Recent Posts

oszukana baba

oszukana baba

gdybym miała określić, co jest moim szczęściem, a co przekleństwem, w obu przypadkach odpowiedź brzmiałaby: ludzie. kiedyś zbliżałam się do odmieńców, osób nie rozumianych przez grupę, a przez to ciekawszych, owianych tajemnicą. często wychodziło na jaw, że w tej ostatniej kwestii zaskoczyć potrafią nijak, przeważnie […]

w malinowo-różanym chruśniaku, czyli zdominowany jabłecznik

w malinowo-różanym chruśniaku, czyli zdominowany jabłecznik

kiedy nie wiem, co ze sobą zrobić, gdzieś mnie niesie, czegoś mi się chce, piekę kruche ciasto. samo wyrabianie nie ma  w sobie żadnej tajemnicy, jest schematyczne, a czynności wykonuje się mechanicznie, jeśli już znasz wszystkie zasady. tak właśnie myślę na potrzeby tego tekstu, ale […]

wczesna jesień śliwką stoi

wczesna jesień śliwką stoi

kiedy tydzień mija niepostrzeżenie, w piątek masz drugą zmianę, a w sobotę trojka dzieci ciągle czegoś od ciebie chce, bo mąż odpoczywa w pracy, nie tak łatwo dopełnić obietnicy, ugotować coś dobrego, sfotografować i zamieścić przepis na blogu. ale oto dokonałam tego. instagramowe przyrzeczenie uzyskało znamiona faktu dokonanego. na jednej nodze, jedną ręką i okiem jednym stworzone, ale w już parą dłoni i oczu oraz jednym sercem napisane będzie.

zupa śliwkowa.

czego się można po niej spodziewać? zapewniam, że nie kompotu z makaronem. przygotowałam dla was dwie wersje – uproszczoną dla łasuchów oraz wytrawną. skorzystajcie, póki jeszcze można kupić na bazarku dojrzałe węgierki.

Lucy Mayday Art

wytrawna zupa śliwkowa

składniki:

1,5 – 2 kg dojrzałych, świeżych śliwek (węgierek, renklod)

1 op. (200 g) suszonych śliwek (mogą być wędzone)

ok. pół butelki (300 ml) czerwonego wina półwytrawnego

1/2 puszki (ok. 200 g) mleka kokosowego

1 łyżka miodu

1 czubata łyżeczka przyprawy korzennej

1/2 łyżeczki kardamonu

1/2 łyżeczki cynamonu

1 płaska łyżeczka sproszkowanego chilli

kolendra (opcjonalnie)

pół blachy piernika staropolskiego lub opakowanie pierniczków

1 łyżka masła (najlepiej klarowanego)

 

śliwki umyć, pozbawić pestek, wrzucić do garnka (dobrze, jeśli macie taki z głębokim dnem, ale nie jest to konieczne). zalać winem i wodą do poziomu śliwek. zagotować.

dodać suszone śliwki (opcjonalnie), miód, przyprawę korzenną, kardamon i cynamon. gotować na średnim ogniu bez przykrycia ok. 15 min. aż wyparuje alkohol.

zdjąć z ognia, zblendować śliwki z płynem, z powrotem postawić na ogniu, dodać pół puszki mleka kokosowego (uwzględnić część stałą oraz płynną) oraz sproszkowane chilli. doprowadzić do wrzenia i gotować jeszcze 3 min.

piernik staropolski lub kupione pierniki bez lukru i czekolady pokroić w kostkę, zeszklić na maśle klarowanym.

zupę serwować z grzankami i posiekaną kolendrą, jeśli lubicie.

Lucy Mayday Art

zupa śliwkowa słodka

składniki:

1,5 – 2 kg dojrzałych, świeżych śliwek (węgierek, renklod)

1 op. (200 g) suszonych śliwek (nie wędzonych)

ok. pół butelki (300 ml) czerwonego wina (pół- lub wytrawne)*

1 łyżka miodu

1 łyżeczka przyprawy korzennej

1/2 łyżeczki kardamonu

1/2 łyżeczki cynamonu

1 op. (200 g) pierniczków w czekoladzie (mogą być nadziewane)

biały ryż/makaron ryżowy

 

śliwki umyć, pozbawić pestek, wrzucić do garnka (dobrze, jeśli macie taki z głębokim dnem, ale nie jest to konieczne). zalać winem i wodą do poziomu śliwek. zagotować.

dodać suszone śliwki (opcjonalnie), miód, przyprawę korzenną, kardamon i cynamon. gotować na średnim ogniu bez przykrycia ok. 15 min. aż wyparuje alkohol*.

wrzucić pokruszone pierniczki, gotować 2-3 min na małym ogniu.

zestawić z płyty/palnika, zblenować.

serwować z ugotowanym ryżem lub makaronem ryżowym.

* wino nie pozostawia wyraźnego smaku, jest niewyczuwalne, ale daje śliwkom specyficzną nutkę. można je zastąpić sokiem malinowym.

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

między dźwiękami

między dźwiękami

wracając z poczty patrzyłam w górę i myślałam, że muszę o tym napisać. to niebo jest obłędne, zupełnie nie jesienne w październiku, jeszcze nie zimowe, bo kolory ma przejrzyste, jasne, z przewagą błękitu i różu. jesienne niebo zazwyczaj nie istnieje. nie wspominamy o nim mając […]

ciasteczkowe potwory atakują

ciasteczkowe potwory atakują

leżymy w łóżku, piątek, późne popołudnie. musiałam znaleźć się w nim pierwsza, totalnie wyczerpana, żeby przypomnieć sobie, jak to jest odpoczywać. mąż choruje na to samo, obowiązków na co dzień jest tyle, że przez przyzwyczajenie zrywa się co chwilę, żeby zrobić jeszcze to, śmo i […]

zamiast

zamiast

najpierw herbata. zielona, czerwona. ważne, żeby gorąca.

wpisuję hasło aktywujące, słyszę bulgoczącą wodę i zwodzący czajnik, schodzę więc, zalewam liście i wracam, żeby ściągnąć zdjęcia. po chwili zbiegam na dół, wyjmuję zaparzacz, bo zielona tylko do trzech minut, zgarniam nocnik występujący w charakterze kubka (gorąco – tak, ale też dużo. koniecznie!), po czym nieostrożnie wchodzę z powrotem na piętro. to dziwne, że rozlewam tylko w pracy i to przeważnie cudze napoje, w domu natomiast nie mam czasu, idę kolejny raz na dół z powodu dzieci, psa lub obiadu, czyli tak jakby dzieci i psa w jednym. no to mieszam w tym rzekomo nierdzewnym garnku, szybko zamykam drzwi za dwunastoletnim czworonogiem, bo pizga (zawsze! nie ma to, jak wejście do mieszkania w strefie spotkań i pogawędek wichrów i nawałnic), zmniejszam płomień na kuchence, podpinam pod tv osobistego pendrive, na którym zawieruszyły się smerfy, dopuszczam (lub nie) nowy filmik młodej dom publikacji na musical.ly, szukam zakupionych niedawno orzeszków, sprawdzam pracę domową, odpowiadam na pierdyliard pytań, wzbudzam nienawiść zabraniając wzięcia telefonu do szkoły, aż wreszcie wtarabaniam się przed biurko.  wszystkie czynności te przeprowadzam z gorącą herbatą w dłoni, bo lubię sobie utrudniać. nie wiem, skąd we mnie ta skłonność do stawiania poprzeczki tam, gdzie normalnie się nie sięga, bo grzyb na ścianie i zbutwiałe deski. coś musi być na rzeczy, ale to nie czas i miejsce na takie rozkminy, gdyż albowiem ręka więdnie. chciałoby się postawić naczynie wielkości wiadra gdzieś, gdziekolwiek, lecz takie słowa w moim słowniku istnieją tylko w formie pisemnej, zazwyczaj na kartach powieści fantasy, których nie czytuję.

paczam na biurko, paczam na blat w łazience i bierze mnie nagła chęć wzięcia kąpieli. w soli i pianie mnożącej się tak szybko, że wchodzi do nosa i zatyka uszy. bańka pryska, jak tylko kieruję wzrok na parującą zawartość, która ku mojemu rozczarowaniu nie jest czternastoprocentowym krwistoczerwonym płynem leżakującym przez ostatnią dekadę.

wracam do biurka i tu pojawia się problem. herbata potrzebuje miejsca. honorowego również, ale przede wszystkim  przestrzeni. musi stać na tyle blisko, żebym mogła bezwiednie podnieść kubek do ust, jednak na tyle daleko, aby przypadkiem nie zniszczyć sprzętów znajdujących się w pobliżu. sprzątam zatem. zdejmuję porzucone spodnie dresowe młodego oraz ochraniacze na piszczele, trzy gumki do włosów w kolorze pomarańczu kamizelek pracowników zeorku, torebkę z zapięciem strunowym w rozmiarze xxl, notatkę przypominającą o przelewie, dwa kobiece czasopisma sprzed (co najmniej) kwartału, tablet graficzny wciąż tkwiący w oryginalnym opakowaniu, akwarelę botaniczną wydrukowaną na płótnie w rozmiarze 30×40 cm, odżywkę do paznokci i serum collistar, którego użyłam cały jeden raz, po czym popadło w zapomnienie (juppi, znów będę młoda), pudełko bez zawartości, ale za to ładne, pudełko z zawartością bez sensu, pudełko z płytami, których nigdy nie użyję, pudełko z bambusowym zegarkiem, który przestał mi się podobać zaraz po założeniu na rękę, pudełko z limitowanym wzorem długopisu zenit, nigdy nie rozpakowane, cztery sznurówki białe, dwie pary nożyczek ozdobnych, pasek zrobiony z naszyjnika do greckiej w kroju sukienki, która potrzebowała pieprzu, trzy plastikowe jelenie różnej wielkości, ściereczki do okularów z lidla, które niszczą powłokę antyrefleksyjną (nie mam wady wzroku), kostkę rubika, kostkę do gry z cyframi 1-4, pęknięty lampion za 8 zł, którego próżno szukać w ikea od ładnych dziesięciu lat, płyn antystatyczny ze ściereczką, serwetki papierowe, mały wazon z pisakami, kopertę naszykowaną do wysłania (pikfe), rolkę do czyszczenia ubrań, dokumentację medyczną, bon zniżkowy do h&m i dwa płatki kosmetyczne.

na której pozycji się zgubiliście?

do rymu napiszę, że mam kubek w palmowe liście.

łypię wzrokiem po raz kolejny, paczam na to wszystko i zamiast zdrowego odruchu mam w pamięci wyrywkowo obejrzany odcinek perfekcyjnej pani domu, toteż zamiast zmierzać w wyznaczonym kierunku (do brzegu, kobieto!), łapię za nawilżane chusteczki i jadę z namaszczeniem sztuka po sztuce. bezkolizyjnie namierzam płyn do dezynfekcji stwierdzając, że mam fatalne podejście, bo służbową klawiaturę dopieszczam kilkakrotnie częściej niż domową, zakasam więc rękawy i szoruję. i picuję. a do tego skłony (dla tych na czasie sqady) i marlon alves na yt.

herbata i tak już wystygła, a marlon taki apetyczny.

sorki, znów nie dam rady nic napisać.

 

Silence.

Silence.

Czasami bardzo chcę być taka, jak inni. Uogólnienia są wygodne i dają poczucie przynależności. Wiesz, czego się spodziewać, masz komfort niezmienności.  I mimo, że nie jestem, jak ludzie wokół, bardzo nie lubię się wyróżniać. Zdarza mi się kiwać ze zrozumieniem głową, choć uznaję odmienne wartości. […]

ryba w karniszu

ryba w karniszu

Zaprzyjaźniłam się lata temu z Alą, już nawet nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co nas połączyło. Być może przymusowo spędzany czas na terenie kampusu, albo wspólne towarzystwo, do którego dołączyła przez faceta. Może być też, że trywializuję te powody, bo przecież wcale się łatwo nie […]

relationships

relationships

internet to zdradliwa bestia. poznajesz ludzi, zżywasz się z nimi, ale w pewnym momencie czegoś wam brakuje i rośnie ciśnienie spotkania twarzą w twarz. zakończyliście pewien rozdział, potrzebujecie wyjść poza to, co już wam doskonale znane. zachodzi obawa, że jeśli tego nie zrobicie, wasza świetnie rokująca relacja stanie w miejscu, a po pewnym czasie zgnuśnieje, spowszednieje i przejdzie w stan letargu.

poznałam kilka osób z blogowej braci namacalnie i mimo, że zawsze przed pierwszym widzeniem towarzyszył mi lekki dreszczyk emocji, mieszanina zdenerwowania i ekscytacji, a samo spotkanie niekoniecznie przebiegało gładko, zawsze ratowała myśl, że nie wybrało się tej osoby przez przypadek. potrzebne było specyficzne porozumienie. oczywiście, piszę teraz o kimś podobnym do mnie, kto musi najpierw długo obwąchiwać wirtualne pupy zanim poczuje się bezpiecznie i pewnie, co do człowieka, ale też własnej postawy.

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

 

Lucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

chociaż to ja jestem w związku motorem napędowym poznawania ludzi i wprowadzania ich do naszego domu, coraz częściej widzę potrzebę izolacji. łatwiej mi nawiązać kontakt mając tę osobę w codziennej rzeczywistości, choćbym miesiącami, a nawet latami mijała ją na ulicy jak nieznajomego. z drobnych gestów, nawyków, komfortu przyzwyczajenia (mimo, że do obcego, ale wizualnie opatrzonego człowieka) i nastawienia do ciebie jesteś w stanie wstępnie odczytać, czy zaangażowanie w relację jest warte poświęcenia czasu i energii. nie ma nic gorszego, niż przekroczenie granicy prywatności, a później rozczarowanie. oczywiście, nie da się tego ocenić w pełni, bo poznawanie, tak jak zaprzyjaźnienie się, to proces. ludzie rzadko są nieskomplikowani, otwarci na tyle, żeby móc otworzyć przed nimi drzwi i serca, na początek wystarczy okno i chęć. jednak przez bezpośredni kontakt doraźny dostajesz wystarczająco dużo informacji, żeby zadecydować, czy ten związek ma sens.

z internetowymi randkami jest zupełnie inaczej. współczuję ludziom, którzy nieustannie umawiają się w ciemno szukając życiowego partnera online. tutaj jesteś w stanie tak mocno okroić siebie, wykreować jakiś obraz w głowach śledzących cię w necie podglądaczy, że nawet nie można by ci było zarzucić oszustwa. to są tylko urywki z życia, wyrwane z kontekstu doczesności myśli, słowa często nie poparte działaniem, sztuczne twory oderwane od powtarzalności dnia. wystarczy wnikliwie przyjrzeć się niektórym popularnym lajfstajlowym profilom na insta. to maszynka do robienia fejmu/pieniędzy/ego/marzeń, w której prawdziwy człowiek stanowi mały odsetek całości.

jednakże nawet bez zamiaru aranżowania specyficznego klimatu, nie jesteśmy w stanie wyrazić siebie na tyle, żeby później nie było przekłamań w bezpośrednim odbiorze. poza tym słowa puszczane wolno mają  niezwykłą moc przeistaczania się. można z nich czerpać do woli – łączyć w równoległe pary lub nieskończenie długie sinusoidy – zależnie od własnych doświadczeń.

zaprzyjaźniając się z kimś wirtualnie, przed spotkaniem zawsze mam obawę, że mój obraz, który ta druga osoba ułożyła sobie z treści, jakie puszczam w sieć, momentalnie pryśnie jak bańka mydlana zaraz po poznaniu mnie w realu. nie jestem inna tutaj, na blogu, fb czy ig, ale też nie prowadzę w owych social mediach równoległego życia. to, co przeczytacie tutaj, w rzeczywistości może okazać się kadzeniem i pierdzeniem na żywo. zresztą raczej nie będzie okazji tego sprawdzić, bo w realu rzadko poruszam tematy, które widnieją na blogu. instagram to też tylko namiastka. słyszałam już, że internet pokazał mnie z piękniejszej strony, która naprawdę ma o wiele mniejszy wymiar. tu akurat nie ma przekłamania, bo jeśli coś w ogóle jest nieciekawe, a nawet brzydkie, lecz w szczególe potrafi zdziałać cuda, to przecież kłamstwo niezamierzone.

skoro mam obawy i świadomość co do własnej tożsamości wirtualno-realnej, jak prezentuje się ona wobec innych? to stąd wynika mój strach przed bliższym poznaniem. na szczęście, są na to sposoby. co prawda, nie zawsze ja je inicjuję /bo jednak zraziłam się na kilku człekach poznanych przez blogosferę i nie ufam już swoim osądom/, ale mądrzy i naprawdę czujący ten flow ludzie przychodzą mi w sukurs. gdybym mogła wam coś doradzić – o ile planujecie przenieść internetową relację na wyższy level – piszcie listy. dzięki nim przekazujecie znacznie więcej siebie, jesteście mniej ograniczeni hipotetyczną publiczną krytyką, więc szczersi i bardziej bezpośredni.

Lucy Mayday Art

zdjęcia ciążowe mogą wam się wydawać nie na miejscu, ale ściśle wiążą się z poruszoną tematyką. sesja powstała w jakieś dwadzieścia minut łącznie z porządkowaniem mojej sypialni, nie była to bowiem zamierzona, zakrojona na szeroką skalę akcja. nie wiem, jak wam, ale mnie się podobają. żałujcie, że nie możecie zobaczyć pozostałych kadrów, które chroni prawo do prywatności.

less is more

less is more

nie należę do grona osiemdziesięciu kilku procent polaków, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem, ale swoje też mam za uszami. wszystkim doskwierają jakieś wady, lecz rzadko kiedy potrafimy się przyznać do nich przed otoczeniem (choć mówią, że to i tak pierwszy krok do tego, żeby przyznać […]