Oczywiście, osobom, z którymi nie widujemy się na tyle często, żeby znać ich upodobania, nie jesteśmy w stanie podarować nic osobistego, ale wówczas nie warto pchać się w to, co chwilowo modne. Przecież to nie problem, żeby zainwestować czas i środki w klasykę, dobrą jakość, mniej, ale rozsądniej. Lub odwrotnie – w piękne szaleństwo (jeśli wiemy o takim), którego obdarowany nie kupi sobie sam z uwagi na inne, bardziej przyziemne potrzeby. Niestety, w pozostałych przypadkach trzeba chcieć trafić, coś wiedzieć i nieco znać obdarowywanego, a przynajmniej być uważnym, patrzeć i słuchać.

prezenty gwiazdkowe

Zawsze znajdą się patafiany, które nie zrezygnują z obdarowywania, ale niezmiennie wręczają to, co nieprzydatne, tandetne, przecenione, brzydkie, albo po prostu nie wymagające wysiłku podczas zakupu. Zawsze. Na szczęście każdy ma zapewne blisko siebie takie osoby, które dbają, myślą, a jeśli nie są na siłach wstrzelić się w dziesiątkę, po prostu pytają. I to jest ok, bo wiesz, że to nie kwestia ignorancji, tylko wielu różnych ograniczeń.

pomysły na prezenty gwiazdkowe

Ps. Odrębną kategorią są prezenty w postaci drobnostek mających wymiar symboliczny. O nie nie warto kruszyć kopii tylko cieszyć się z ich otrzymania.

Pps. Nie jest obciachem puścić niedopasowany prezent dalej, jeśli spełnia on czyjeś oczekiwania.

Gwiazdkujcie się i Mikołajkujcie w pokoju.