dec

nie cierpię grudnia, nigdy nie lubiłam. ludzie jakby w przyspieszonym tempie żyją według listy spraw do załatwienia, niemożliwej do zrealizowania w normalnych warunkach.  w ułudzie mającej nastać magii świąt popychają się, niecierpliwią, obrażają i nieustannie złoszczą. wymagają bezwzględnego posłuszeństwa mimo swoich nieuzasadnionych wymagań. bo życie ma się toczyć pod dyktando, życie obcych ludzi pod ich dyktando.

mogą cię zjechać od góry do dołu za ton głosu nie taki, pomijając merytorykę wypowiedzi i udzieloną informację. mogą przestać z tobą rozmawiać, bo jesteś gorszą zmianą. mogą po prostu nie dać premii świątecznej, choć jak co roku to ty właśnie w te święta pracujesz. w zamian za to dostanie ją ten, kto zasiada jak zawsze w grudniu do wspólnego stołu z rodziną i dokładnie wie, co to prawdziwe boże narodzenie. podziękują ci w ten sposób za to, że po kilku latach stawania na rzęsach, żeby pogodzić pracę, dom, zagrypione dzieci i wypadające dyski w końcu znajdujesz lądujesz w szpitalu, który ratuje ci życie. to świetnie, że żyjesz, dzięki temu będzie można kogoś obdzielić twoją premią.

myślisz tak, a później przychodzi refleksja, że masz co jeść, nie czujesz strachu, nie śpisz na ulicy, nikt nie bombarduje ci domu, ludzkie bestialstwo oglądasz tylko w przekazie z drugiego końca świata. masz dostęp do opieki medycznej. nie marzniesz, nie patrzysz, jak giną twoi bliscy.

nie możesz zrobić nic, co wymiernie do twoje sytuacji naprawiłoby szkody wyrządzone niewinnym ofiarom wojny. przelejesz wdowi grosz, choć twój grudniowy budżet jest mocno uszczuplony przez listopadowe wczasy na nfz, ale to nie uspokaja cię wcale, to tylko kropla w morzu potrzeb. i zaczynasz się wstydzić, że wywaliłeś na fryzjera to, co mogłoby zapewnić podstawę przeżycia ludziom w potrzebie. jest ci tak bardzo wstyd, że z mocą tytanów przesuwasz myśli w innym kierunku. jeszcze tylko cztery prezenty do dokupienia, zakupy, sprzątanie i tort bezowy. upieczesz te zasrane pierniczki starając się dzieciom zapewnić atrakcję i nawet nie piśniesz, że innym dzieje się tragedia. twoje życie toczy się tu i teraz, chcesz je chronić, bronisz się przed wyrzutami sumienia. zostawisz w święta rodzinę i pójdziesz do pracy z pełną świadomością tego,  że ten, kto dzięki tobie ma wtedy wolne nigdy nie dojdzie do podobnych wniosków. i jeszcze bardziej ci żal – świata, że jest tak beznadziejnie skonstruowany, że ludzie nie szanują się nawzajem, że liczy się tylko tu, teraz, ja, mnie, moje.