hello april, czyli wielkanoc w obrazach

zaskakujące, jak dużo pamiętam z dzieciństwa. niewiele wówczas rozumiałam, wypad do dziadków był jak przygoda tysiąca i jednej nocy i choć było gwarno, wesoło, rodzinnie, rodzice wracali często z mieszanymi uczuciami.

rozmawiam właśnie z koleżanką o sytuacjach rodzinnych, które zmieniają bieg tradycji, zmuszają do podejmowania decyzji pozornie nie leżących w kontekście świątecznym. na ile jesteśmy przywiązani do powtarzalności pewnych zachowań? dlaczego tak trudno wyznaczyć granice naszej strefy komfortu opierając się na wielopokoleniowym schemacie wychowania, kształtowania sposobu myślenia, kopiowania przez kalkę dziejów tych samych zaszłości i niedopowiedzeń?
nie da się zmusić ludzi do tego, aby na czas biesiady wyłączyli myślenie, pozbyli się zahamowań, rzucili sobie w objęcia komplementów i serdecznej konwersacji.

powiem więcej, nie powinno się tego od nikogo oczekiwać, wymagać zachowań, które jedni określą mianem zawieszenie broni, inni zaś wyłącznie jako dwulicowość i kiepską grę aktorską.
piszę właśnie magdzie na czacie, że to niezwykle efektywna i skuteczna machina psychologiczna, skoro dorosłe i niezależne kobiety nie potrafią myśleć o sobie, zawsze stawiając na pierwszym miejscu rodziców, teściów, dziadków z ich sentymentami. przecież rodzina to nie kompilacja musztry odwiedzin, konsumpcji świątecznych potraw w określonym czasie i miejscu. jeśli spotykający się ze sobą ludzie muszą udawać, usilnie trzymać fason, a później odchorowywać to tygodniami, coś nie zagrało i tradycja okazuje się być sztampą, którą kultywuje starszyzna z braku innych doświadczeń, ale też braku zrozumienia dla problemu, który rodzi się w relacjach międzyludzkich.

rozumiem, że zanim dojdzie się do podobnych wniosków, człowiek szarpie się i miota w sieci rodzinnych koligacji, poddaje potrzebom dzieci łaknących kontaktu z wujkami, ciociami i dziadkami. nie dzieci są tutaj jednak wyznacznikiem i nie dziadkowie. to ci, którzy odczuwają dyskomfort, niczym papierek lakmusowy odbarwiają się na twarzach tworząc z maski wymuszonej uprzejmości jej dziwaczną karykaturę.
warto sobie uzmysłowić, że nie zawsze wiek dyktuje hierarchię wartościi, a życiowa mądrość nie rodzi się wyłącznie z przysłowiowego doświadczenia, ale przede wszystkim z umiejętności słuchania, patrzenia i wyciągania wniosków.

gdybym nie przeżywała mocno wszystkich minionych okresów okołoświątecznych ten tekst, ani poprzedzająca go rozmowa na temat problemów wielkanocnych znajomej nigdy by nie miały miejsca. pewnie są wśród was tacy, którzy nigdy nie mieli potrzeby unikania familijnych spędów oraz tacy, którzy traktują je jak każde inne spotkanie przy stole. to przyjemne, nie mieć oczekiwań, cieszyć się z prostych rzeczy. dzisiaj ja również staram się przeforsować tok odczuwania na tory bezpretensjonalności, co – jak widać po zdjęciach – całkiem dobrze mi się udaje. w tle zawsze jednak pozostaje wielka potrzeba bliskości, zupełnie inna od tego, co mogą zaoferować mi niektórzy.

na szczęście mam coś jeszcze. małe, zwyczajne, ale dużo znaczące coś jeszcze. od około siedmiu, ośmiu lat każdorazowo w drugi dzień świąt spotykamy się z przyjaciółmi i znajomymi. bywają to czteroosobowe rozmowy o życiu, ale też kilkunastoosobowe imprezy do późnej nocy. w ścisłym gronie nie mamy wobec siebie oczekiwań poza tym, że nikt się nie wyłamie i reguła spotkań zostanie podtrzymana. w ścisłym gronie znamy się jak łyse konie, czytamy z mimiki twarzy i niedopowiedzeń jak w otwartej księdze. te mini bądź maxi przyjęcia są na tyle niezobowiązujące, ale również na tyle regularne, że nie rodzą pytań, nadmiernych nadziei, emocjonalnych huśtawek. są pewną stałą w naszym życiu i odnośnikiem dla naszych relacji, potrafią przyciągnąć fajnych ludzi, ale też odseparować tych, którzy nie łapią się do naszego poziomu abstrakcji.
bardzo cieszę się, że po tylu latach (znajomość z niektórymi ciągnie się jeszcze od początków liceum) nienachalnie i nieskrępowanie każdemu z nas jeszcze się chce, jeszcze się nie znudziło, wciąż ciągnie nas do siebie nawzajem.