czasem mam ogromną ochotę komuś przypierdolić*.

nie obrabiam złośliwie innym tyłków, ale bywam świadomym świadkiem owej dyscypliny olimpijskiej i po kilku takich seansach chodzę nabuzowana jak koks, któremu zamknęli siłkę. moja przyjaciółka mówi, że to sport dla maluczkich, więc żadne egzorcyzmy tu się nie sprawdzą. zresztą szkoda wody, niekoniecznie święconej, dla permanentnych brudasów. ekologia ponad wszystko.

jako że moje lekko otulone w nadmiar tego i owego cztery litery amortyzują wszelkie szpile wtykane niby to przypadkiem, niby nieumyślnie, a niektóre centralnie na bezczela, o mdłości przyprawia mnie tylko sam fakt uwielbienia dla zjadliwego utyskiwania. ratlerki też mają prawo do życia, ale dlaczego w blokach? a niechby tam, mnie chronią kartonowe ściany i bogaty świat wewnętrzny, natomiast właściciel jazgota może co najwyżej nosić szalik na wypadek, gdyby w zaćmieniu umysłowym zachciało mu się uciszać szkodnika. nikt tak pięknie nie skacze do aorty, jak małe, brzydkie i krzykliwe. wyobraźcie sobie teraz watahę ratlerków (z całym szacunkiem dla prawdziwych piesków, których nazwa posłużyła mi jedynie do niezgrabnej metafory), kiszącą się we własnym sosie. hau hau, już nie daję rady, hau hau, niech ktoś tu wreszcie przyjdzie, bo mnie dziąsła swędzą, hau hau aletenkurdupelmakrótkiełapy awidzieliściejakmukrzywozpyskapatrzy cozadupskojakalocha ozłyhumorekchybaciotkazamerykiprzyleciała onchybawaliwrogiswojąstarą   hau hau

i takie tam wzrostową chamowacizny**. nie będę przytaczać szczegółów, bo mnie zdemaskują, tak jak znajomi po pamiętnych wakacjach i dostanę bana na banana. chyba nie myślicie, że da się zjeść poranną owsiankę bez banana, co? banan bez płatków jeszcze ujdzie, ale płatki bez banana to czyste świętokradztwo.

i on go tym sekatorem ciach i ciach.

i  gdy tak sobie te ratlerki ujadają jeden na drugiego, to blokuje im się półkula odpowiedzialna za abstrakcyjne myślenie. liczy się tu i teraz, a że za chwilę sam będę mięsem armatnim? no koń by się uśmiał. ale konie sobie przynajmniej stoją z gracją i ładnie wyglądają, albo w ogóle wyglądają nawet, jeśli nie stoją, a takiego ratlerka to ni widu, za to słychać aż nazbyt wyraźnie. zresztą zostawmy konie, bo to eleganckie zwierzęta są, a ujadanie i rzucanie się na nogawki umieśćmy w bardziej rynsztokowej przestrzeni.

i ty tak siedzisz, wyrwany z zupełnie innego matrixa, i paczasz na te wszystkie idealnie wykrojone uśmiechy, i paczasz na te kaprawe oczka, i słuchasz tych wszystkich przytczków w nos, pod żebra, w wątrobę i w nery, i zbierasz te wszystkie informacje w spójny obrazek, żeby później mieć pretekst do napisania tego posta. bór wie, co o tobie wygadują i ile laleczek voodoo z twoją podobizną już stworzyli, ale to, jaką laurkę wystawiają sobie nawzajem niczego nie przebije.

garniec złota, ośle uszy i kratę browara dla tego, kto z mojej bajki i przybije mi piąteczkę, bo póki co trafiają się w większości niewidomi, bezmózgowi, albo współodczuwający ze stroną przeciwną. kumpela mówi, żebym porzuciła nadzieję, bo w międzyczasie starło mi się szkliwo z zębów od nadmiernego zgrzytania, a jeszcze nie stać mnie na nowy garnitur w bielszym odcieniu bieli. plus nie jestem zwolenniczką stomatologicznego masochizmu w postaci niekontrolowanego szczękościsku. myślę sobie jednak, że oto dostałam znak od ósmego pasażera nostromo, bo za oknem słońce świeci i deszcz pada.

i mąż wrócił.

jak mąż, to i wsparcie przybyło, pójdę więc przygotować się na przyjęcie mojej pierwszej pokrewnej duszy w temacie samopodpierdalających się idiotów. a oni niech nadal wpieprzają bułki z mortadelą, która rozmiękcza im mózgi i otłuszcza serca.

to co, po pączusiu?

* roboczy tytuł brzmiał melodyjnie i prosto: przypierdolić, co w wolnym tłumaczeniu znaczy ni mniej ni więcej, tylko wyhaftować swoje wnętrze na cudzym łonie. mój mąż z góry założył, że na odległość wieje popeliną, ale nie, popelinom mówimy stanowcze: idźcie precz, bo już wiosna.

**słownik podkreśla, że nie istnieje coś takiego, jak chamowacizna, ale chyba nie był w radomiu. w bonusie chytra baba.