over

over
Licytujcie się, bijcie, przekrzykujcie i sprawdzajcie, kto ma lepiej tudzież gorzej. Czyje dzieci są odpowiedniej wychowane, jaką dietę skuteczniej stosować i kto jest bardziej zmęczony. Komu nie pomagają dziadkowie, a w kogo inwestują całe oszczędności. Czyj mąż jest większym pacanem, a czyją żonę częściej boli głowa. Jakie mleko modyfikowane stosować i czy nie lepiej byłoby spalić na stosie wszystkie matki niekarmiące piersią. Przebijajcie się w licznikach popularności i plotkach na temat wróbli nie pasujących do stada wron. Przyklaskujcie sobie, a za plecami wbijajcie nóż w plecy. Bijcie w piersi i klęczcie na grochu, chodźcie do spowiedzi i udawajcie przed sobą sprawiedliwych.

Wy, którzy tak płaczecie machając nóżką, że Wam ciężko i Wy, którzy nigdy nie macie wiele do powiedzenia. Wy z odwiecznie urażonymi ambicjami i zazdrością wszytą pod skórę. Wy, którzy żyjecie tak wielką powierzchownością, że aż boli od patrzenia na Was. Tak, właśnie Wy.

Mamusiu, wiesz co? Załamałabym się, gdybym Cię już nigdy miała nie zobaczyć, gdybyś umarła, albo gdybyś pracowała za granicą jak tata Piotrka.

kochana córeczko!
jesteś zbyt mała, żeby zrozumieć i być może nigdy nie będziesz w stanie pojąć podłości tego świata. obyś nie musiała dotykać sercem życia, które pozwala się uodpornić i widzieć więcej, ale pozostawia trwałe zniszczenia na duszy. wolałabym napisać „w psychice”, ale nie jestem pewna, czy dobrze byśmy się zrozumiały. ty jesteś wychowywana w wierze, która mnie, starej sceptyczce nie daje poczucia przynależności i bezpieczeństwa. wolę myśleć o konkretach, ale ułatwiać ci przekazanie owych myśli w słowach, które nie gryzą. nie jest mi łatwo, bo moje życie jest mocno osadzone w problematycznej rzeczywistości własnej i społeczeństwa, z którym mam kontakt. nigdy nie chciałabym, żebyś była zmuszona do podobnego do mojego hartu i sarkazmu. co prawda ja dzięki temu jeszcze wracam do domu i mogę ci czytać książki zaraz po tym, jak  już tabletka na migrenę zacznie działać, ale robię to częściej z obowiązku, widzę bowiem twoje potrzeby i nie potrafię przejść obok nich obojętnie. nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego życia, a może po protu boję się zacząć je sobie wyobrażać?
nie, nie chcę ci zrzędzić i przelewać na ciebie swój żal. zresztą, ja nie mam żalu, kochanie. dokonałam wyboru nie wiedząc, w co się tak naprawdę pakuję, więc nawet nie mogę samej siebie winić za ten stan, stan całkowitego wyprania z nadziei na potoczną normalność. ciekawe, ile zapamiętasz ze swojego dzieciństwa, jak będziesz wspominała spędzone wspólnie ze mną, z nami, z tatą i milem momenty. czy ja się tam w ogóle pojawię? bez krzyku, zniecierpliwienia, bez wiecznych ponaglań marcina, że trzeba dać mi odpocząć, bo miałam bardzo ciężki dzień, tydzień, miesiąc? jeden dzień na cztery kolejne, półtora w tygodniu, kiedy mogę przyznać, że jestem duchem i ciałem. za mało.
przepraszam, że ja wciąż tak o sobie i na dodatek chaotycznie, przecież wiesz, że nie jestem wylewna, ale muszę dobrnąć do sedna w sposób nie pomijający ważnych detali. obawiam się, że kiedy dorośniesz na tyle, żebyś była w stanie to wszystko zrozumieć, już ci nic nie opowiem. możesz to nazwać jak chcesz – przeczuciem, przemęczeniem, wnioskami ze skrawków informacji. jest czerwiec, miesiąc twoich siódmych urodzin, a ja dopiero teraz, w obliczu potrzeb, obowiązków, ograniczeń i pragnień piszę do ciebie pierwszy list. dziwne, że nie wcześniej, prawda? ciągle gdzieś coś czytam, zawsze mam do powiedzenia i choć rzadko artykułuję, często przelewam na papier. słowa sprawnie spadają z palców na klawisze, ale zawsze ograniczone do zawoalowanych anegdot i konspiracyjnych aluzji. nie powinno tak być, bo jeśli kiedyś przeczytasz wszystkie moje posty, nie zrozumiesz z tego nawet połowy. musiałabyś wiedzieć w jakim jestem położeniu i dlaczego w taki sposób postępuję. twoja pamięć będzie zawodna, bo masz jeszcze dziecięcą percepcję, ograniczoną do tego, co poznałaś przez tych siedem króciutkich lat życia, a przez kolejne dekady wymyślone obrazy wymieszają się ze wspomnieniami.
kochana moja, widzę, jaka drzemie w tobie wrażliwość i martwię się o ciebie. próbuję cię delikatnie oswoić z codziennością, w której ludzie, obecnie w większości twoi rówieśnicy i ich rodzice, ranią cię w niewytłumaczony dla ciebie sposób. już teraz sobie z tym całkiem nieźle radzisz, przez rozmowy wyrabiam w tobie pewien rodzaj znieczulicy, próbuję wyłączyć przycisk nadmiernej empatii. jesteś przez to może nieco mniej przyjemna momentami, bywasz nawet nieznośna i nieprzystępna, ale to tylko chwile słabości, każdy ma do nich prawo i nie jest to wielki koszt za brak bólu egzystencjonalnego oraz każdego innego, wywołanego nadmierną emocjonalnością. chciałabym móc prowadzić cię przez życie stojąc obok i prasując zagniecenia na twoim każdym, świeżo wypranym dniu. fałdy powstaną zawsze, życie to nie idealnie gładka szklana kula i dzięki temu jest takie ciekawe. moja warta z żelazkiem ułatwiłaby ci zrozumienie mechanizmów powstawania zagnieceń tak, żebyś w odpowiednim momencie mogła sama radzić sobie z prasowaniem bez wstrętu i poczucia zagubienia. niestety, nie mogę nad tobą czuwać tyle, ile są w stanie poświęcić na to inne matki. prowadzę cię inaczej, trochę bardziej drastycznie, moje życie bowiem zawsze wpłynie na twoje. a ja… mogę cię tylko przeprosić za to, że tak dużo pracuję za kiepskie pieniądze, dzięki którym nie kupujemy najbardziej potrzebnego – czasu, za brak wdzięczności, za popychanki słowne, za zazdrość, ale też za kpinę. w oczach wielu ludzi jestem nikim. w swoich też czasem, ale inaczej. idę za tą swoją utopią pomocy drugiej osobie, powtarzam tacie i znajomym, że ktoś to musi robić i lepiej, żeby to nie był człowiek, który się szybko załamie, ale tak naprawdę nikt nie powinien pracować tak ciężko i w tak ogromnym stresie. co z tego, że mam w sobie gen pozytywistycznej pracy u podstaw, kiedy powinnam myśleć o tobie, o was, o swoich potrzebach… akurat o tym najszybciej zapomnieć. człowiek, który założył rodzinę, nie żyje już tylko dla siebie. i myślę. myślę, kochanie, codziennie. dzień w dzień odliczam, ile mi jeszcze zostało do magicznej piętnastki, ale coraz częściej wynik mam błędny. kiedyś bałam się alzheimera, tego, że nie będę pamiętać. teraz boję się, że zmarnuję dany mi czas na czekaniu. stracę to, na czym od zawsze najbardziej mi zależy. nie po to walczyłam o ciebie, mierzyłam się z wieloma przeciwnościami losu, żeby teraz znów walczyć z jakąś przeszkodą.
a jednak.
wydawało mi się, że mam pecha, bo nie trafiam w życiu na cudownych ludzi. nieprawda. oni są niedaleko, ale nie mam czasu ich zaprosić do swojego wnętrza. tak bardzo walczę ze zmęczeniem i wypraniem z życia, z organizowaniem czasu dla was i z chęciami do wstania z łóżka, że nie wystarcza mi sił na otwarcie na oścież drzwi dla innych.
kochana moja, nie popełniaj mojego błędu. nie biegnij tak szybko, jak ja. zatrzymuj się przy każdym wartościowym człowieku, dawaj mu coś z siebie i czerp z niego. nie zapominaj, nie odpuszczaj, nie lekceważ. znikąd nie weźmiesz tyle, ile od drugiej, pokazującej ci swój świat osoby.
idź za głosem serca, ale nie schematów wychowawczych. daj sobie czas na smakowanie, tylko wtedy będziesz wiedziała, co ci najbardziej odpowiada. postaraj się nie marnować żadnego dnia ze swojego życia, ale pamiętaj, że to wcale nie oznacza wiecznej aktywności. musisz mieć czas na reset, ale też na nudę. często w ten sposób powstają najlepsze pomysły.
nie daj się przekonać do rzeczy, o których wiesz, czujesz każdym porem skóry, że nie są dla ciebie.
nie daj sobą rządzić głupszym od siebie. rozumiesz, że to niemożliwe, chociażby dlatego, że urodziłaś się w polsce, ale masz wybór. kraj to duża machina, a twoje życie to tylko jeden płatek śniegu, niepodobny do żadnego innego. odmawiaj, jeśli ktoś pokrętnie chce cię zakuć w kajdany powtarzalności i bezcelowych obowiązków, ale miej zawsze w zanadrzu pomysł na przeżycie do pierwszego, albo do czasu, kiedy uda ci się osiągnąć swój cel. nie musisz mieć kredytu hipotecznego ani stałego dochodu, żeby co miesiąc móc opłacić córce lekcje baletu. nic w życiu nie jest dane na zawsze, ale do wielu rzeczy można powrócić.
nie pozwól sobie pluć w twarz. to nie jest takie trudne. twoja matka posiadła tę wiedzę, czy raczej umiejętność unikania oprysków, dopiero po trzydziestce, ale ty dasz sobie radę wcześniej, już nad tym pracuję. pamiętasz, z ilu barw składa się paleta kolorów? jesteś pewna, że z tylu? a ile może powstać dodatkowych odcieni? to, że nie mieszczą się na skali nie znaczy, że ich nie ma. szanuj ludzi, ale przede wszystkim szanuj siebie. czytaj dużo, rozmawiaj z innymi, będziesz wówczas w stanie zrozumieć więcej i pogodzić się z niektórymi sytuacjami. ludzie są ograniczeni do tego, co poznali. dla niektórych końcem świata będzie jakaś drobnostka, a dla ciebie koniec okaże się początkiem, tego jestem pewna. mam tylko małą uwagę, nie zagalopuj się tak, jak ja. jestem w stanie naprawdę wiele sobie wytłumaczyć, rozumiem, że wiele zachowań wynika z ciasnoty umysłu, ale chyba poszłam za daleko i przez to stawiam się na pozycji kogoś, kto tym zrozumieniem i wiedzą zawsze oberwie. w twarz. dokładnie tak, jak ci polecam nie robić. popełniam masę błędów, wkręcam się w życie, którego ni toleruję i nigdy dla siebie nie chciałam. zaczęłam do ciebie pisać również po to, żeby ułożyć sobie myśli oraz plan naprawczy naszego rodzinnego mikroświata. za mało nam czasu zostało, życie jest za krótkie.
wiem, że kiedyś rozliczysz mnie z tych słów, może nawet obietnic. co więcej, wiem też, że na obecną chwilę wcale nie jestem taka silna, żeby zmienić wszystko. cztery i pół roku to za długo, żeby czekać, ale też bezpiecznie długo, żeby nie musieć decydować o zmianach już, teraz, natychmiast. mam nadzieję, że gdy postawisz przede mną wagę, na szalę nie położysz słów zapewnień, które polecą do nieba pod ciężarem niespełnionych oczekiwań. to pierwszy list – punkt wyjścia. w kolejnych będę szukała drogi ku jaśniejszemu. wiesz przecież, że idę w stronę światła.
mama