elizabeth i ignaś, pulitzer i paszport polityki

elizabeth i ignaś, pulitzer i paszport polityki

zaczęłam czytać balladyny i romanse karpowicza z myślą, że nareszcie będę miała czym się z wami podzielić. wakacyjnie czytane książki w liczbie skromnej na tyle, że wstyd szastać liczbą, pozostawiały mózg w nienaruszonym stanie zapamiętania nie warte. a tu proszę, karpowicz ze swoim paszportem “polityki”, elastycznym językiem (po tym, co przeczytałam wyobrażam sobie, że w życiu prywatnym również całkiem nieźle nim włada) i rozpasaniem literackim na niemal sześćset stron.

tym, co wyróżnia karpowicza od innych młodych pisarzy (studenci nie wywracać oczu proszę, jestem w podobnym wieku do autora, to wszystko tłumaczy) jest rozbudowana konstrukcja postaci, nietuzinkowa i charakterystyczna dla dobrego obserwatora. autor, który skupia się wyłącznie na własnym ego nigdy nie osiągnie takiego poziomu. a karpowicz ma dryg do różnorodności osobowościowej, nie ogranicza się do powierzchownego uwydatnienia kontrowersji, jest spójny w budowaniu charakterystyk, jednocześnie nie pozwala sobie na nudę.

kiedy przeczytałam jego ości, mój osąd opadł się o jedno – książka jest przesycona seksualnością w formie homo bardziej niż hetero, co jednak pozostaje bez znaczenia, bo o samą cielesność mi chodzi. każdy wątek, mający swój początek na bazie dwóch bytów rodzinnych, sprowadzał się do miłości fizycznej, zdrady, pożądania stawianego ponad wszelkie inne wartości. jakkolwiek konstrukcja stylistyczna i bogactwo języka bardzo pozytywnie mnie w ościach zaskoczyły, o tyle monotonia tematyczna zmęczyła na tyle, że prze ponad rok nie wróciłam do karpowicza. do powrotu skłoniła mnie wielobarwność bohaterów kreowanych przez autora oraz tęsknota za dobrym językiem, metaforami łączącymi wiedzę z wyobraźnią,  apetycznymi tak, jak mogłoby smakować naszpikowane inteligentnie soczystą dyskusją danie, otulone sosem z zawoalowanego sarkazmu, dystansu i nienachalnego poczucia humoru. miałam również nadzieję na tematykę i treść bardziej złożoną, różnorodną i nieprzewidywalną niż w pierwszej książce.

ostatni punkt został spełniony, tutaj stawiałam na pewniaka. parafraza greckiej mitologii zestawiona z religią i doczesnością ziemską w balladynach i romansach, gdzie od początku podtykany jest czytelnikowi wspólny ich mianownik, hasło klucz, temat przewodni, a i tak nie jesteśmy przewidzieć dokładnie rozwoju wypadków, możemy jedynie domniemać, że znów na pierwszy plan wyjdzie seksualność przyćmiewająca ujęte w książce związki przyczynowo-skutkowe, odwieczne prawidła zbrodnia-kara, miłość-życie-cel.

koleżanki, z którymi rozmawiałam na temat ości nie zgodziły się ze mną, że przesycenie seksualnością zabija wartości, które książka niepodważalnie zawiera. rok przerwy i dystansu od karpowicza skłonił mnie, żebym zapomniała o wrażeniu, jakie wywarły na mnie ości i z czystą głową sięgnęłam po balladyny i romanse. niestety, ta maniera łączenia wszystkich wątków w ten sam sposób spłyca książkę i wtrąca samego autora do pewnej szufladki literackiej, którą niby jak otworzysz, zobaczysz coś zaskakującego, ale po dłuższej chwili i tak stwierdzisz, że to dobre na sto, dwieście stron, ale nie na pięćset czy sześćset, albo na raz, ale nie na więcej pozycji. zabrakło mi mocno osadzonego świata wewnętrznego postaci, który albo został pominięty, albo bohaterowie byli zwyczajnie zbyt powierzchowni, żeby mnie sobą zainteresować.

odmówić karpowiczowi nie można jednak świetnego warsztatu, smakowitości stylistycznej.

  • Rafał starał się oddzielać myślenie, za które mu płacono niewiele, lecz regularnie, od myślenia, za które nie otrzymywał żadnej gratyfikacji finansowej, a które sprowadzało się do określenia okoliczności, w których mógłby sięgnąć po szczęście. Prywatne i niepodległe metodologii, stosowanej, z różnym skutkiem, w gmachu Instytutu Filozofii.
  • Życie osobiste to te godziny, za które nikt nie płaci. Życie osobiste jest zdecydowanie za długie, żeby mogło się opłacać.
  • Warszawa sprzyjała unicestwianiu czasu dopiero po zmroku. Wcześniej wszyscy zapieprzali, żeby mieć co (i za co) przepieprzać. Kwestia przedrostka. Życie jako kwestia przedrostka, pomyślał.
  • Ręka anioła stróża próbowała dostać się do jej serca wejściem kuchennym, od strony ud. (…) A może poprzedni anioł stróż zrezygnował? Ciecie też rzucają robotę
  • Fascynowały ją zwłaszcza kobiety w wieku jej matki, które nic nie wiedziały o wyższości orgazmu łechtaczkowego nad pochwowym, ponieważ realny socjalizm stawiał przed nimi inne wyzwania, najczęściej – pustą lodówkę.

"Balladyny i romanse" Ignacy Karpowicz

"Balladyny i romanse" Ignacy Karpowicz

 

***

"Mam na imię Lucy" Elizabeth Strout

o elizabeth strout nie wiedziałam nic do czasu przeczytania z nią wywiadu w kwartalniku książki.  słyszałam o serialu na podstawie jej powieści olive kitteridge (za którą nomen omen dostała nagrodę pulitzera), ale nie łączyłam jednego z drugim, ekranizacje bowiem nigdy nie odzwierciedlają subiektywnego wrażenia, jakie się odnosi po przeczytaniu powieści.

wywiad mnie zaintrygował. poczułam, że strout nie kreuje fikcji, z którą nigdy nie miała do czynienia, nie leczy kompleksów wyimaginowanym światem, nie naprawia rzeczywistości tworząc bohaterów skrajnie przeciwstawnych, żeby uzasadnić dobro i zło, wyważyć je i zwerbalizować swoją auto(psycho)analizę. tak naprawdę wówczas poczułam jedynie jakąś nic porozumienia z autorką, dopatrzyłam się jej wrażliwości i autentyczności w słowie pisanym, a moje przypuszczenia znalazły uzasadnienie dopiero po przeczytaniu mam na imię lucy.

jest to książka prosta i zwięzła, ale bogata w treść oraz podskórnie przeżywane emocje. stanowi dojrzałą refleksję procesu wyswobodzenia się z ograniczeń biedy zagnieżdżonej w umyśle nieadekwatnie wrażliwej do sytuacji materialnej kobiety.

podczas rozmowy z matką, wciąż nie wyswobodzoną z mentalności ubóstwa i niewiedzy, lucy analizuje siebie wychodzącą z ograniczeń, odnajdującą  w sobie pierwiastek artysty, uświadamiającą go sobie i przyjmującą go nie bez skrępowania.

naprawdę piękna to książka.

  • Niekiedy zamykali mnie za karę. Pamięta solone krakersy z masłem orzechowym, których nie mogłam jeść, bo tak się bałam. Pamiętam, jak tłukłam w szybę i wrzeszczałam. Nie myślałam, że umrę, chyba o niczym nie myślałam, byłam tylko przerażona, gdy zdałam sobie sprawę, że nikt do mnie nie przyjdzie, że będę patrzeć, jak ciemnieje niebo, i czuć, jak do środka wkrada się chłód.
  • (…) bardzo wcześnie przekonałam się, że strach przed cierpieniem to zbędne cierpienie.
  • Byłam jak moja matka, nie chciałyśmy, żeby oceniano nas na podstawie tego, co czytamy, tyle że ona nie chciała tego czytać, a ja nie chciałam, żeby ktoś mnie z tym zobaczył.

"Mam na imię Lucy" Elizabeth Strout