[Kobiecy alfabet] “B” jak BÓL

[Kobiecy alfabet] “B” jak BÓL
 Poprosiłam dziewczyny o kilka zdań na temat BÓLU już dawno, zaraz po opublikowaniu notatki o AMBICJI, wiedziałam bowiem, że nie będzie łatwo je napisać. Na co dzień można narzekać, delektować się opowieściami o fizycznych dolegliwościach, wspominać trudne chwile, po których rany w sercu już dawno się zasklepiły, lecz kiedy przychodzi do obnażenia swoich słabości, tkliwości emocjonalnej i drążenia negatywnie naznaczających kwestii, sprawa robi się delikatna. Mogłam wybrać inne hasło zaczynające się na literę B. Mogłam… Bliskość, bezpieczeństwo przyjęłyby się, ponieważ człowiek nie lubi taplać się w kisielu z trudnych tematów, czytelnik gładko przebrnąłby przez podrzędnie złożone zdania, mógłby się wielokrotnie utożsamić z różnymi wypowiedziami (nawet, jeśli byłyby mocno odmienne), zaś autorka wypowiedzi nie musiałaby lawirować pomiędzy prawdziwymi odczuciami, a tym, co może, mogłaby, chciałaby lub jest w stanie napisać na zadany temat. Cała zawiesistość BÓLU tkwi właśnie w tym, że trzeba wyważyć, na ile można odkryć swój intymny pancerz, jaki problem poruszyć dla zachowania wewnętrznej równowagi, wiadomo przecież, że w życiu zmagamy się z rozmaitymi bolączkami. Przeczytajcie, jak rozprawiło się z tym 10 wspaniałych kobiet.Lucy Mayday Art
Oli, l. 32 / kulturoznawca przekwalifikowany na logistyka / początkujący podróżnik, fotograf amator i miłośniczka pole dance /
Bezsensownie zmarnowany urlop, przynajmniej kilka dni w roku, godziny spędzone w łóżku, nad toaletą, popękane z wysiłku naczynka. Zepsute imprezy, wesela, pokazy lotnicze, pogotowie, raz nawet szpital. Mroczki, chwilowe problemy z mówieniem, ze wzrokiem. Kolejne godziny w kolejce do lekarza, niewiele pomagające kuracje, setki złoty wydane na leki, od tych bez recepty po mocno specjalistyczne, z nieprzyjemnymi efektami ubocznymi. Łzy – czy z powodu cierpienia? Raczej bezsilności, bo przy piątym poranku z rzędu nie mam już na nic ochoty i wtedy wiem, że to może doprowadzić do szaleństwa.
Migrena – pierwsza myśl, kiedy przeczytałam, że kolejne hasło w cyklu to Ból.
Dodałabym jeszcze Brak nadziei, że to przejdzie, meczę się odkąd pamiętam i podejrzewam, że to się nigdy nie zmieni.

Magda, l. 36 / od 11 lat w Irlandii / na co dzień zabiegana mama i kontroler finansowy / miłośniczka dobrego jedzenia /
Myśląc o bólu przychodzi mi do głowy cytat z książki ‘Oskar i Pani Róża’ Schmitta. “Bo są dwa rodzaje bólu. Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe. Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera”.
Moja romantyczna natura zawsze była na pograniczu cierpienia duchowego. Nawet w pełni szczęścia potrafiłam znaleźć coś co sprawia ból i jak masochistka trzymać go w sobie. Był nierozłącznym elementem życia. Ale dorosłam, doświadczenie życiowe nauczyło mnie, że faktycznie sami wybieramy stan naszej duszy. Powoli poodcinałam się od złych emocji, wszystkiego co sprawiało mi ból. I choć nie da się całkowicie pozbyć starych nawyków i czasem chimery wracają na chwilę, to właśnie świadomość, że to ja mam wybór, odgania je bardzo szybko.
Izabelal. 38 / socjolog / zawodowo zajmuje się customer experience, digital transformation, rozwiązaniami SAP i Oracle / dobrym jedzeniem i winem celebruje spokój /
Ból – to dużo trudniejsze hasło niż ambicja. Bardziej osobiste i intymne. I przez kilka dni się zastanawiałam co napisać, tak by zachować te najintymniejsze rzeczy jednak dla siebie. I jak zwykle, życie dostarczyło. Bo najbardziej boli, gdy nie jesteś w stanie pomóc najbliższym osobom. To bezradność powoduje ten największy ból, na który nie pomoże ani apap, ani ketonal, ani nic co można kupić w aptece. Boli patrzenie jak ktoś cierpi, jak kogoś krzywdzą, jak wszystko jest nie takie jak powinno być. Boli, gdy komuś podcinane są skrzydła. I jedyne co można – to być obok, wspierać i kochać.

Aneta, l.40 / mama trzech najfajniejszych na świecie chłopaków / fotograf ze szczególnym uwielbieniem noworodków /

Do niedawna myślałam, że największy ból jakiego doświadczyłam w życiu to ten, który towarzyszył mi podczas porodów moich trzech Synów. Dzisiaj wiem, że ciało mam bardziej odporne niż umysł, bo to właśnie cierpienie duszy odcisnęło na mnie największe piętno i sprawiło, że czułam, że ten BÓL JEST MOIM KOŃCEM. BÓL ISTNIENIA, który “podarowała” mi depresja, jest najgorszym rodzajem bólu. Doprowadza człowieka nad przepaść i zmusza do skoku tak długo, aż umysł nie myśli o niczym poza śmiercią. Najpierw ogarnia umysł, a potem ciało i nie ma już nic poza pragnieniem nieistnienia… Jednak to, że jestem tu dzisiaj, że żyję i spełniam swoje marzenia, jest dowodem na to, że BÓL MOŻE BYĆ TEŻ POCZĄTKIEM. Wystarczy go tylko oswoić.

Magdalenal. 39  / filolog języka polskiego / rękodzielniczka / miłośniczka swojego wykształcenia i wykonywanego zawodu /

Ból. Nie chcę do tematu podchodzić zbyt trywialnie i opisywać, jaką to hardość ducha otrzymałam po dwóch bólach porodowych czy po kolejnym leczeniu kanałowym zęba. Nie pragnę jednakowoż roztaczać jakąś filozoficzną aurę i zasypywać „mundorościami życiowymi” o bólu istnienia… ale chyba właśnie o tymże chciałabym napisać, bo od dłuższego czasu mam coś w sobie takiego… Przeżywam od kilku miesięcy taki ból psychiczny związany z wszechobecną agresją, wrogością ludzi, królującą głupotą i zakłamaniem, jak i panująca bylejakością szczególnie w mediach czy modach panujących na kicz, stawianie jedynie na bycie – nie istnienie… Gdzie należy bywać a nie być…   Mnie to przeraża i chyba tak w związku z tym zaczęłam boleć nad faktem, że te „fajne” czasy pięknego słowa, błyskotliwych myśli przykryły prymitywne, pełne złości i ignorancji odzywki… Swój ból łagodzę słuchaniem Starszych Panów, Dudka, Osieckiej…, zaczytuję się ostatnio w Rusinku o Szymborskiej, czytam sobie najnowszą, ja i ostatnią już, niestety, Czubaszek, czytuję Młynarskiego… Słucham już jedynie strzępów “Trójki” i chłonę te chwile, by je ocalić od zapomnienia… Ten ból za światem utraconym sprawia mi… ból… i się mi smutno zrobiło…

Kobiecy alfabet, b jak ból, Lucy Mayday
Basia, l. 35 / nauczyciel / książkoholiczka, amatorka jazdy na rowerze / szczęśliwa żona i mama / 
Ból to dla mnie cierpienie, strata, niemoc i żal zarazem, spowodowany śmiercią najbliższych osób – rodziców. Dziś, gdy jestem dorosła, ten ból nie mija i jest obecny nie tylko w ważnych życiowych momentach jak ślub, urodzenie dziecka, ale każdego dnia. Oczywiście, umiem sobie z nim poradzić, ale wiem, że stał się on towarzyszem mojego życia już w dzieciństwie i naznaczył mnie w jakiś sposób. Ból spowodowany porodem kończy się pięknym uczuciem miłości do dziecka. Mój ból też kiedyś minie, jak i ja przeminę. 

Marysia, l. 36 / szkoleniowiec / specjalistka od social media w instytucji państwowej /
O ból można właściwie zapytać każdego. Trzylatek przypomni sobie od razu, jak w zeszłym tygodniu ukąsiła go osa, albo jak majstrując nożyczkami przy kolorowym papierze “prawie uciął” sobie palec. Ból jest pierwszym paragrafem konstytucji człowieka – tego trzylatek nie pamięta, ale bolało go już w momencie, kiedy przychodził na świat. To, oczywiście, pamięta jego matka.
Nie, żebym stawiała rodzenie dzieci na (tym hardkorowym) końcu skali człowieczego bólu. Szczodrze lany w żyłę dolargan jednak coś w percepcji zmienia; zawsze uważałam, że ufać należy jedynie lekarzom, którzy odrzucają zasadę “boli, bo musi”. Poza tym, nie obejdzie się tu bez banału: mimo wędrówki świadomości w “różne miejsca” za tymi opioidami, w głowie pozostaje w tym momencie jednak jedna, jasna myśl: to ma sens, to jest po coś.
Mogłabym, dla efektu skali, przywołać wspomnienia wcześniejszych wydarzeń, pojawiających się (zawsze niespodziewanie) w czasach szkolnych – związanych oczywiście ze słabościami naszej płci. Pamiętam przerażenie w oczach pani Ireny, która przychodziła u nas sprzątać, kiedy zastawała mnie w domu, na zmianę biegającą wokół malutkiego okrągłego dywanu (żółtego), wymiotującą i wijącą się na podłodze; zapewne mówiłam jeszcze wspak, bo sprawiała wrażenie, że chce dzwonić po egzorcystę. Ale to musiało być w sumie trywialne, bo od dawna ma dla mnie znaczenie tylko anegdotyczne.
Nie, o bólu wiem naprawdę niewiele.
Powiem o czymś innym. Okna mojego pokoju w pracy wychodzą na fasadę jednego z krakowskich kościołów klasztornych. Ładny widok – lepszy za oknem barok niż barak. Tuż obok jest furta klasztorna. Jestem w pracy zazwyczaj parę minut przed ósmą. To jest czas, kiedy kolejka ludzi do łaźni i po posiłek już jest uformowana i dobrze widoczna. Wtedy wiem, jakie mam szczęście, że w moim życiu właściwie nie ma bólu. Ze wszystkich, ten jest najgorszy – ból zapomnienia i samotności. On nie ma sensu, nie da się mu nadać znaczenia.
Iwonal. 36 / z wykształcenia artystka, z zamiłowania poetka, z zawodu policjant / rozwiedziona mama /
Ból. Skojarzenia przeszyły mnie na wskroś. Tysiące bodźców jak igiełki, wbiło się w mój mózg. Wróciły do mnie chwile z przeszłości. Nie pomyślałam o bolącym zębie czy stłuczonym kolanie, nieudanym zabiegu makijażu permanentnego, klocku lego na podłodze w pokoju dzieci, na który oczywiście musiałam nadepnąć, nie pomyślałam też ani o napadach migreny, ani o pierwszym porodzie… Za to stanął mi przed oczami dzień, w którym dostałam diagnozę mojego dziecka, która brzmiała jak wyrok: autyzm. Przypomniała mi się bliska osoba, która odeszła po długiej chorobie, przypomniały mi się wszystkie przykre momenty, które przeżyłam w związkach. Te wydarzenia już przygasły, poszarzały, ale pozostawiły po sobie trwały ślad – doświadczenie. Nie żałuję tego wszystkiego, nie liczę straconych lat, nie chciałabym cofnąć czasu, może tylko z jednym, żeby moja mama była jeszcze ze mną, a tak poza tym niczego nie jest mi żal. Nie pytam po co i dlaczego ja, bo BÓL JEST CHUJOWY, ALE UCZY. Dzięki temu, że przeżyłam wiele trudnych momentów, dzisiaj jestem tym kim jestem, cieszę się z tego co mam i doceniam najmniejsze przyjemności. Dzięki chorobie mojego dziecka, każdy jego sukces cieszy mnie ze zdwojoną siłą. Dzięki nieudanym związkom, nauczyłam się bronić przed ponownym zranieniem, a żegnając mamę, uświadomiłam sobie, jak cenne jest życie i że nie można go zmarnować na narzekaniu, tylko z radością dziecka celebrować każdy dzień, pomimo burz…
Magda,  l. 38  / z wykształcenia filolog angielski / z zawodu freelanser /
 Ból to sygnał, że coś ważnego się dzieje. Coś boli, bo coś w nas choruje. Ciało albo dusza. Nastąpiła zmiana, stary porządek zniknął. Czegoś zabrakło. Zdrowia, miłości, zaufania. W zależności od natężenia ból może być niewielki, acz irytujący. Wtedy można z nim żyć, a nawet do życia z nim się przyzwyczaić, zapomnieć o jego istnieniu, dopóki chore miejsce nie zostanie podrażnione  – dotykiem, komentarzem, wspomnieniem. Ból może też być obezwładniający, przeszywający, rozdzierający, zagarniający całe życie. Wtedy życia nie ma. Jest ból. Człowiek marzy o jednym. By bólu nie było. Nic wtedy nie jest istotne – ani złośliwy szef, ani brak pieniędzy, ani wkurzający sąsiad. Taki ból transformuje i odmienia porządek czyjegoś świata, ustawiając na nowo hierarchię wartości. Ból to sygnał, że coś ważnego się dzieje. Ważne jest to, jaką lekcję z niego wyniesiesz.
Honorata, l. 32 / avatar Matka, żona, blogerka, pomysłodawczyni i współorganizatorka ogólnopolskiej akcji charytatywnej Zwierzaki Pocieszaki / Redaktor naczelna portalu dla kobiet VitWoman.pl oraz radomskiego portalu rozrywkowego HelloRadom.pl. / Laureatka plebiscytu Diamenty Kobiecego Biznesu 2016 organizowanego przez magazyn ludzi sukcesu Law Business Quality / Pomysłodawczyni i organizatorka Radomskiego Plebiscytu Blogowego /Bolało niejednokrotnie. W dzieciństwie ząb czy stluczone kolano. Później serce, któremu wydawało się, że kocha na zabój. Bolało dotkliwie, nie zawsze był to fizyczny ból, ale wiedziałam czym on jest i jak smakuje. Kojarzył się z samotnością. Tak, zawsze kiedy pojawiał się ból nie było nikogo przy mnie. Teraz ból jest dla mnie synonimem odwagi, osiągnięciem niemożliwego, siła. To poród siłami natury pokazał mi, jak silny może być ból a zarazem jak wiele jestem w stanie znieść. Jak wiele chciałam znieść, by wiedzieć, jak to jest dać komuś życie. Dziś już się nie boję wyzwań. Bo właśnie tamten ból przypomina mi, że potrafię być silna i że nie warto zawracać. Wtedy nie mogłam, dziś już nie chce.
Lucy Mayday Art
A ja? Jestem oddzielona od własnego ciała, nie myślę o sobie. Ból fizyczny nie jest dla mnie czymś niezwykłym i choć go nie pożądam, umiem szybko dojść do równowagi po jego ustąpieniu, czyli codziennie rano wstając z łóżka. Wróć, niekoniecznie rano, po prostu przystępując do życiowych aktywności. Niespecjalnie mam wyjście, póki mogę, korzystam na tyle, na ile pozwalają mi owe fizyczne ograniczenia. Mentalnymi barykadami przejmowałam się, a jakże, teraz już jestem wystarczająco mocno ukształtowana, że potrafię oddzielić błahe od istotnego, trywialne ludzkie złośliwości i kłody rzucane pod nogi od własnej godności.
Rządzi mną nadal cykl hormonalny i odzywająca się momentami nadwrażliwość; powszechne chamstwo i głupota bolą niekiedy bardziej niż przykre słowa rzucane w twarz przez bliską osobę, ale hierarchizuję to tak, jak wypełzanie z sykiem z pościeli po każdym kilkugodzinnym spoczynku. Odseparowuję się.
Cierpienie, tortury, strach, wyobcowanie, utratę – te rodzaje bólu by mnie nie zabiły, mogłyby tylko znacznie zniszczyć część mojej empatii i zmienić postrzeganie świata. Wielokrotnie wizualizowałam sobie śmierć własną i osób, które kocham i mam wrażenie, że ten rodzaj bólu związanego z rozstaniem również potrafiłabym zracjonalizować. Z wyjątkiem śmierci dzieci! Za każdym razem, kiedy kładę się spać, dzień w dzień od wielu lat, nachodzi mnie wizja tragicznych wypadków z udziałem mojej córki lub syna. Nie jestem w stanie zliczyć zdarzeń, które moja podświadomość wyjmuje na wierzch jak tylko zamknę oczy. Nauczyłam się nie usypiać w przerażeniu, ale wiem, że moja psychika nie poniosłaby takiego ciężaru.