Paczing, leżing czy socjaling na majówkę? Propo i wspomnień czar.

Paczing, leżing czy socjaling na majówkę? Propo i wspomnień czar.
Nie wiem, co się porobiło z tym moim blogowaniem (pomijając już, że publikuję  jak ostatni osioł w piątkowy, przedmajówkowy wieczór). Dawniej strzelałam słowami niczym z kałacha (bywalcy poprzednich adresów z pewnością pamiętają), teraz mi się wcale nieeeee chceeeee. Strzępić języka & Klawiatury.
Pośmieję się i wygadam w pracy, a później jeszcze gdzieś indziej, w domu natomiast już mi się powoli paliwo wytrąca, a o blogu w ogóle zapomnij. Żeby tam jakieś anegdotki czy cuś… phi! Procesor mam dysfunkcyjny, nie rejestruje. Nie to, żeby było nudno i nic się nie działo, przeciwnie – sytuacyjnie i z lekka komediowo, a nawet tragikomicznie jestem nieźle zaopatrzona w wydarzenia bieżące, lecz nie gromadzę ich na zaś.
Tak sobie stałam ostatnio na papierosku o północy z towarzystwem znanym mi tylko z widzenia, trzeźwa jak świnia (choć z konotacjami porannego kacyka), oni mniej (raczej więcej tego mniej), wypadało więc nie zrzucać odpowiedzialności za konwersację na żywe trupy (aczkolwiek mocno rozweselone) i zarzucić coś w kratkę lub podobny deseń. A tu nic, pustostan zupełny, przeciąg pomiędzy uszami. Ja wiem, że się człowiek szybko aklimatyzuje stosownie do sytuacji, ale dotąd byłam raczej odporna na takie mecyje.
Z Wami to tak troszeczku podobnie, jak z tymi nieznajomymi od fajeczki, nieprawdaż?
Żeby nie truć już na samym początku podrzucę Wam kilka linków do poczytania i pooglądania w czasie wydłużonego weekendu, a kto będzie miał ochotę na więcej, po instrukcję obsługi scrolla zapraszam tutaj.
– Na początek smaczek z Dwutygodnika, czyli rzecz o głupocie, kilka artykułów o obyczajach, sztuce i muzyce w obliczu mocno tuzinkowego zidiocenia. Lubię bardzo, choć nic mnie tak nie uczula, jak głupota właśnie. Plus. Kto jeszcze nie zna, niech się rozsmakuje w Dwutygodniku, jest bowiem bardziej uniwersalny niż kwartalnik Książki i nie odstrasza nazwą.
– Co wiecie o baletnicach? A o światowej sławy ballerinach? Instagramowy profil Isabelli Boylston odkrywa rąbka tajemnicy o świecie tylko dla wtajemniczonych. Czy jedzą trawę i trenują do upadłego 7 dni w tygodniu? Możecie się zdziwić.
– Jesteś logiczny czy kreatywny? Którą półkulę mózgu masz lepiej rozwiniętą? Przekonaj się wykonując szybki test. Radzę się mocno nie przywiązywać do wyniku, mózg nie jest bowiem mechanizmem o konstrukcji cepa i nie przypisuje się mu uproszczonych funkcji. Półkule odpowiadają za konkretne działania, sterują innymi obszarami aktywności i uszkodzenie konkretnej struktury mózgu może wyłączyć tę aktywność, ale może też poczynić spustoszenie w innych, ponieważ prawa i lewa półkula to naczynia połączone. Test pokazuje tylko Twoje ogólne skłonności. Stał się też, co ciekawe, formą ekspansji agencji, która go wprowadziła do social media.
RYSUNEK KATARZYNA BOGDAŃSKA
RYSUNEK KATARZYNA BOGDAŃSKA via WO 
Rozmowa z panią psycholog o przekleństwu bycia miłym. Oraz, poniekąd, o kobiecej roli dobrej samarytanki i pracownika socjalnego w jednym. Nic wielce odkrywczego (nie ręczę za męską wiedzę na ten temat), ale łączy znane nam wiadomości w ciągi przyczynowo-skutkowe.
– Kolejny smaczek: ubarwione, stare zdjęcia z rosyjskich archiwów prywatnych. Zarówno Rosjanie, jak i sama przeszłość widywana dotąd na zniszczonych, czarno-białych fotografiach nabierają innego wymiaru. Jaki chłystek był z Czechowa… A jaki psychopata z Rasputina!
Advanced Styleblog o elegancji, szyku i smacznej wyobraźni, która nie umiera z wiekiem, czyli zdjęcia dojrzałych, stylowych Amerykanów. Wywołuje efekt WOW!
O co chodzi z tym PMS’em i dlaczego nasz cykl menstruacyjny różni się od cykli innych ssaków?, o tym przeczytacie u Kasi Gandor. Nauka podana lekkostrawniei.
Czy to mieszkanie nie wygląda znajomo? Czy nie takie były lokale w latach osiemdziesiątych? Większość miała mniej klasy, ale zdarzały się perełeczki. Prostota i przestrzeń bez hektarów powierzchni. Drewno, minimalizm i cegła. Mieszkałabym!
No i proszzz, udało się zaproponować Wam coś na chwile pomiędzy grillem i spacerem po plaży. Osobiście planuję się nie eksploatować w tych pierwszych dniach maja, coraz częściej czuję, że nie chce mi się gadać po próżnicy, ważę słowa i oceniam, co do kogo mówię. Znudzona jestem – paradoksalnie – tempem życia. Przedwczoraj jawnie ziewałam na zebraniu w klasie syna, wychodzi ze mnie ta bylejakość gębą i uszami. Oczy przymykam natomiast na niektóre sytuacje już zupełnie oficjalnie, nie notuję w myślach upływającego czasu. Wychodzę do kuriera z wymalowanym sumiastym wąsem, brodą i drucianymi okularami w czerwonych oprawkach nie robiąc z tego ceregieli, opowiadam dzieciom o Chopinie i rodzajach stolca w zatłoczonym markecie, bez skrępowania wchodzę obcym ludziom w prywatę – coś mi się poprzestawiało. Jakby zawładnęła mną potrzeba pokolorowania wszystkich bieżących szarości, wypełnienia barwami konturów potocznej normalności.
Podpatruję niekiedy, jak ludzie realizują się towarzysko w wolnym czasie i bywa mi wstyd. Przyglądam się siedzącym kulturalnie za stołami, świadomym tego, że spotykają się właśnie w celu jednoznacznie rozrywkowym i zastanawiam, co skłania mnie do oceny własnej wapniakowatości. Za każdym razem zaskakuje mnie widok milczących naprzeciwko siebie ludzi, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia, choć przecież z własnej woli zasiedli nad tym talerzem z flaczkami. Czego im więcej potrzeba niż muzyka, kapka procentów i wolny czas? Dlaczego tak wielkie zgorszenie potrafi wywołać opowieść o imprezie, na której brat z siostrą wymienili się ubraniami i w konsekwencji on – wielki tur – paradował w białej kiecce z falbanką i w czarnych skarpetkach do kolan, ona zaś wirowała na parkiecie w porciętach ze spadochronu i koszuli wielokrotnie zasupłanej w talii? Gdzie się kończy poczucie humoru, albo może: gdzie zaczyna? Mnie się pieprzyć głupot na co dzień nie chce z wyboru, ale jaki powód mają ci, którzy zatruwają powietrze akurat wtedy, gdy można i trzeba wrzucić piąty bieg i pruć przestrzeń na fali popowej muzyki, gorącego bidżisu i wypolerowanych cwelków? Żeby jeszcze tych przypadków było niewiele…
Byłam ostatnio na spotkaniu, podczas którego biesiadnicy nie wyszli zza stołów przez pierwsze trzy godziny. Mylicie się, nie trafiłam na prywatkę ZBoWiDu. Oni najpierw ze sobą byli, cieszyli się własnym towarzystwem, dobrym jedzeniem. Po prostu. A kiedy nasycili się już informacjami, przystąpili do zabawy – wirowali, stroili się, przekrzykiwali i przytulali. Miodzio. Wróciłam z tej imprezy tak nakręcona, że jeszcze przez dwie godziny usnąć nie mogłam, chociaż do świtu było już bliziutko.
Pamiętacie lata osiemdziesiąte i ówczesne prywatki u młodych, u starszych, jak leci? Letnią porą na co drugim balkonie widać było rozbawione gromadki, choć szynka nadal leżała pod ladą w Peweksie, a panie nosiły się w nieatrakcyjnych, ręcznie szytych kieckach z materiału na zasłony, panowie palili cygara z kontrabandy, a ich plastikowe koszule fruwały na wietrze po całym osiedlu. W piątek wódeczka a’la służbowa, w sobotę czyjeś imieniny i tak w koło Macieju. I tylko niedzielnym wczesnym rankiem dozorca odnosił domniemanym właścicielom zaginione sztuki odzieży zaraz po tym, jak już pozamiatał zwyczajne chodniki w zwyczajnych miasteczkach.
Co się zmieniło poza tym, że tamto rozochocone pokolenie jest już lekko podstarzałe i brakuje mu sił na równie intensywne życie? Przecież wyrastaliśmy w tym klimacie, chłonęliśmy atmosferę, wyjadaliśmy fusy po kawie z filiżanek w koszyczkach, kiedy ich właściciele pląsali w akompaniamencie Mydełka Fa po rozchodzącej się mozaice odpornego na uszkodzenia M-ileś-tam.
Nie mówię, że wszystko ma być, jak dawniej i całe rodziny przez pół miasta o świcie drałować mają z buta do swoich domostw, bo to jednak szpilunie, bo w ryj, bo taksówki mamy powszechnie dostępne.
Jednakże.
Mogłaby się teletransportować w czasie ta chęć i ten luz z dawien dawna, lepkim kurzem oklejony i skutecznie zapomniany.
Lubię sobie wyjść do znajomych i nie napotykać zdegustowanego wzroku, kiedy wystrzelam z fotela jak petarda słysząc Marchewkowe Pole. Tym bardziej lubię, gdy nie spożywam wyskokowych bąbelków, tylko niesie mnie chwila.
Lubię, kiedy niepalący nie zostają smętnie przy stole, podczas gdy nałogowcy wynoszą się na dymka na zewnątrz. Lubię, kiedy nikotynowi abstynenci nie gapią się wtedy w sufit w poszukiwaniu pajęczyn, bo kameralne towarzystwo to wciąż fajne towarzystwo.
Lubię, kiedy zbyt trzeźwi i zbyt sztywni bywalcy klubów nie obcinają innzch wzrokiem za pięćset ojro perfidnie określając po ubiorze przynależność do konkretnej, wybranej i jedynie słusznej grupy, z którą warto trzymać.
Lubię, gdy tematy rozmów kiedyś kończą się na dzieciach i zaczynają bardziej niecodzienne, choć nie zawsze ę-ą i na poziomie.
Lubię, kiedy partnerzy nie pilnują każdego swojego ruchu, dostrzegają motyw zabawy zamiast potencjalnych przestępstw na tle seksualnym.
Lubię, kiedy wjeżdżają gorące dania i lubię noce przy kiełbasie z ogórkami kiszonymi.
Lubię strzelanie żartami i oglądanie kabaretonów, jeśli nikt nie posiada drygu oratorskiego, ani mocy sprawczej.
Lubię rozmowy o macicach i samochodach, upadku moralności i różnych typach żuli przydrożnych.
Lubię. Kiedy. Coś. Się. Dzieje.
Na co dzień bądź sobie sflaczały, zestresowany, spięty, wymięty i wyżęty, ale skoro idziesz docelowo poszaleć, zaangażuj się z deka. Bądź jak Ryba, który już na starcie nawiązuje z każdym porozumienie astralne, produkuje się, kiedy trzeba podgonić z tematem, słucha ciekawych anegdot i tańczy z zagubionymi w przestrzeni stroboskopów kobietami, których partnerzy puścili je w trąbę i poszli doić bimber. Bądź jak Tommy Lee Jones w Ściganym, Szybki Lopez i Struś Pędziwiatr socialite. Ale przede wszystkim bądź sobą i nie ruszaj się z domu, jeśli nie jesteś imprezowym typem. Nie truj dupy, that’s all.