pożegnanie

dobrze widzi się tylko sercem. najważniejsze jest niewidoczne dla oczu – powiedział lis do wędrowca.

z całej mojej edukacji szkolnej zapamiętałam tylko ten jeden cytat będąc przekonaną, że słowa te lis skierował do małego księcia. taka byłam, nieustannie przemierzająca świat we własnej głowie zupełnie innymi drogami niż pozostali. uczono nas czegoś, ja słyszałam coś zupełnie innego. miałam szeroką wiedzę, która mnie przerastała. nie umiałam wyartykułować obrazów i ciągów myśli  wypełniających mój mózg niczym niepoliczalna ilość gwiazd na nieboskłonie.

zapamiętałam jeszcze jedną rzecz, chociaż nie jestem pewna, czy wspomnienia nie wypaczyły faktów. w dzieciństwie uwielbiałam zaglądać do książki o kosmosie, która dumnie prężyła się w witrynie obok mickiewicza, słowackiego i atlasu cudów natury. będąc kilkulatką niewiele z tego rozumiałam, ale na zawsze utkwiła mi informacja, że gwiazdy rodzą się w miejscu większym od tysiąca słońc. jestem w stanie to zweryfikować, ale nie chcę. wiem, jak działa pamięć, wspomnienia lubią się przepoczwarzać, a jednak wciąż pragnę zachować to zdanie w kształcie, jaki kojarzy mi się z tamtym okresem.

gdy pisałam wypracowania, dostawałam dwóję i piątkę, odpowiednio za pracę nie na temat i dobrze napisany tekst. gdy przygotowywałam się do olimpiady polonistycznej, nikt nie liczył, że mi się uda. przez 8 lat udawało mi się ukryć fakt, że nie przeczytałam żadnej lektury, miałam podstawowe braki, ale rozmaitą wiedzę w dziedzinach, które nie obowiązywały w polskim szkolnictwie podstawowym.

podczas pierwszego etapu konkursu napisałam list otwarty, jakoby od wychowanka domu dziecka. było to najkrótsze wypracowanie ze wszystkich zgłoszonych, musiało ich ująć tematem i formą. drugi i trzeci etap przeszedł bez problemu, pomogło mi w tym abstrakcyjne myślenie i miłość do języka polskiego. ostatnie podejście stanowił opis książki, sztuki teatralnej lub filmu, który wywarł na nas wrażenie, ale ja nie byłam specjalistką od ubierania wrażeń w słowa. jedyna rzecz, która mi się w życiu udała, była oszustwem – nauczycielka przygotowująca mnie do olimpiady napisała tekst, który ja później zreferowałam. dotyczył małego księcia. z konkursy pamiętam jedynie zakłopotanie i źle ukrywane rozbawienie członków komisji w reakcji na moje: bo przecież dzieci są bardzo wrażliwe. już nie klepałam swoimi słowami wcześniej przygotowanego eseju, nie byłam chyba wtedy nawet pewna, gdzie jestem i co tam robię, pierwszy raz mówiłam to, co czuję. po tym zdaniu słowa zaczęły płynąć, jakbym znajdowała się w innym wymiarze. opowiedziałam w trzeciej osobie wszystko, czego nie potrafiłam wcześniej nazwać.

po latach, już w dorosłym życiu, gdy córka dostała od swojej chrzestnej egzemplarz małego księcia, zaczęłam wertować kartki i coś zrozumiałam. jestem jak antoine de saint-exupery, mam w głowie obraz świata, o którym mogę rozmawiać tylko z dziećmi. nigdy nie wyrosłam z naiwności, rozumuję zero-jedynkowo, nie płynę z nurtem spraw do załatwienia i pieniędzy do zarobienia, nie pozostawiam przestrzeni między dobrem i złem.

nadal nie potrafię być z ludźmi na co dzień i czuć się dobrze lub/i obojętnie, ponieważ w moim świecie drugi człowiek = relacja. mogłabym zrzucić winę na tych, którym wystarczy spotkanie, krótka gadka o tym, co słychać, jednym uchem wpuszczone co u mnie, drugim wypuszczone i natychmiast zapomniane, ale wina leży jak zawsze po środku. nie potrafię mówić. moim środkiem wyrazu zawsze było słowo pisane. mam wtedy czas na to, żeby nikogo nie urazić swoją analizą, która może zostać odebrana jako oschłość. nic mnie wówczas nie rozprasza, nie dekoncentruje, nikt mi nie przerywa czy nie zmienia tematu. należy wymagać tego, co można otrzymać, a co jeśli ja nie potrafię tak żyć?

tworząc bloga zakładałam, że w internecie znajdę ludzi, którzy będą ze mną rozmawiali. pomyślałam, że w sieci łatwiej będzie znaleźć kogoś, kto przeżył to, co opisuję, kogoś innego, kto przedstawi mi swoje argumenty w kontrze do postawionej przeze mnie tezy, jakąś osobę, która przeczyta zrecenzowaną przeze mnie książkę i podzieli się własnymi wrażeniami, albo innego człowieka, który  będzie rozumiał moją estetykę.

na pustyni jest się samotnym. równie samotnym jest się wśród ludzi. szczególnie jeśli ma się specyficzną wrażliwość na bodźce i tęsknotę za zrozumieniem. blog miał być remedium na miałkość codzienności, a stał się polem walki między tym, co w sercu, a ograniczeniem i poczuciem winy. zawsze ulega się urokowi tajemnicy, pomimo niedorzeczności sytuacji. tak właśnie stało się ze mną. pragnienia przerodziły się w oczekiwania, a te w niepewność i kalkulację. ile mogę dać z siebie? jak zostanę oceniona? a w końcu: dlaczego tak bardzo martwi mnie poddawanie tego, co napiszę, ocenie?

straciłeś dla mnie tyle czasu, że poczułem się ważny. tak, chciałam być dla kogoś ważna ze swoimi refleksjami wobec tego, co przeżyłam, zobaczyłam i przemyślałam. chciałam dać się poznać od strony, którą zawsze ukrywałam, czy też nie potrafiłam pokazać. tę mnie prawdziwą, rzadko jednak przedstawianą światu. myślałam, znowu naiwnie, że jeśli ktoś tutaj wraca, żeby przeczytać długie teksty, to po to, aby mnie lepiej poznać. bo coś go zaintrygowało, zobaczył we mnie coś więcej niż tę bezpośrednią okołotrzydziestolatkę, jeśli mnie znał przelotnie. liczyłam na jakąś reakcję, rozmowę, wymianę myśli i poglądów. zbliżenie. uznałam, że ludzie muszą poznać gąsienicę, jeśli chcą zawrzeć znajomość z motylem. że będą chcieli. nie wiem, czy to ja was zawiodłam, czy wy zawiedliście mnie, ale to już nieistotne. ludzie… wpadają w wartki prąd czasu, nie pamiętając już, czego szukają. machając gorączkowo rękami, kręcąc się w kółko… to nie ma sensu.

być może nie powinnam była pragnąć. ale wiecie… ludzie? (…) wiatr nimi miota. nie mają korzeni, to im bardzo przeszkadza. móc osiąść na żyznej glebie i cieszyć się, gdy roślina kiełkuje, to bardzo ważne.

być może za szybko, za mało było w tym wytrwałości. za dużo nierozumianych słów? jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie. a jak to się robi? trzeba być bardzo cierpliwym. na początku siedzisz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. mowa jest źródłem nieporozumień. lecz każdego dnia będziesz mógł siadać coraz bliżej…

być może przeważył… co ty tu robisz? piję. dlaczego pijesz? aby zapomnieć. o czym zapomnieć? aby zapomnieć, że się wstydzę. czego się wstydzisz? wstydzę się, że piję. wstyd, że mam czelność chcieć, poszukiwać. wstyd, że sprzedają po kawałku siebie i nie znam reakcji. wstyd, że mogłam przekształcić swoje życie w pastisz źle dobranych zdań i nieodpowiednio przekazanych myśli. wstyd, że nie pasuję nigdzie.

i ten strach przed zranieniem… kolce nie służą do niczego. to tylko złośliwość kwiatów. karcące spojrzenia, szeptanie, że to ta… i nie wiesz, co padło później, wpychanie w schemat outsidera, choć przecież miało być szukanie porozumienia innymi środkami i na innej płaszczyźnie. to chyba nic zaskakującego, jeśli napiszę, że spotkała mnie w realnym życiu swego rodzaju stygma, pogłębiła się przepaść między mną i ludźmi. miałam też tutaj pokazać swoją miłość do fotografii, ale przez ludzkie języki zaczęłam się bać i opadać z sił. coraz mniej pomysłów, coraz bardziej miałkie, coraz mniej chęci, aż końcu aparat pokrył się kurzem dawnej euforii. do pokazywania siebie trzeba mieć grubą skórę, a nie skorupę, przez szczeliny której gdy coś wpadnie, uwiera w nieskończoność.

wyszłabym na rozżaloną, zawiedzioną nieszczęśnicę, gdybym nie wspomniała o tym, co dzięki prowadzeniu bloga zyskałam. przede wszystkim człowieka. tego, który chciał zrozumieć i pokonał zaporę z ostów i barykadę z mechanicznych uśmiechów. za to jestem niezwykle wdzięczna.

marysiu, to ty się do mnie odezwałaś, odblokowałaś dostęp do świata, do którego nie miałabym szansy wejść z kimś innym. dałaś mi książki, wystawy, muzea, akwarele, desery na start, inny sposób na rodzinę i małżeństwo, muzykę klasyczką oraz czas.  jesteś gdzieś w świecie, ale pamiętasz. ludzie z twojej planety hodują pięć tysięcy róż w jednym ogrodzie… i nie znajdują w nich tego, czego szukają. a tymczasem to, czego szukają, może być ukryte w jednej róży.

ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. kupują w sklepach rzeczy gotowe. a ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, nie mają przyjaciół. monika, jesteś jak pudełeczko z ukrytym dnem. wiem, że czytasz i rozumiesz, jak nie rozumie nikt inny. kocham cię jak siostrę i choć nigdy jej nie miałam, tak to sobie wyobrażam. ty podobna do matki, ja do ojca, ale zawsze w trosce o wzajemne dobro.

joasiu, dla ciebie to: nie potrafiłem jej zrozumieć. powinienem ją sądzić według czynów, a nie słów. czarowała mnie pięknem i zapachem. nie powinienem nigdy od niej uciec. powinienem odnaleźć w niej czułość pod pokrywą małych przebiegłostek. kwiaty mają w sobie tyle sprzeczności. lecz byłem za młody, aby umieć ją kochać.

martyna, dziękuję, że przyszłaś i wciąż jesteś. za stałe natchnienia, miękkość, delikatność i kobiecość. zamiast tępić zło, lepiej znaleźć dobro.

aga! „a może by tak siebie polubić? – oświadczyła pytając agnieszka” aga, ty wiesz! a ja nie potrafię ubrać w słowa. zrób mi tę przyjemność. uwielbiaj mnie mimo wszystko.

pola, jedyna wypowiedziałaś się wprost na temat tego, co piszę. jestem wdzięczna, zrobiłaś coś wyjątkowego. tylko ty! pustynię upiększa to, że gdzieś w sobie kryje studnię.

jest jeszcze mój mąż. człowiek, który nigdy nie przeczytał nic, co tutaj opublikowałam. dał mi przestrzeń dla moich dziwactw, zrozumienie i swobodę. dla kogoś może to nic nie znaczyć, ale wierzcie mi, bez tego nie mogłabym być sobą.

***

nie przeciągaj pożegnania, bo to męczące.  zdecydowałeś się odejść, to idź. dziękuję wam zatem, że byliście, bywaliście, a niektórzy z was wciąż są w moim życiu.