lazy day

lazy day

wyszłam dzisiaj z domu tylko po mandarynki (mikołaj obiecał) i od razu same dziwy. idzie sobie człowieczek środkiem jezdni i nie dość, że swoją lokalizacją zwraca uwagę, to jeszcze na tymże środku ulicy przykłada palec do dziurki od nosa, dmucha i dwa metry dalej spada na asfalt wielka, zielona mela.

czuję się właśnie jak ten glut z zapijaczonego nosa.

poza wypadem po mandarynki, po które wyszłam na oparach resztek przyzwoitości przed mikołajkami, zrobiłam dzisiaj wielkie nic. mogłabym dodać jak zawsze zresztą, bo w domu gdzieniegdzie przykurzyło tak, jak nie przyśnieżyło na zewnątrz, ale jednak czasem robię pięć rzeczy naraz, więc i ogarnięte jest z grubsza, i poczytane, i upieczone, i w nosie podłubane.

dzisiaj, totalnie niezwyczajnie, wyłoniłam się z łóżka tylko po to, żeby pokręcić się po domu jak smród po gaciach, bo mi lektura zbrzydła. spakowałam kilka prezentów, z konieczności zjadłam kromkę chrupkiego pieczywa z pastą z karmazynowo-jajeczną, wypuściłam psa na podwórko i tyle. jak bardzo gniecie mnie bycie bezproduktywną, wiem tylko ja.  stoję na rozstaju pomiędzy: powinnaś odpocząć i rusz się, to nieróbstwo cię dobija. szybko tu doszłam, żeby nie zastanawiać się, czy dobrze wybrałam na rozwidleniu: powiedz im, niech ci ten balast spadnie z barków i milcz, bo nie dasz rady roztrząsać tego pięć razy dziennie.

pakowanie prezentów

pakowanie prezentów

potrafię żyć z bólem, fizycznie jestem silna, ale moja psyche nie lubi chorować. fiksuje, odbija się od ściany, zawraca i wpada na kolejną. to wieczne czekanie na coś jest jak wiertarka ze zbyt słabym wiertłem – chce się przebić, już prawie, ale na koniec fiasko. i jeszcze myśl, że życie jest zbyt krótkie, żeby je trwonić na bzdury, a ja tu siedzę z zapakowanymi prezentami i nie mam siły.

czasem pytacie, jak się czuję, oferujecie pomoc, wysłuchanie. dziękuję, ale nie potrafię. jadę na zasadzie wyparcia, dopóki nie mówię, nie myślę i nie roztrząsam. jasne, to nie jest dobre wyjście, ale też nie najgorsze. każecie mi sobie ulżyć, wypowiedzieć na głos, poinformować kogo trzeba, ale nie jest to takie zero-jedynkowe, jak wam się wydaje.

pakowanie prezentów

przez moje niedopatrzenie na zdjęciu wrzuconym na fb w związku z dotowaniem i szerzeniem informacji związanych z rakiem piersi uchwyciłam oparcie szpitalnego łóżka, ktoś się dopatrzył, wypowiedział to na głos i poleciała lawina wiadomości z pytaniami o zdrowie. dzięki temu, paradoksalnie, przetrwałam hospitalizację bez szwanku na samopoczuciu, skupiłam się bowiem na prowadzeniu konwersacji okrężną drogą, omijaniu, wyprzedzaniu i delikatnym hamowaniu dla zachowania ostrożności. bawiłam się tym, żeby zbagatelizować sytuację i szło mi naprawdę całkiem nieźle. a teraz… teraz nastał czas zmierzenia się z rzeczywistością. w pracy mają mnie już za buca, bo nie odzywam się niemal wcale, nie uczestniczę we wspólnym kawowaniu i zwyczajowych podśmiechujkach dla relaksu głowy. nie przystaję na pięć minut, żeby pogadać jak to mam w zwyczaju, uciekam wzrokiem, żeby tylko nie stanąć w sytuacji, w której będę musiała nieudolnie kłamać. nie, nic mi nie jest, och, to tylko przekrwione oczy od pracy przy komputerze, taka byłam zaganiana, że zapomniałam o makijażu, stąd ten marny wygląd. nie wiem, co z tym dalej zrobić. chyba pójdę już do łóżka.

pakowanie prezentów pakowanie prezentów