nieustępliwa nadzieja

nieustępliwa nadzieja

tytuł przewrotny i generalizujący. celowo. żeby wyjaśnić, muszę odnieść się do definicji zawartej w tytule koncepcji, którą skonstruowała psychoanalityczka martha stark. według niej nieustępliwa nadzieja to stan, w którym zamiast pozwolić sobie na opłakanie niespełnionych oczekiwań, chwytamy się nadziei, że pewnego dnia zdołamy w końcu wydobyć z rodzica, szefa albo męża uznanie i miłość. chwytamy się na próżno. innymi słowy jest to taki rodzaj nadziei, który każe trwać w sytuacji patowej i czekać aż świat sam się dopatrzy zła, które nam uczynił, po czym naprawi wyrządzone krzywdy, a następnie nas doceni.

piszę o tym przy okazji międzynarodowego dnia eliminacji przemocy wobec kobiet. również 25 listopada obchodzony jest dzień pluszowego misia, który zagarnia całą uwagę medialnego świata. chcemy oderwać myśli od katastrof, ludzkich tragedii i ekologicznej zapaści, lokujemy więc nasze zainteresowanie w uroczym pluszaku, kwintesencji ciepła, troski i bezpieczeństwa. dlaczego więc nie wstawiam słodziaszczych memów i nie świętuję razem z innymi?

ponieważ ludzka autonomia codziennie sprowadza nas do miejsca, w którym gwarantujemy sobie przyjemność. gorąca kąpiel, kawa na tarasie w upalne dni, ulubiony serial przed snem, jedzenie zamówione na wynos, popołudnie w siłowni. dbamy o to samodzielnie. istnieją jednak sfery, o których się nie mówi wystarczająco często i głośno. na przykład o kobietach trwających w przemocowych związkach, którym nieustępliwa nadzieja każe wierzyć, że jej partner dostrzeże w niej człowieka, a nie obiekt do poniżania, że mąż alkoholik przestanie pić.

chcę o tym pisać nie po to, żeby napiętnować, ale uświadomić, że w taki sposób legitymizuje się zło. kurczowe trzymanie się wiary, że jesteśmy w stanie zmienić bliską nam osobę, która stosuje wobec nas przemoc, mówi o nas wiele. przede wszystkim to, że ofiara nie dba o siebie. proste? naiwne? trywialne? a może warto rozważyć, skąd ta pusta nadzieja się bierze? dlaczego reakcje obronne, które pojawiają się w pierwszym odruchu wobec skierowanej w stronę nas przemocy w pewnym czasie tracą na sile, a my godzimy się z zastaną rzeczywistością, przyjmujemy, że tak być musi i dźwigamy dalej swój krzyż?

zawsze pisząc o zjawiskach ogólnospołecznych przyjmuję formę my, chociaż nie identyfikuję się często z ich bohaterami. rozpraszam odpowiedzialność w obawie, że zostanę źle zrozumiana i zaczniecie zarzucać mi moralizatorski ton. tym razem, doświadczona przemocą zawodowo, osobiście i jako koleżanka, sąsiadka i znajoma będę wypowiadała się o kobiecie bądź kobietach. konkretnych, choć nie zindywidualizowanych. kobietach będących ofiarami przemocy domowej.

kiedy kobieta przestaje zauważać niebezpieczeństwo? jak szybko przyzwyczaja się do nadużyć, których jest celem? i jak to jest, że trwa w przemocowym związku, zamiast się z niego wyplątać?

myślę, że szukanie odpowiedzi należy rozpocząć od kwestii tożsamości. potrzeba jej posiadania jest przecież istotą człowieczeństwa, a za tym idzie przystosowanie człowieka do życia we wspólnocie. to, jak każdy z nas definiuje wspólnotę, wynika z procesu jej konstruowania.

najpowszechniejszą rolą kobiety jest bycie żoną i matką, później dopiero przyjaciółką, pracownicą, członkiem grup opartych na zainteresowaniach. wiele kobiet, czy to pod presją rodzinno-społeczną, czy to z własnego wyboru lub wyniku ograniczeń ekonomicznych lub/i terytorialnych, nigdy nie wychodzi poza podstawową, pierwotną rolę. 

człowiekowi trudno funkcjonować w świecie bez przynależności, a kobiety, na które los nałożył różne niedogodności, szukają najłatwiejszego sposobu na odnalezienie tożsamości w tym, co dostępne i mile widziane. w tym, za co zostaną pochwalone, najczęściej w rodzinie. dochodzi do tego gen opiekuńczości i emocjonalność odziedziczone po przodkach, a także wiara w siłę najmniejszej komórki społecznej i jej niezbywalną wartość.

mamy szczęście, jeśli my albo nasi partnerzy wyrastaliśmy w środowisku, które nie dzieliło bliskich na lepszych i gorszych. doskonale znamy przecież historię polski i świata, wiemy, że w każdej kulturze niskorozwiniętej dysproporcje w traktowaniu płci były i są ogromne.

my, polacy, jesteśmy potomkami i wychowankami w przewadze robotników i rolników, wśród których podział ról w związku był ściśle określony. wymagały tego trudy życia, jednak rzadko można było się dopatrzeć równowagi sił, obowiązków i możliwości. jesteśmy spuścizną tego schematu oraz ludźmi, których cechuje wszakże nawykowość. jeśli zostaliśmy wychowani w określonym modelu, jedynym, słusznym i niepodzielnie panującym, trudno jest dostrzec niektóre nieprawidłowości. z drugiej strony mamy przecież nieograniczony dostęp do informacji, a i tak możemy pewnych elementów nigdy nie odnieść do siebie i żyć w nieświadomości, że jesteśmy ofiarami jakiegoś rodzaju przemocy.

schemat, o którym wspomniałam to punkt wyjścia większości tematów okołoprzemocowych. mamy inne czasy, ale mentalność w wielu miejscach w kraju nie zmieniła się wcale. kobieta, wychowana w poddaństwie, naznaczona przez kościół, to wciąż człowiek gorszej kategorii. najboleśniejsze jest to, że kobiety same tak o sobie myślą. gdyby nie powszechnie akceptowalne charakterystyczne role przypisywane płciom mówilibyśmy o indywidualnych skłonnościach ludzkich, odmiennych temperamentach, konkretnych problemach, ale istnieje coś takiego jak przemoc wobec kobiet w ujęciu globalnym. nie bez powodu wszakże.

bardzo trudno wyjść z przekonania o słuszności swoich myśli oscylujących wokół niesprawiedliwości, jaka spotyka ofiarę przemocy, jeśli latami wtłaczano jej do głowy, uczono poprzez przykład, że nie logika, rozsądek, szacunek świadczą o wartości człowieka, ale płeć. często nawet zmiana środowiska na liberalne, partnerskie, nie pozwala na ewolucję w postrzeganiu ról.

najczęściej pojawiający się w dyskusji na temat przemocy wobec kobit aspekt to niedowartościowanie. umniejszanie rangi kobiety w sferach innych niż rodzinno-opiekuńcze, a w momencie eskalacji przemocy również na polu żona-matka-gospodyni. sprawia to, że kobieta traci grunt pod nogami, czuje się pusta, bezużyteczna, nie ma siły przebicia w walce z kiełkującymi w niej emocjami i poglądami, a co dopiero z tyranem. oraz wstydzi się. wstyd do idealne narzędzie manipulacji obok wzbudzania poczucia winy. oprócz tego, narażona na przemoc ze strony bliskiej osoby, w której powinna mieć największe wsparcie, miłość i szacunek, hoduje w sobie lęk, który zaburza osąd sytuacji i zaprzepaszcza szansę na próbę podjęcia walki z problemem i pozwala na łatwiejsze sprawowanie nad nią kontroli. do tego dochodzi brak snu – ze stresu albo z nadmiaru obowiązków – ale skutek jest ten sam, wzrasta drastycznie poziom noradrenaliny w mózgu. podnosi się również poziom kortyzolu we krwi. to wszystko utrzymuje ciało w stanie permanentnego napięcia, co nie może trwać wiecznie. mózg wysyła sygnały, że już dość, ale kobieta w takim stanie nie ma czasu ani możliwości, żeby przeanalizować, podjąć odpowiednie kroki i coś w beznadziejnej sytuacji zmienić. psychika rozpada jej się na milion kawałków, koncentracja drastycznie maleje. działa wówczas nawykowo, mechanicznie, przestaje ufać intuicji i sprawnie kierować swoimi uczynkami.

siła rażenia i powszechność przemocy domowej wiąże się również z tym, że kobieta na rynku pracy wciąż nie jest traktowana na równi z mężczyzną i dużo wody upłynie, zanim do tego dojdzie. rodzi to zasadniczy problem – perspektywę utrzymania siebie i dzieci. energii i samozaparcia do poświęcenia się całkowicie pracy, której zasięg musi zostać rozszerzony, ponieważ wyzysk i nierówne traktowanie zawodowe kobiet jest normą. ile strachu, lęku i problemów musi rozwiązać kobieta decydująca się na odejście od agresora, zanim jeszcze tego dokona! ile musi poświęcić czasu, sił, zorganizować życie, żeby zapewnić dzieciom byt, ale też i kontakt, nadzór, dać miłość i poczucie bezpieczeństwa!

ale najważniejszy jest ten pierwszy raz. przemocowy pierwszy raz. o narzędziach do walki z przemocą domową napiszę w kolejnym artykule.

serdecznie zapraszam.