Czy wystarczy czytać cokolwiek, czy też istotna jest treść?

Czy wystarczy czytać cokolwiek, czy też istotna jest treść?
W poprzednim poście pisałam o roli propagowania czytelnictwa w rozwoju dzieci i młodzieży. Dzisiaj, z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, chciałabym zahaczyć o coś bardziej dorosłego, przynajmniej z nazwy.
Na okres 2014 – 2020 rząd przewidział miliard złotych dla Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Instytut Książki bije na alarm, że stan czytelnictwa w Polsce jest zatrważająco niski. Z drugiej strony wielkie wydawnictwa odnotowują spory zyski ze sprzedaży książek. Skąd te rozbieżności?

Odpowiedź jest złożona, generalnie bowiem czytamy. Mało tego, czytamy coraz więcej. Nie czytamy dzieciom, a sobie bardzo mało zróżnicowane treści, ale faktem jest, że wydajemy na książki ciężko zarobione pieniądze (wciąż mówimy o ogólnej liczbie). Z badań sprzedażowych wynika, że Polacy hołdują konkretnym gatunkom literackim: thrillerom, kryminałom i tzw. lekkiej literaturze kobiecej, ich sprzedaż generuje największe zyski spośród całego wachlarza literatury, co jednak nie przekłada się na chęć zakupu innych rodzajów książek. Czytamy mało rozmaicie, ale pozwalamy nieźle zarobić wydawcom, których postawa niespecjalnie jest uczciwa wobec czytelników, ale też, a może przede wszystkim, wobec samych autorów. Rzadko kiedy dystrybuuje się literaturę piękną czy specjalistyczną z wpływów uzyskanych ze sprzedaży bestsellerów. Polski wydawca nie troszczy się o rynek wydawniczy długoterminowo, nie rozbudza potrzeby czytania, skupia się na doraźnych korzyściach i trzeba to wziąć pod uwagę rozważając (w dalszej części) tytułowy dylemat. Żyjemy w kraju, który jest świetnym polem do popisu kombajnów sprzedażowych. Przy okazji wprowadzania na rynek konkretnych tytułów, zarabia się na chińskich gadżetach i słodyczach, nie ma więc potrzeby zachęcania autorów do kreatywności, odpowiedniego ich wynagradzania oraz edukowania społeczeństwa o roli, jaką spełnia czytanie książek (żeby się nie powtarzać zapraszam do poprzedniej notatki). Wielkie konglomeraty nie muszą popularyzować szeroko pojętej literatury, tutaj wchodzi do akcji państwo stojące na straży działań prowadzących do wzrostu gospodarczego.

Demokratyczne narody twierdzą, że nie ważne, co się czyta, istotne, żeby to robić. Jest jeden haczyk – demokratyczne państwa prezentują wyższy poziom intelektualny i nie muszą martwić się o ten dylemat, ponieważ od dziesiątek lat korzystają z wielu narzędzi propagujących wszelkie aktywności służące poprawie jakości życia swoich obywateli.
Polska jest demokratyczna głównie z definicji. Wywalczyliśmy równość w niektórych rejonach, wielu jednak pozostajemy najzwyczajniej nieświadomi, nie mówiąc o jawnych nadużyciach. W przypadku książek propagowanych wśród dorosłych czytelników zapomina się, że książka musi wzbudzać wielorakie emocje, istotne jest zbudowanie struktury, która wpłynie na sposób postrzegania świata, otwartość na nowości, a nie tylko zaspokoi ciekawość, jak to jest w przypadku tematyki masowo pożądanej – zabójstw, wypadków, zdrad, miłości skrajnie romantycznej.
Nie chcę brzmieć snobistycznie, co mi to już zarzucono, a nic mnie tak nie denerwuje, jak dyskusja bez argumentów (oksymoron?), albo zakończenie rozmowy pozornym przyzwoleniem dla odmienności, które wszakże wynika z braku wiedzy, a nie przekonania o swojej racji.

Doskonale rozumiem, że wąskie czytanie może być początkiem drogi poznawczej, a czytelnictwo nie odnosi się wyłącznie do literatury pięknej. Może, ale nie musi. Stwierdzenie, że wystarczy czytanie samo w sobie (włączając w to czasopisma, prasę codzienną, artykuły, instrukcje, poradniki, przepiśniki i etykiety) prowadzi do ograniczeń, a one z kolei rodzą fobie, stawiają granicy, klasyfikują i dzielą zamiast łączyć. Martwi mnie też, że jałowość wciskanej ludziom masowo literatury przez empiki i inne amazony wpływa na ich sposób postrzegania realnego życia. Ludzie nie potrafią weryfikować informacji, nie posiadają ogólnej, ani tym bardziej szczegółowej wiedzy związanej z doczesnym życiem, dlatego chłoną każdą papkę, którą zapodają zachłanne na wskaźniki oglądalności media. Są łatwi w obsłudze, wygodnie się nimi steruje. Głaskanie po głowach i zapewnianie, że wystarczy czytanie (czegokolwiek) bardzo ogranicza dostęp do wiedzy i poniekąd daje przyzwolenie nietolerancji.

Polsce przydałaby się dziś powieść, która będzie nośna
i utrafi w jakąś głęboką potrzebę społeczną (…).
Myślę, że gdyby jedna taka książka zdołała przełamać mur
obojątności i trafić do wszystkich, którzy mają jakikolwiek 
nawyk czytania, miałoby to wielkie znaczenie.
/Stefan Ingvarsson, krytyk literacki, tłumacz literatury polskiej/
Jest też ciemna strona medalu.
Nie ulega wątpliwości, że łatwo przejść od skrajności w skrajność, od czytania jako takiego do bufonizmu czytelniczego.
W Polsce nadal panuje tendencja do dzielenia literatury na tę wysokich lotów oraz pozostałą. Brakuje docenienia autorów, którzy mimo tworzenia pod masowego czytelnika, chcieliby wydawać również książki odmienne gatunkowo. Z drugiej strony wielu krytyków i koneserów literatury usilnie pragnie utrzymać trend, który separuje wytrawnych czytelników od reszty, a przecież każdy przeszedł jakąś drogę, zanim pewne pozycje stały się dla niego niewystarczające. Zamiast wskazywać kierunek i zachęcać, wyznaczane są tendencje i trendy z góry zakładające, że pewne lektury zarezerwowane są dla wybranych. Nie mogę wyzbyć się wrażenia, że to pewien kompleks z czasów powojennych, zakotwiczony później w socjalizmie, kiedy wyodrębnienie grupy inteligenckiej za pomocą przypisania im konkretnego rodzaju literatury podkreślało ważność jej członków, ich odmienność. Już nie mamy ograniczeń w dostępie do wiedzy, wykształcenia, korzystania ze sfery kulturalnej, więc ten podział wydaje się być niesłusznie pompowany.

Kategoryzowanie jest równie niebezpieczne, co budowanie poczucia, że wystarczy czytać cokolwiek. Mocno ogranicza. Stawia człowieka na pozycji zdystansowanej do lepszego sortu społeczeństwa, wzbudza w nim strach przed poznaniem i zrozumieniem, zaniża jego wartość. Narodowe warcholstwo wychodzi, jak widać, nawet wśród elit kulturalnych, ograniczając możliwość rozwoju reszty ludzi.

Myślę, że przeżycia czytelnicze, które pozostawiły we mnie
jakiś ślad, to były książki, które poruszyły mnie
zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie.
/Richard Herold, dyrektor wydawniczy Natur&Kultur/

W czytelnictwie nie chodzi ani o to, żeby mielić nie różniące się treścią i stylem powieści, ani  o to, żeby zaliczyć w pierwszej kolejności wszystkie książki, które z jakiegoś powodu stały się kultowymi. Oswajanie się z literaturą to proces zaprzyjaźniania się ze słowami, konstrukcją i stylem łatwym w odbiorze, docenienie fabuły podanej w sposób zmuszający do refleksji, a następnie wywołanie potrzeby sięgnięcia po więcej, po doświadczenie nieznanego.

Żyjemy w coraz bardziej fragmentarycznej rzeczywistości:
wysyłamy sms-y, publikujemy informacje na Facebooku,
wciąż nas coś rozprasza, robimy mnóstwo rzeczy naraz.
Jest w tym wielkie niebezpieczeństwo, w ten sposób się zatracamy.
/Ingmar Fasthem, bibliotekarz, szef literacki sztokholmskiego Kulturhuset-Stadstaetern/

Nie jest sztuką zmuszenie dorosłego, ukształtowanego człowieka do sięgnięcia po różnorodne gatunki literackie, często skomplikowane w formie, stylu i fabule, a następnie hierarchizowanie i dzielenie ludzi na tych, którzy doceniają oraz rzekomo mało ambitnych. Każdemu według potrzeb i szybkości adaptacji przy czym należy pamiętać, że potrzeby można stymulować, natomiast okres rozbudzania chęci czytelniczych jest sprawą indywidualną.
W momencie, kiedy dorosły człowiek musi dzielić swój wolny czas pomiędzy aktywność rodzinną, relaks sport i wiele innych, wpisanych w codzienne życie czynności, bezczelnością jest wciskanie mu Doliny Issy i czekanie na potknięcie przy pierwszym (nie kończącym się) opisie przyrody.
Statystyczny, nie zaznajomiony z gatunkami literackimi Polak czyta to, co zna i co sprawia mu przyjemność. Zwykli ludzie nie zastanawiają się, czy czytają dobrą, czy złą literaturę. Czytają to, co ich ciekawi. To redaktorzy (…) chcą, mam takie wrażenie, uczynić literaturę trudniejszą niż jest*. Między innymi dlatego tak ważne jest, aby rozpowszechniać czytelnictwo różnogatunkowe, wrażać kulturę czytania w życie dzieci, połączyć ją z innymi aktywnościami zgodnie z fazami rozwojowymi, a nie zamykać w sztywne ramy oceny tych, których się uprzednio w żaden sposób nie nakłoniło do czytania. Łatwiej kopać leżącego i z pozycji stojącej ogłaszać swoją wyższość, trudniej zachęcić do czytania w przekonujący, nienachalny sposób  i sprawić, aby stanowiło atrakcyjną alternatywę dla innych życiowych przyjemności.
Nasuwa mi się banalna, ale jakże kontrowersyjna w praktyce konkluzja, że zdobywanie wiedzy o świecie nie powinno kojarzyć się ze szkolnym obowiązkiem, skostniałym systemem kształcenia, a już na pewno nie z elityzmem i grupowaniem ludzi na godnych i niegodnych tej wiedzy.

Znajdujemy się w momencie, w którym dawne, sprawdzone,
pewne metody promocji czy sprzedaży książek częściowo się
wyczerpały. Co więcej, nie jest już tak prestiżowe i ważne jak kiedyś,
by reprezentant klasy średniej miał wiedzę na temat historii literatury.
Czyta się, ale przede wszystkim to, co jest aktualne, co czyta sąsiad. 
Czytamy wciąż dużo, ale styl czy wartość artystyczna naszych lektur 
stały się drugorzędne.
/Daniel Sandström, wydawca, literaturoznawca, dziennikarz/

Miałam już kończyć tę przydługą odę do Polski (nie)czytającej, lecz warto chyba jeszcze wspomnieć o jednej spornej kwestii dotyczącej czytelnictwa – co skłania ludzi do przeczytania tej jednej, konkretnej książki?
Z podanych do publicznej wiadomości badań wynika, że powodem jest informacja zasłyszana od znajomych. Zastanawia mnie, jak to się przedstawia proporcjonalnie w poszczególnych krajach. Obawiam się, że znalazłyby się duże dysproporcje pomiędzy nacjami wysoko rozwiniętymi i pozostałymi.
Myślę, że nie w każdej dziedzinie marketing szeptany jest najlepszą formą reklamy, a w przypadku Polaków jest nawet dość nieskuteczny, ponieważ obejmuje wąskie grono osób zafiksowanych na punkcie literatury. Nie ma mody, ani tradycji, aby ludzie spotykali się towarzysko i powszechnie rozmawiali o kulturze, tematy niszowe zarezerwowane są dla niszowych (niewielkich liczebnie) środowisk. Co więcej, ludzie nie poświęcają sobie wiele czasu, skupieni na obowiązkach, przemęczeni coraz częściej rezygnują z życia pozarodzinnego. Niełatwo jest skierować rozmowę na tematy kulturalne (co innego polityczne) podczas okazjonalnych spotkań, kiedy to nadrabia się zaległości informacyjne. Nie wstydzimy się opowiadać o plotce na temat celebryty czy ostatnim odcinku M jak miłość, ale mamy kompleksy związane z domniemaną elitarnością kultury.
Smutne to.

/Wszelkie cytaty pochodzą z książki Szwecja czyta. Polska czyta pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej/.
*Ann-Marie Skarp, dyrektorka wydawnictwa Piratförlaget