Jaume Cabré “Wyznaję”

Jaume Cabré “Wyznaję”

Złożoną naturę tej powieści zwiastuje już na początku słowo od tłumaczki, skąd czytelnik dowiaduje się, że przekład z katalońskiego został bacznie dopilnowany przez autora z zaznaczeniem, które treści mają zostać przetłumaczone, a ile ma pozostać pozornie niewyjaśnionych. Próżno tu też o przypisy i odniesienia. Dzięki tym zabiegom całość jest spójna pomimo wielu wątków, o których czytelnik długo nie uświadamia sobie, że mają wspólny mianownik.

Zaczyna się niewinnie, od opisu dzieciństwa spędzonego przez Adriana Ardevola i Boscha, głównego bohatera, w domu pełnym sprzeczności, antyków, milczenia, muzyki, materialnego dobra, samotności i artystycznego wyrazu. Dalej jednak nic nie jest takie, jak początkowo założyliście. Nic, poza losem Adriana, przypieczętowanym przez życiowe wybory i zaniechania jego ojca. Książka narracyjnie stanowi rodzaj autobiograficznej spowiedzi głównego bohatera, spod której nieoczekiwanie wyłaniają się zdarzenia z odległej przeszłości, żeby równie niespodziewanie zniknąć.

Adrian i jego historia to nośnik dla innego newralgicznego bohatera – skrzypiec. Skrzypiec okupionych ludzkimi tragediami i niewyobrażalnym cierpieniem wielu istot na przestrzeni stuleci. W powierzchni instrumentu odbijają się wszystkie emocje, które wzbudza w nas, karta po karcie Cabré. To one są spoiwem wszystkich wątków i prowadzą czytelnika przez istotę zła.

Bardzo znamiennym, powiedziałabym nawet, że równolegle przewodnim jest wspomniany przed chwilą element zła, zła absolutnego, które momentami chwyta za serce tak mocno, że nie można się z niego otrząsnąć i na powrót żyć w swoim własnym, realnym, powszednim świecie.  Opisy krzywd, choć pozbawione drastycznej dosłowności, osiągają dzięki mistrzowskiemu pióru autora ciasny, mocny i harmonijny z losami bohaterów splot. Narracja prowadzona jest w bardzo wyważonym tempie, napięcie budowane genialnie  – stopniowo, nieznacznie, bez afektowanego tąpnięcia. Cabré tak sprawnie i plastycznie posługuje się językiem, że nie potrzeba radykalizmu w przekazie, ani podkreślania makabryzmu sytuacji, żeby każdym porem ciała czuć to, co czuły ofiary przytoczonych w książce wydarzeń, ale też – o, dziwo! – ich oprawcy.

And finally Wyznaję to również książka o miłości – jej poszukiwaniu, pragnieniu, braku, utracie, zagubieniu, niedostrzeganiu, personifikowaniu i wypaczeniu; o przyjaźni – specyficznej, ale trwałej, do granic szczerej i niezniszczalnej; o bólu z powodu niedostatków; o niemocy i tajemnicach, bez których cała ta opowieść nie miałaby spoiwa.

Powieść ma też wymiar czysto poznawczy, historia miesza się z filozofią, różnorodnością kulturową, religią, lingwistyką, a w końcu podróżą przez Katalonię, Włochy i Niemcy.

Książkę należy czytać uważnie, żeby nie zagubić się w zdaniach, które, jak twierdzi moja koleżanka, nie mają początku i końca. To duże uproszczenie, ale rzeczywiście autor zastosował wybieg stylistyczny w postaci niewyodrębnienia niektórych myśli i rozmów, co powoduje, że Wyznaję trzeba poświęcić wszystkie zmysły. To doprawdy nie jest pozycja, po którą sięga się z doskoku podczas przerwy na lunch. Wspominam o tym wyjątkowym sposobie prowadzenia narracji, bo choć oczywiście nietuzinkowy, nie kupczy, ani nie zyskuje na wartości li tylko z uwagi na oryginalność. Dopełnieniem staje się kontent, mistrzowsko poprowadzone historie, realnie historyczne odniesienia, zdarzenia z pogranicza kilku wieków, a mimo to czytelnik nie czuje rozstrzału pomiędzy wątkiem współczesnym, a na przykład czternastowiecznym, które mieszają się ze sobą w tych samych akapitach.

W mojej opinii Jaume Cabré napisał powieść monumentalną. Tych niemal osiemset stron nie da się porównać z ośmiuset stronami innej książki. Uważam, że to dzieło wiekopomne, godne literackiego Nobla. Bardzo ciężko będzie mi się rozstać z bibliotecznym egzemplarzem, w którym ołówkiem zaznaczałam wszystko, co poruszyło mnie do głębi, czym chciałabym się podzielić oraz zapamiętać. Jeszcze trudniej będzie mi otrząsnąć się z wrażenia, jakie pozostawiło na mnie Wyznaję i przejść w miarę bezboleśnie do kolejnej lektury.  Trzy dni zajęło mi osiągnięcie jako takiej równowagi psychicznej i odnalezienie się w codzienności, co niech będzie dla was znamienne.

Lektura obowiązkowa!

(…) zawsze byłem cudownym dzieckiem w sprawach drugorzędnych.

***

Wkroczył na trudną ścieżkę mądrości. Nie znalazł na niej szczęścia, mimo uporczywych poszukiwań, ale osiągnął pogodę ducha, która doprowadziła go prostą drogą do równowagi i nauczyła się tego uśmiechu.

***

Dla prawdziwej wiary heretyk jest tysiąc razy bardziej niebezpieczny niż poganin. Heretyk żywi się nauczaniem Kościoła, które wyssał z mlekiem matki, a jednocześnie jego zatruta, podejrzanie cuchnąca natura wprowadza rozkład do nabożnej struktury świętych instytucji. (…) W 1941 roku, aby rozwiązać problem raz na zawsze, podjęta została decyzja, żeby się zdystansować od dziecinnych praktyk Świętej Inkwizycji i zaplanować eksterminację wszystkich Żydów bez wyjątku. To, co miało być potworne, niech będzie potworne bez żadnych ograniczeń. A to, co miało być okrutne, niech będzie takie w stopniu absolutnym (…) 

***

Piekło zawsze jest gotowe, żeby wcisnąć się do jakiegoś zakątka naszej duszy.

***

Wojna wyciąga na wierzch najbardziej bestialskie skłonności natury ludzkiej. Ale Zło istnieje niezależnie od wojny i nie potrzebuje żadnej entelechii – zależy od ludzi.

***

Kupcowi Azizzahehowi Alfelati zabroniono pod groźbą kary, choćby jednej łzy żalu, bo kto opłakuje kamieniowaną kobietę, popełnia grzech, który obraża Najwyższego. Nie wolno mu też było w żaden sposób okazywać żałoby, chwała niech będzie Miłosiernemu. Nie pozwolono mu też się z nią pożegnać, ponieważ jako przyzwoity człowiek musiał ją potępić za to, że dała się zgwałcić.

***

Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości.

***

Czasem myślę z lękiem o sile działania sztuki i studiowaniu sztuki. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie rzucają się sobie do gardła, skoro jest tyle rzeczy do zrobienia. Myślę, że poetycką naturą ukrywamy zło i dlatego nie ma dla nas ratunku. Problem w tym, że nikt nie ma czystych rąk. Albo prawie nikt, dokładniej mówiąc.