czyste majtki

czyste majtki
Mama Staśka zawsze latem zżymała się patrząc, jak syn się ubiera.
Gdzie leziesz na bosaka, nogi upaskudzisz, skarpetki ubrudzisz!
A bo ty, matka, to zawsze mi każesz w białych skarpetach popylać, jakbym to ja jakieś panisko był – raz za razem mruczał pod nosem Stachu.
Zapamiętaj sobie synu – nie po raz pierwszy i nie ostatni wypowiadała swoją kwestię stara Kapciakowa – że jak Ci się wypadek jakiś przytrafi (tfu, tfu, odpukać), to żebyś mi zawsze miał na sobie czyste majtki i śnieżnobiałe skarpety!

Kapciakowa, wychowana w jednoizbowym domu, w którym porządek i czystość były słowami abstrakcyjnymi, bo w polu trzeba było harować i obrządek w gospodarstwie wymagał poświęcenia, nauczyła się, że są pewne zasady, których przestrzegać trzeba zawsze i wszędzie. Nie wybierała sobie życia, nawet męża dostała z przydziału z tej samej wsi, ale przez lata nie rozpieszczającego ją życia utwierdziła się w przekonaniu, że skoro jak cię widzą, tak cię piszą, a nie zawsze możesz sprawić, żeby całokształt życia pokazywał wnętrze człowieka, postawiła na skarpetki jako substytut dobrych manier i ekwiwalent dbałości o detale.

Lucy Mayday Art

 Kapciakowa to prosta kobieta. Nie głupia i nie prostaczka, ale ograniczona do wąskiego świata codziennych obowiązków. Cóż, że gospodarka rozparcelowana pomiędzy dorosłe dzieci, a ona w teraz w czyściutkim bloku z syneczkiem została, nauka nie poszła w las i świadomość oceny człowieka przez pryzmat wyglądu mocno się w niej zakorzeniły. Kapciakowa była swoistym filozofem we własnym grajdołku, dociekała tego, jak myślą i co widzą ludzie z innych środowisk, z którymi nieczęsto przecież miała do czynienia, co najwyżej w szpitalu, kiedy męża po wylewie odwiedzała oraz później w urzędach i w sądzie, gdzie sprawy spadkowe uregulować była zmuszona. Już za młodu posiadła wiedzę, że wygląd nie jest tożsamy z osobowością i wartością człowieka, lecz zrozumiała dopiero po latach, że ludzie lubią wyrabiać sobie opinię ograniczając się do własnych problemów.

Lucy Mayday Art

Dlaczego tak trudno jest postawić się w sytuacji innej osoby, dostrzec odmienny punkt widzenia, a przede wszystkim, czemu ludzie zamykają się na doświadczenia innych?

Różnimy się jako jednostki, ale jesteśmy niesamowicie podobni jako istoty – nomen omen – rozumne, tylko nie chcemy tego zauważyć. Albo może nawet nie brakuje nam chęci, bo obraz jest obecnie najpowszechniejszym medium trafiającym do masowego odbiorcy, nie potrafimy jednak ze sobą rozmawiać. Argumentacja i żywa dyskusja umarły wraz z komunizmem, a my, Polacy, wdrożeni w konsumpcyjny mechanizm rynkowy, nie potrafimy tego odbudować. Najgorsze jest to, że utożsamiamy moralność (czy też jej brak) z odmiennymi poglądami. Kiedy ktoś nie wyznaje podobnych zasad, ma przeciwstawne zdanie w konkretnej kwestii, rozciągamy konflikt mentalny na całą osobę. Uznajemy oponenta za niemoralną jednostkę, skoro stoi po przeciwnej stronie barykady. Brakuje nam wiedzy, nie znamy powodów i toku myślenia, ale globalnie pojmujemy problem jako życiową postawę i z góry uprzedzamy się. Zamiast odnieść się do danej kwestii, skreślamy całą postać.

Nic dziwnego.

Trenerzy biznesu uczą nas, jak wygrywać spory, lawirować pomiędzy prawdą i bezprawiem, faktami i zafałszowaną rzeczywistością dla osiągnięcia konkretnego efektu, najczęściej finansowego. Umacniają tym samym nasz wizerunek w oczach tych, którzy nie posiedli wiedzy marketingowej, pomagają najkrótszą drogą sięgnąć po władzę i splendor. Zachłanni poklasku i uznania, przenoszą to do prywatnego życia i tworzą wokół siebie sztucznie nadmuchaną szklaną kulę, wydaje im się, że odnoszą bieżące, trwałe zwycięstwa. Zamykają się na szersze perspektywy i stająy więźniami nie do końca własnych poglądów. Brakuje im rzeczywistej informacji na temat tego, co myśli druga strona, pomijają warunki, które skłoniły oponenta do obrania takiego, a nie innego stanowiska. Oceniają według własnej ciasnoty umysłowej.
 
Utwierdzają nas w tym politycy, którzy w Polsce funkcjonują na zasadzie divide et empera od wieków nie poddanej ewolucji, czyli dziel i rządź. Prymitywnie, ale skutecznie odpierają ataki opozycji na zasadzie zwalczania, a nie dialogu. Nie można tego tłumaczyć uwarunkowaniami historycznymi, bo już dawno pozbyliśmy się kajdanów okupanta/zaborcy. Mamy dostęp do wiedzy, ale nie chcemy z niej skorzystać. Bo tak łatwiej, wygodniej oraz szybciej osiągnąć zamierzony skutek. Droga na skróty.
Lucy Mayday Art
Nie szanujemy się wzajemnie i tego uczymy najmłodsze pokolenie. Już wśród dzieci w klasie mojej córki zauważam mocny wpływ ograniczonych do czubka własnego nosa rodziców, a przecież to dopiero siedmiolatki, które powinny się bawić, a nie ścierać na polu minowym wyniesionych z domu kompleksów i niedomówień. Skoro tak jest teraz, jak to będzie wyglądało za lat kilka, kilkanaście? Jaki świat fundujemy własnemu potomstwu? Mija się z celem dbanie o wykształcenie dziecka, jeśli równolegle ogranicza mu się światopogląd, tolerancję i wspiera dyskryminację.

Tak łatwo jest określić człowieka po kilku zdaniach i białych skarpetkach…

***
Tekst powstał na kanwie ostatnich wydarzeń firmowych, w których coraz silniej uaktywnia się brak szacunku, jakiejkolwiek chęci zrozumienia i współpracy, bladego pojęcia o szerokim spektrum działalności zawodowej. Zero kultury. Zero wyobraźni. Zero poszanowania dla pracy tych, którzy walczą z systemem, przestarzałymi metodami działania, biorą na barki o wiele więcej, niż ten na najniższym szczeblu jest sobie w stanie wyobrazić.