wracając z poczty patrzyłam w górę i myślałam, że muszę o tym napisać. to niebo jest obłędne, zupełnie nie jesienne w październiku, jeszcze nie zimowe, bo kolory ma przejrzyste, jasne, z przewagą błękitu i różu. jesienne niebo zazwyczaj nie istnieje. nie wspominamy o nim mając w pamięci głównie szarość, wilgoć i wiatr siekający po twarzy spadającymi liśćmi. zimowe niebo natomiast zaczyna się kończyć zbyt wcześnie, żebyśmy byli w stanie je zarejestrować w dni powszednie, ale weekendowo rozprasza się odcieniami pomarańczu i fioletu, odwrotnie do przygruntowych, zmrożonych barw. letnie – wszyscy dobrze wiemy.

naprawdę wyjątkowe mamy niebo tej jesieni. rano spiesząc się do pracy mimo wszystko wybieram drogę, na której przeważnie tworzy się zator klientów piekarni, usiłujących zaparkować na zbyt małej przestrzeni. mimo utrudnień i wizji szefa witającego mnie palcem wskazującym, w bezdeszczowe poranki decyduję się na tę niewielką niedogodność, żeby móc przez chwilę, kilkadziesiąt metrów włączania się ślimakiem do ruchu na obwodnicy móc popatrzeć na przebłyski słońca nad wiaduktem, blokami i nisko zawieszonymi chmurami.

Lucy Mayday ArtLucy Mayday Art

Lucy Mayday Art

niebo kojarzę z pokorą i doznaniami estetycznymi. nawet groźne, burzowe, nie wywołuje we mnie lęku, lecz wyłącznie zachwyt i poczucie spokoju. kojarzę je też z ciszą, która jest dla mnie jedną z ważniejszych rzeczy w życiu.

nigdy nie byłam w stanie słuchać heavy metalu, miałam przez to tyły w podstawówce. kiedy ludzie grupowali się wokół ciężkiej w brzmieniu muzyce, ja tolerowałam wyłącznie hey i kazika. dozwolony poziom decybeli jest u mnie niższy niż u przeciętnego człowieka, ja nie odreagowuję w hałasie. co więcej, zwykły szum, nadmiar bodźców słuchowych wywołuje we mnie rozdrażnienie i agresję. niechby pięcioro dzieci naraz coś w pobliżu mnie mówiło, z czego co najmniej jedno wprost do mnie, momentalnie nabawiłabym się nerwicy.

kolega w pracy pyta mnie, jakiego rodzaju muzyki słucham. głupio mi odpowiedzieć, że najczęściej żadnego. owszem, lubię r’n’b do wyżycia się, latino do zumby, lekki jazz do odprężenia, ale muzyka nie jest priorytetem. jak mojemu mężowi aromaty, które mi przyjemnie pachną, jemu fetorzą, tak mnie hałas szkodzi. wypad na gokarty odchorowuję długim zniecierpliwieniem i wysokim poziomem stresu, który tylko nieco niweluje wyścigowa adrenalina, niektóre gatunki muzyczne utożsamiam z dźwiękiem piły łańcuchowej, nie zawsze jestem w stanie wytrzymać w trakcie seansu kinowego, męczę się na imprezach, podczas których przy jednym stole toczy się kilka wątków jednocześnie.

cisza jest fantastyczna. już nawet moje dzieci wiedzą, że potrzebuję kilkunastu-kilkudziesięciu minut po pracy na wyciszenie. paradoks, bo akurat w biurze nie mam nawet radia, rzadko włączam muzykę z netu, na dźwięk ożywienia prehistorycznej lodówki uciekam w gościnne progi. wystarczy mi jednak droga z pracy do szkoły, a następnie po dzieci, żebym czuła się niczym gradowa burza.

Lucy Mayday ArtLucy Mayday ArtLucy Mayday Art

nie zdawałam sobie sprawy, że moje częste podenerwowanie wcale nie jest wynikiem hormonów wibrujących na karuzelach w energylandii ani zołzowatego charakteru. długo trwało, zanim zaakceptowałam potrzebę ciszy. wydawało mi się, że skoro nie pasuję do większości, to właśnie ze mną musi być problem. standardowy błąd dziecka wciśniętego w schemat wychowawczy.

Lucy Mayday Art

żyjemy w ciągłym zgiełku, przyzwyczajamy się do przeładowania kakofonią dźwięków miejskiego życia, dlatego tak trudno jest umiejętnie odpoczywać. spotykam się z w okresie wakacyjnym ze znajomymi, którzy opowiadają o swoich hulaszczych urlopach na ibizie lub wyczerpujących wakacjach z dziećmi, podczas których w dzień było się rodzicem, w nocy zaś alkoholikiem w nadmorskiej tandetnej knajpie z zespołem grającym usiasiusia. dla nich mój wyjazd na wyludnione roztocze jest zupełnie niezrozumiały. na działce pod lasem niecierpliwią się, czekają na jakąkolwiek akcję nie rozumiejąc, że można być aktywnym nie czyniąc zadymy. nie każde ognisko musi się odbywać w atmosferze wrzasków i pijackich bełkotów.

wiadomo, że w większej grupie ludzie mówią jedni przez drugich, to naturalne. ważne jest natomiast, żeby umieć później dojść do równowagi zanim w poniedziałkowy poranek człowiek wyruszy w podróż do pracy, podczas której ruch uliczny, rozmowy przechodniów, włączone radio w środkach transportu, a następnie zwykłe rozmowy służbowe i domowe nie zaburzą nam akustycznej percepcji.

Lucy Mayday Art

kocham jesień za niespieszne weekendy, co drugi wystąp, jeden imprezowy, kolejny na odreagowanie. odnajdujemy przyjemność w porannej wizycie na basenie, wspólnym krzątaniu się po kuchni, rozwiązywaniu łamigłówek, graniu w planszówki, oglądaniu seriali i czytaniu książek. robienie zdjęć nie wpisuje się w ten kanon, chyba że nie wymaga napinki i szczególnej organizacji czasu, nie mogę więc obiecać wam, że tego rodzaju reportaże i przepisy będą pojawiały się regularnie, ale może osiągnę ten weekendowy zen szybciej, niż przewiduję. plan jest taki, żeby zaskoczyć samą siebie.

Lucy Mayday Art

świetliki, zaz, labrinthmela koteluk, gaba kulkimany, emeli sandé, julia pietrucha,