feminizm, religia, nadużycia i halloween

feminizm, religia, nadużycia i halloween

wydawałoby się, że znam siebie, a jednak upamiętniam wpisem halloween, które mi dynda i powiewa. tak samo, jak w nosie mam, czy ktoś pięć razy w tygodniu odwiedza kościół, żeby się pomodlić. można w coś wierzyć, można szukać ciszy i samotności, a można się też dobrze bawić i jedno nie wyklucza drugiego. 

ze zdziwieniem słucham wypowiedzi ludzi o skrajnych poglądach na temat tego, że żyjemy w wolnym, demokratycznym kraju, czytam w internecie o wolności słowa. te same osoby walczą na przekonania nie dopuszczając do głosu nikogo, kto mógłby choć jedną sylabą zakłócić krąg jednomyślności.

poziom dyskusji w kraju zszedł do poziomu podłogi. często myślę, że musiałabym się na niej położyć, żeby zrozumieć i aby mnie zrozumiano. polak czuje się wartościowy, gdy dookoła ma popleczników, na których poparcie może liczyć. rzadko kiedy dochodzi do argumentowania własnego stanowiska, praktycznie nie istnieje już forma przytaczania doświadczeń i przemyśleń, ponieważ wciąż padają te same hasła i sztampowe sformułowania. wybaczcie mi, jeśli nie należycie do tego rodzaju grupy „dyskusyjnej”, choć wiem, że istniejecie. niestety, zajmujecie margines, któremu trudno się przebić przez bezkompromisowość wielu organizacji i grup nieformalnych. zapewne nie jesteście wojującymi obrońcami święta zmarłych, ani orędownikami wyższości komercyjnego halloween, bo przecież nie istnieje taka bitwa, nie ma o co kruszyć kopii. jak to jest, że człowiek czuje się kimś lepszym, jeśli znajdzie sobie pole do zażartej obrony i atakowania obcej idei? 

są też tacy, którzy zdanie zmieniają równie często, co skarpetki na pocących się stopach. fetorkowe porównanie, ale czyż nie pasuje do lawirantów bez kręgosłupa? anglista mojej córki zaprzeczył, jakoby w ubiegłym roku prowadził zajęcia z nutką halloweenowej zabawy, a nawet wypraszał sobie takie insynuacje. offtop – szkoła jest zarządzana w duchu katolickim, dzisiaj dzieci były wynagradzane za to, że przyjdą ubrane w stroje aniołków (widziałam nawet jedną młodocianą zakonnicę). żadne inne dziecko nie zareagowało w sprawie ubiegłorocznej lekcji angielskiego, nikt się nie chciał wychylić. za wychylanie się grozi kartkówka, a po niej gąszcz jedynek. i tak to jest, proszę państwa, z funkcjonowaniem w polskim społeczeństwie. nie wolno ci się wahać, pytać, mieć inne zdanie, bo zaraz ci dowalą, odrzucą, wyrzucą, zakrzyczą.

nie udzielam się na forach, gdzie istnieje znaczna przewaga jednej frakcji niezależnie od tego, czy z nią sympatyzuję, czy przeciwnie. dawniej miałam z tym problem, ponieważ wydawało mi się, że zamiast wprowadzić do rozmowy logikę i tolerancję – a przynajmniej spróbować to zrobić – unikam objęcia stanowiska w sprawie. miało to dawać przewagę tym aktywniejszym, dobitniej wyrażającym swoją ideologię i wiarę w słuszność własnych opinii, które jednakowoż łatwo było obalić. nie robię tego do dnia dzisiejszego, ale teraz już bez wyrzutów sumienia. mój głos byłby tylko jeszcze jednym w przekrzykiwance, w której większość nie słucha, a jedynie obstaje. jedyne, co mogę zrobić, to opowiedzieć o swoich przemyśleniach tam, gdzie nikt nie będzie chciał się ze mną boksować. okresowo ktoś zarzuca mi, że posiadam w otoczeniu grono wzajemnej adoracji i choć nie chce mi się tłumaczyć, mówię to samo, co napisałam powyżej. przyzwyczajeni do obrzucania się błotem nie widzą, że w kulturalnej dyskusji padają odmienne argumenty i często w bezpiecznym środowisku powiększa się wiedzę na dany temat w oparciu o zupełnie inne doświadczenia.

jestem feministką! widzicie już oczami wyobraźni laskę w wyciągniętym swetrze zimą i wystającymi spod pach włosami latem? przykro mi, ale nie znoszę zbędnego owłosienia, a nawet przyznaję, że obrzydzają mnie pewne zjawiska. jednak nigdy nie powiem nikomu obcemu: hej, to jest okropne, nie mogę na ciebie patrzeć, zrób coś z tym. i mimo, że nie interesuję się modą, lubię klasyczne połączenia, dobrej jakości tkaniny. czy to uprawnia mnie, żeby niepytana komentować czyjś wygląd, jeśli nie spełnia moich kryteriów estetycznych? z politowaniem patrzę na glonojady, czyli wypełnione usta, czarne pieczątki w miejscu brwi, dramatyczne rzęsy i zbyt dużą ilość rozświetlacza. bo mogę, bo takie się lęgną we mnie wrażenia estetyczne. nie wolno mi natomiast traktować z góry gorzej kogoś z kiepskim, moim zdaniem, gustem, bo nijak się mają do merytoryki wybuchające usta czy wijące się na nogach włosy i nie zamierzam tego publicznie wartościować. 

jestem feministką, a nie feministyczną fundamentalistką. nie czuję, żeby świat na siłę miał wszystkie wyrazy rodzaju męskiego przekształcać w formy żeńskie, choć językowo to żaden problem. chirurżka rodzi problemy w wymowie a drżący już nie? martwią mnie natomiast autorytarne stanowiska stanowczo się temu sprzeciwiające. w polityce odnajdujemy powrót do prl i w mentalności polaków również. widzę w tym próbę kontynuacji traktowania kobiety poddańczo i służalczo, podkreślania żeńskimi końcówkami zawodów niskiej rangi. wyraźnie rysuje się również strach przed rosnącą rolą kobiet w społeczeństwie. nie widzę powodu, żeby mówić o sobie policjant mimo, że policjantka nie jest usankcjonowana w Ustawie o Policji z dnia 6 kwietnia 1990 r., kiedy to spuścizna socjalizmu jeszcze była bardzo żyworodna w nowym ustroju. Równie żywy jest język, nie zapominajmy o tym. Nic nie da spór, czy warto, czy można, czy policjantka, spawaczka, bohaterka, które bez problemu przyjęły się do powszechnego nazewnictwa mają prawo wciąż funkcjonować. będą. podobnie nowe feminatywy.

przypominacie sobie, jak w końcówce lat osiemdziesiątych za sprzątaczkę nikt nie ganił, a za mówienie psycholożka dostawało się łatkę tępaka? społeczeństwo chciało wówczas uznania proletariackich korzeni, wynagradzając w ten sposób podłą pracę, choć w rzeczywistości naznaczając „słabą” płeć rolą, spoza której kobiety miały nie wychodzić. czyżby historia zatacza koło? damy się, my, kobiety, pomimo wykształcenia, wiedzy, wysiłku i ciężkiej pracy, wtłoczyć w ramy gatunku wciąż i nieustająco niższego rzędu?