jesienność

jesienność

wszelkie spotkania pozostawiają we mnie trwały ślad, przygarniam je na kilka dni, po czym dokonuję trudnego wyboru, które chciałabym pozostawić ze mną, a którym dać wolną drogę. sztuka to o tyle trudna, bo nieprzewidywalna, wymaga takiej samej analizy własnych potrzeb, jak również odkrycia potencjału drugiego człowieka.

moja celność pozostawiała wielokrotnie wiele do życzenia, szczególnie gdy najbliżsi mówili: nie idź w to, za bardzo przeżyjesz porażkę, gdy nasze spostrzeżenia okażą się trafne, ale robiłam swoje. widziałam bowiem więcej, niż oni mogli i – przede wszystkim – chcieli. stęskniona innych standardów, pozwalałam się im rozwijać w nowych relacjach. 

lubię to. tę satysfakcję chwilowego spełnienia oczekiwań, entuzjazm z tym związany, ekscytację przywołaną niewiadomą przyszłością. nigdy w tym partnerstwie nie zastanawiałam się, jak jestem odbierana przez drugą stronę. wystarczyło mi założenie, że nam dobrze razem, skoro spędzamy wspólnie czas. 

bliskość to najwyższa forma kontaktu, zdobywa się ją poprzez poczucie bezpieczeństwa, zaufanie i wzajemną troskę. gdy już się osiągnie ten etap, przestaje się zwracać uwagę na drażniące detale, wciąż bowiem uczymy się tego, jak bardzo ludzie się od nas różnią, chociaż na pewnej płaszczyźnie, na tej, która nas do siebie przyciągnęła, zdają się być kalką nas samych. jeśli mam być szczera, właśnie ten manewr, zupełnie zdrowy i będący oznaką szacunku i akceptacji najczęściej prowadził mnie do zguby. wydawało mi się, że osiągnięcie pewnego statusu w związku przyjacielskim jest dane na zawsze, ponieważ zostało wypracowane wysiłkiem obu stron. niektórzy potrzebują jednak więcej różnorodności i płodozmianu, stawiają na płytsze relacje, krótsze i mniej odpowiedzialne, lecz bardziej intensywne. takie, które nie wymagają starania, bazują na atrakcyjności, którą daje nam nowo poznany człowiek. wobec takich osób nie czuję żalu, ani w stosunku do poczucia więzi, która ustała. nie można mieć żałoby po czymś, co funkcjonowało wyłącznie w równości, a gdy jedna szalka przeważała w którąś stronę, odległość fizyczna ciągnęła za sobą osłabienie wspólnoty. 

mówiono mi, że najgorszym związkiem jest ten, w którym ktoś chce być taki, jak partner, pragnie mu dorównać czując boleśnie swoje ograniczenia. już teraz wiem z doświadczenia, że to prawda. nie ma szans utrzymać zażyłości, gdy w tle zawsze przebrzmiewa cicha kakofonia kompleksów. aprobata dla człowieka będąca podstawą budowania relacji daje szerokie możliwości, ale nie może dzielić. zazdrość buduje się w sobie, przyjaciel nie daje ku niej powodów. 

spędziłam miniony weekend intensywnie w towarzystwie dwóch cudownych dziewczyn, choć z każdą z osobna. jedna jest moją opoką, druga nowością w moim życiu. co można powiedzieć o opoce? mnóstwo, ale wszystko i tak sprowadza się do wyjątkowości związku, jaki tworzymy. do życzliwości, pamięci i dbania o siebie wzajemnie w świecie, w którym (nie)popularność tych odruchów stanowi o tym, jak bardzo są unikatowe. gdy masz w życiu takiego gwaranta, nie przychodzą ci łatwo słowa opisujące jego niebanalność, ponieważ jest on integralną częścią twojego życia.

mam łatwość nawiązywania kontaktów, ale potrzebuję czasu i stopniowego budowania zaufania. mimo to często dopuszczam do głosu intuicję. gdy widzisz się  z kimś po raz pierwszy lub drugi i nie czujesz żadnego dystansu, a na dodatek presja stałego podtrzymywania rozmowy nie chodzi z tobą wszędzie pod rękę, to musi być sygnał to go for it. moim ulubionym powiedzeniem jest let it flow. wpuściłam tę nową znajomość do domu, ofiarowałam kilka godzin swojego snu i pozwoliłam działać na własną rękę. w zamian dostałam silną osobowość, wnikliwość świata i przenikliwość w połączeniu z kobiecą delikatnością oraz hojnością słów i gestów. oraz zapewnienie, że nie warto opłakiwać straty czegoś, co się skończyło, bo albo na to pozwoliliśmy, albo ktoś zadecydował w swoim imieniu. 

ślad, który pozostawiają takie spotkania, jest trwały. ostatni ma kształt mgły, barwę jesiennych liści, zapach ziołowej kąpieli i herbaty innej niż mi znane. składa się także z niewymuszonego milczenia, wytrawnego humoru doprawionego cierpkością życia, lekkości współbytowania i esencji słów. a sama ich autorka, tak dbająca o detale, uważna i dosadna, niemal kazała mi tęsknić za sobą. już tęsknię.