deadline

gdyby mój termin przydatności do zużycia mijał dzisiaj wieczorem, żałowałabym wszystkiego i niczego.
nie jestem utopistką, choć często naiwnie wierzę w ludzi. świadomość, że życie jest tylko jedno nie przeszkadza mi w braniu na klatę jego zwyczajności i nie-do-atrakcyjności.
powiedziałbyś: pesymistka!
pesymizm to forma negowania, ja jestem po prostu jednostką akceptującą aktualny stan rzeczy. nie przyszło mi to łatwo, nic się nie dzieje na pstryknięcie palcami. niektórzy całe życie walczą o więcej, żeby na koniec pogodzić się ze zbliżającą się śmiercią, zmieniają światopogląd w oparciu o nieuniknione. to lepsze niż odejść w gniewie, ale czy też nie hipokryzja?
otoczenie wmawia nam, że powinniśmy wciąż więcej – umieć, przeżyć, zwiedzić, doświadczyć, a my i tak żyjemy w swoich wyremontowanych na zbyt tanią modłę grajdołkach schematem odbębniając dzień za dniem. ciułamy na tygodniowe wakacje na cyprze przez cały rok przekładając zbędne papierki i obsługując gburowatych klientów. odkładamy potrzebne na co dzień pieniądze, by mieć za co kupić mięso raz w tygodniu będąc na emeryturze. miesiącami nie wyściubiamy nosa z domu, żeby zaoszczędzić na studia i wesele dzieci, w teatrze byliśmy w podstawówce, a zwiedzanie polski to termin-widmo.
mylisz się! zaprotestujecie.
wy, którzy mieszkacie w domu zbudowanym za pieniądze przodków,
wy, którzy wychowani zostaliście wychowani w poczuciu, że najważniejsze jest spełnienie wewnętrznych pragnień.
wy, odcinający kupony od dorobku innych.
wy, nauczeni radości z drobnostek.
negatyw i pozytyw, można by je mnożyć.
a co z tymi, którym brakuje śmiałości do życia w tych mocno konsumpcyjnych czasach, naznaczonych wewnętrzną dobrocią, ale też okaleczonych brakiem siły przebicia? czy jesteśmy w stanie żyć w zgodzie ze sobą wespół ze światem, który nie ceni przedwojennych wartości?
czytamy w czasopismach o ludziach, którzy po latach pracy w korpo zaczynają nowe życie we własnym pensjonacie w bieszczadach lub służbowy laptop i komórkę zamieniają na owce, z których mleka produkują wyśmienite sery. te historie są na tyle jednostkowe, że warto je opisać w poczytnym magazynie i jednocześnie tak mocno stygmatyzujące, że mieszają w głowie zwyczajnemu człowiekowi. najpierw musisz odwalić wyniszczającą pańszczyznę na rzecz koncernu (w lepszym wypadku) lub samorządu (w gorszym), żeby u schyłku życia usiąść na zielonej trawce, przywdziać różowe okulary i z wrzodami na dwunastnicy, kilkudziesięcioma sesjami u psychoanalityka za sobą oraz nikłymi znajomościami, na które nie miałeś czasu, próbować uwierzyć, że masz jeszcze dużo czasu na celebrację zmian pór roku.
nie podoba wam się to, co napisałam, prawda?
tylko, że nie ma złotego środka, potrzeby mierzy się indywidualnie. mnie nie rajcuje spalanie się w globalnej maszynie handlowej, ale idylliczna pomoc drugiemu człowiekowi w atmosferze wojny podjazdowej też nie jest najlepszym wyborem, raczej sztuką przetrwania. tak się złożyło, nie zaplanowałam sobie komfortowego świata.
do życia na wyżynach życia trzeba mieć predyspozycje….