comedy channel

comedy channel
Jakoś w czarnej dupie jestem, bo choć coś tam robię i nawet depresja mnie nie dopadła, to niedostatek energii oraz wzmożone moralizatorstwo w stylu wypowiedzi (z zamiarem ewentualnym) razi nawet mnie samą. Nie chce mi się gadać, niewiele mam do powiedzenia, wolę się zaszyć w zaciszu z książką lub dywanem (next in progress) i nie denerwować się łamane na otoczenia. Jednocześnie tęskno mi, Panie za tym moim grajdołem słowa i (rzadziej) posłowia.
Żeby zaistnieć i jednocześnie nie zafiksować się w zatęchłym monologu podrzucę Wam cztery tytuły filmowe z kciukiem w górę lub w nie w górę. W nie górę będzie trudniej, bo fejsbuk dodał jakieś nowe kolorowe, co to niby ma wyrażać emocje, a nie tylko hejt vs. lizusostwo, a ja bym chciała pozostać przy starym, dobrym ignorowaniu tego, czego nie lubię. Tak. Więc. Tylko. Wspomnę. Bo. Cza. Sobie. Pomagać. I. Szanować. Swój. Mój. Twój. Czas.

 

What we did on our holiday (2014) pomimo beznadziejnie niekorespondującego z angielskim humorem i charakterystyczną brytyjską reżyserią polskiego tytułu: Nasze zwariowane angielskie wakacje dostarczył mi nie lada rozrywki. Powiem szczerze, zupełnie mnie ta komedia, przewijana na podglądzie, nie zauroczyła (w przeciwieństwie do Praktykanta, o którym niżej). Oceniłam, że Wakacje nie dostarczą mi ani rozrywki, ani tym bardziej drugiego dna, ani też przyjemności z oglądania atrakcyjnych kadrów. Pomyliłam się po trzykroć.
Fakt, nie ma tu najdroższej i najbardziej skontrastowanej taśmy filmowej, scenografia i bohaterzy nie są idealnie plastikowo-satynowi, nie noszą odjechanych ciuchów, najmodniejszych fryzur i nie piją kawy na wynos, do czego przyzwyczaiły nas amerykańskie produkcje. Ta jest typowo brytyjska w ogólnym wyrazie, ale też bardzo nowoczesna jak na ten styl. Poza tym, że What we did nie zachęca swoją przyziemnością pierwszych scen, jest warte poświęcenia mu pełnej uwagi. Nie będziecie się męczyć, bo to komedia, ale z iskrą, mądrym słowem, powszechnymi problemami, normalnością w niezwykłym otoczeniu sytuacyjno-geograficznym.
Po pierwsze – Szkocja i Morze Północne. Uwielbiam.
Po drugie – pochwała prostoty i próba zchierarchizowania miksu: problemów i wartości.
Po trzecie – Amerykanie nazwaliby Wakacje komedią pomyłek, ale to ciepły, a przy tym zabawny obraz rodzinnych zawirowań, uchybień, tęsknot, porażek i wyciągania wniosków, przy czym siłę sprawczą tych ostatnich stanowi trójka dzieci, które potrafią słuchać. I słuchają wszystkich, ale w czyny mają możliwość wprowadzić tylko plan dziadka. Fantastyczne, cudowne, rewelacyjne są sceny, kiedy małolaty urządzają pogrzeb wikinga!
Na koniec mała próbka:
Lottie: Mama i tata dużo kłamią. Po prostu już im nie ufam. Przez to jestem zła.
Gordie: Też się tak kiedyś czułem, dopóki nie uświadomiłem sobie, że nie ma czasu gniewać się na ludzi za to, kim są. Co z tego, że twój tata to kompletny kretyn? Albo, że wujek Gavin to sztywniak? To wspinannie po drabinie społecznej, nie może się od tego powstrzymać tak samo, jak jego żona nie umie się pozbyć strachu przed własnym cieniem. A twoja mama potrafi być bezczelna. Prawda jest taka, że każdy człowiek na tej planecie jest śmieszny na swój sposób, więc nie powinniśmy osądzać i nie powinniśmy się kłócić, bo ostatecznie… ostatecznie nic z tego nie ma znaczenia. Nic a nic.
The Intern (2015), polski Praktykant i łączące dwa bieguny, ale odbiegające od sensu i przesłania filmu hasło z plakatu kinowego.
Bardzo. Bardzo bardzo. Taki słodki i kojący, w hollywoodzkim stylu. Określiłabym go najpełniej jednym słowem: przyjemny. Dla oka, ucha i głowy. Dopieszczone wnętrza, nienachalne, ale modne stroje, lekka fabuła i ta wszechobecna uprzejmość w scenariuszu. Jeśli jeszcze nie widzieliście, polecam przeznaczyć czas raczej na Praktykanta niż na Planetę singli
How to Be Silgle (2016), rodzimy przekład: Jak to robią single. Oglądałam  w babskim, dobrym towarzystwie, zaprawiona już nieco czerwonym półwytrawnym, a co się uśmiałam, to moje. Znalazłyśmy z laskami wiele odniesień do życia jednej z nas i to nam dało jeszcze więcej radochy, ale tak czy owak można. Lekki jest, nie wymaga wielkiego skupienia. Momentami zaskakuje, wcale nie jest AŻ tak przewidywalny.
Vacation (2015), ale bardziej wymowny jest nasz importowany tytuł W nowym zwierciadle: Wakacje.
F-A-T-A-L-N-Y
Wszystkich po kolei nominowałabym do Złotej Maliny.
Beznadziejna kopia Griswoldów, tragiczna próba uchwycenia krzywego zwierciadła w XXI wieku. Dialogi do dupy, akcja do dupy, postaci masakryczne, gagi sytuacyjne jakby spod pióra trzynastolatka. Leciał w tle, kiedy walczyłam z bezsennością, ale nawet nie spełnia funkcji usypiającej.

No!
To spać idę.
Branoc.