get the picture

get the picture
zasiadamy do wspólnego posiłku, nieco podnieceni z uwagi na wyjątkowość sceny rodzajowej. już otwieram usta, żeby życzyć smacznego, kiedy z ust córki wypływa słodkie: bon appétit, cieniasy! 
no błagam, nie parsknęlibyście śmiechem wprost w swoje talerze?
mało to wychowawcze, ale nie bądźmy tacy sztywni. odrobina humoreski w domu, w którym każdy z każdym zamienia kilka zdań w pogoni za własnymi potrzebami przydaje się, żeby nie trzeba było połykać co wieczór kolorowych pastylek. i to również niekoniecznie mądre, jeśli chodzi o wychowanie, ale nie wszystkim życie oferuje czas, spokój, chęci i refleksję. jednemu siekierkę, drugiemu kijek. mnie przypadł w udziale mały bacik i choć wywijać nim mi nie wspak, nie dyskutuję z życiem, tylko biorę je sauté, a później naginam nieco do mojej wizji świata.
nie zaczęło się to naturalnie w trakcie planów na wspólne życie we dwoje, troje, a później we czworo (plus pies), choć wiem, że są i tacy, którzy z osiąganiem celów nie mają najmniejszych problemów. dla mnie kłopotliwe było funkcjonowanie na cudzych zasadach, co doprowadziło do przekonania, że trzeba stawać na rzęsach i radzić sobie w każdej sytuacji. bardziej docenisz efekty, powiadali. będziesz się cieszyła każdym najdrobniejszym osiągnięciem, pocieszali. wymówki. brak logiki lub/i brak podobnych doświadczeń.
gdyby ktoś w tej chwili poprosił mnie o radę, musiałabym napluć sobie w twarz, żeby powtarzać te brednie. człowiek nie jest ze spiżu, ani nawet z plastiku. natura po to wymyśliła rodzinę i więzi społeczne, żeby w procesie wchodzenia na nowy etap życia ludzie mieli oparcie, podporę w doświadczeniu tych, którzy już to przerobili.
niestety dla mnie, nie pytałam nikogo o radę, a nie proszeni bliscy nie przychodzili z litaniami na polepszenie jakości egzystencji. przez kilka lat błądziłam w zamieci rosnących odpowiedzialności i obowiązków, niewiele czasu gospodarując na to, co dla rodziny istotne. część spraw załatwiło za mnie przedszkole, inne uzależniam od charakteru dziecka. bo o ile z blanką można się porozumieć na poziomie dorosłego, o tyle milanowski jest odporny na dojrzewanie, jego temperament nie przewiduje naginania się do sztywnych ram rozwojowych. te dysproporcje w zachowaniu dzieci o tak niewielkiej przecież różnicy wieku uzmysłowiły mi, że schematycznie przyjęłam za pewnik statusy dzieci, które sama im w pewien sposób narzuciłam. cóż z tego, że córka jest wyższa niż jej rówieśnicy, używa złożonych konstrukcji zdaniowych i potrafi okazać, że rozumie, co się do niej mówi. ona nadal jest jeszcze pięcioletnią dziewczynką, która wcale nie musi grać roli starszej siostry, ponieważ powinna być po prostu dzieckiem bez metryczki ustosunkowanej wobec pozornej nieporadności młodszego brata. milanowski natomiast z tą swoją niewyraźną mową i buzią aniołka potrafi pokierować rozmową adekwatnie do wrażenia, jakie wywołuje wyglądem, czym osiąga nadmierne w stosunku do potrzeb profity.
jestem ich matką, znam ich od podszewki, a i tak daję się nabrać na te wszystkie przekłamania. co więcej, sama kreuję sobie ten obraz. trudno w obliczu szybkiego tempa życia szybko przekalkulować, kiedy kierować się sercem, a kiedy rozumem.
moja świadomość życia rodzinnego zaczęła się dopiero podczas dokonywania wyboru imienia dla syna. mała na wiele lat przed narodzinami była już blanką, ale z synem był kłopot. nigdy nie zastanawiałam się nad facetem w rodzinie, całe skupienie oparło się bowiem na walce o pierwsze dziecko, które przybrało oczekiwaną płeć żeńską. wbrew krzywym minom i czasami dość niewybrednym komentarzom młody stał się milanem. słowotwórczo w jakiś sposób stoi niedaleko miłości (tak sobie tłumaczyliśmy na potrzeby zdegustowanego otoczenia), a przecież to było wówczas najważniejsze. to także imię kundery – pisarza, noblisty, zatwardziałego w przekonaniach i mocnego w wyrazie człowieka. podświadomie czułam, że młody będzie potrzebował stygmatu silnej osobowości, ponieważ charakter będzie miał raczej spolegliwy. przez cztery lata nie wyprowadził mnie poważnie z tego przekonania, czyli instynkt matki zadziałał niezawodnie.
bliżsi, dalsi, osoby zupełnie nieznajome, które pytały o imię słodkiego bobasa najczęściej bywały rozczarowane odpowiedzią. zetknęłam się z tym już będąc w ciąży, dlatego piszę o świadomości i pełnym przekonaniu tego, co zrobiłam. na przekór większości nadałam dziecku imię, które nie jest wypadkową przypadku i zainteresowania klubem sportowym, lecz najzwyczajniej w świecie znajduje się w katalogu imion polskich (choć zapożyczonych, jak większość na przełomie wieków) i znajdziecie je w każdym kalendarzu. a że nie spotyka się go często? gustaw to również niezbyt popularne imię wbrew powszechnej opinii. mój syn nie jest moją własnością, ale nie jest również bezosobowym tworem ulepionym przez ogół. jego imię znaczy dla nas, rodziców, wiele, ma swoje konotacje i wartość sentymentalną, o której tutaj pisać nie będę.
i tak mój syn stał się przyczynkiem do przewartościowania życia swojej matki (z konsekwencjami na pozostałych członków rodziny) oraz jego podstawowych wartości. czy to nie jest istotniejsze, niż jakieś tam dąsy obcych ludzi i komentowanie za plecami? żyjemy w kosmopolitycznym świecie, dlatego uważam, że krzywdy dziecku nie zrobiłam, namaściłam go jednak czymś wyjątkowym, pewną historią i związanymi z nią emocjami. to się nazywa: miłość bez przypadku.
dzisiaj milan postrzegany jest jako przeciętniak – słodziak bez nachalnego temperamentu. tylko my wiemy, ile siły w nim drzemie i jak pozory mogą wpływać na rozwój człowieka. sami się w końcu na tym łapiemy.
***
ciasto filo z jabłkami
A’LA SZARLOTKA FILO Z SOSEM WANILIOWYM
ciasto:
4-7 płatów ciasta filo*
40-50 g masła
kilka łyżek cukru
4 jabłka
2 gruszki
kilka suszonych lub świeżych fig
1-3 łyżeczki kardamonu
sos waniliowy:
1/2 l mleka
4 łyżki cukru
2 łyżki cukru waniliowego
1 łyżka cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
3 żółtka
ciasto filo z jabłkami
Ciasto:
* Im mniej płatów ciasta filo, tym trudniej je będzie kroić i serwować. W opakowaniu jest ich najczęściej 7 szt i z takiej ilości wychodzi przyzwoite.
Na rozgrzaną patelnię wysypać kilka łyżek cukru (używam ksylitolu z laską wanilii) i na małym ogniu poczekać, aż się lekko rozpuści. Zanim zbrązowieje dodać 40-50 g masła oraz kardamon w ilości, jaką lubicie. Wrzucić pokrojone w ćwiartki/ósemki jabłka (ćwiartki, jeśli używamy samych jabłek, dodajemy ich wówczas 5-7 szt.), karmelizujemy.
W międzyczasie smarujemy płaty ciasta filo masą cukrowo-maślaną z patelni, ale dopiero, kiedy jabłka puszczą nieco soku.
Dorzucamy na patelnię pokrojone gruszki i figi, chwilę karmelizujemy.
Ułożone jeden na drugim, nasmarowane masłem płaty ciasta filo przekładamy do okrągłej formy wyściełanej papierem do pieczenia, na wierzch wykładamy owoce i nieco płynu z patelni (niezbyt wiele, żeby spód zbyt mocno nie rozmiękł). Wystającymi poza formę brzegami ciasta przykrywamy zawartość foremki, smarujemy wierzch obficie pozostałościami masła z cukrem i sokiem z owoców.
Pieczemy ok. 30 min. w temp. 180-190 st. C lub do zarumienienia wierzchu. Nie sugerujcie się zdjęciami, na których góra jest nieco zbyt mocno przypieczona dla efektu wizualnego – im dłużej pieczemy, tym bardziej wierzch wysycha tworząc niejadalną skorupę.
Sos:
Mleko zagrzać z 3 łyżkami cukru i 2 łyżkami cukru waniliowego.
Żółtka ubić z 1 łyżką cukru i 1 łyżką cukru pudru, a następnie wymieszać z 1 łyżką mąki ziemniaczanej.
Do masy jajecznej dodać nieco ciepłego mleka cały czas mieszając i tak zahartowaną całość przelać do reszty mleka. Podgrzać.
Nie trzeba obawiać się zagotowania – masa nie zetnie się dzięki mące ziemniaczanej, ale trzeba ją monitorować i mieszać, aby zapobiec przypaleniu.
Sos podawać schłodzony lub jeszcze ciepły.

ciasto filo z jabłkami

Bon appétit!
ciasto filo z jabłkami