Cała Szwecja czyta dzieciom, a Polska nie ma ochoty.

Cała Szwecja czyta dzieciom, a Polska nie ma ochoty.
Każdy, kto mnie dobrze zna wie, że nieustannie coś robię, kreatywne rozrywki nie są mi obce. Pomiędzy szydełkiem, ołówkiem i farbami zawsze leży książka, a najczęściej dwie. I jednym i drugim zaraziła mnie mama, z dzieciństwa pamiętam ją albo z książką, albo z drutami w rękach, będącą zawsze gdzieś obok, bez narzucania innym swoich upodobań. Jej obraz na tyle mocno utrwalił mi się w głowie, że w okresie dojrzewania, kiedy rządziły mną hormony, nie próbowałam porządkować swojego świata w oparciu o zakrapiane imprezy i ćmienie szlug za winklem szkoły, zauważyłam bowiem, że lepiej dogaduję się z fikcyjnymi niż realnymi postaciami. W wykreowanym na potrzeby powieści świecie doświadczałam dużo więcej, niż mogłyby mi dać podblokowe spotkania z tymi samymi wciąż rówieśnikami. Nasz szczenięcy świat nie był skomplikowany, obijaliśmy się o te same kolejki po cukier i identyczne jeansy z Pewexu. Kto mógł, wyjeżdżał na wakacje do rodziny na wsi, nieliczni smakowali wycieczek do dedeeru, lecz  przywozili stamtąd walutę zamiast wrażeń. Żyliśmy w spokojnym, ale ubogim w doznania świecie, a ja potrzebowałam stymulacji. Zaliczałam kolejno: swojskie przygody Lindgren, akcję u Nienackiego i dojrzewanie u Siesickiej, ominęłam natomiast całkowicie etap przygód Szklarskiego, moje potrzeby poznawcze przeskoczyły od razu do zagadek kryminalnych Christie i rodzimej Chmielewskiej. Zawsze wolałam bliskie spotkania z wydarzeniami, które potencjalnie mogą mi się przydarzyć (no i jak to się ma do mojego zawodu?). Już wówczas wiedziałam, że z książek dowiem się więcej o ludziach, niż na podstawie tego, co oni sami będą mi w stanie o sobie opowiedzieć.
Byłam kujonem, choć nie z definicji.
Czytelnictwo na gruncie Polski odradzającej się było też pewnym rodzajem przekleństwa. Odstawałam od reszty, nie znajdowałam nici porozumienia wobec infantylnych zachowań, nudziła mnie jałowość codzienności. Kiedy czułam zawstydzenie lub zażenowanie, wycofywałam się do bezpiecznego narożnika albo próbowałam zamaskować dyskomfort arogancją i wyszczekaniem. Czytanie książek, z długofalowym skutkiem wzbogaciło mnie mocno, ale też uprzedziły do interakcji innymi ludźmi.

Kiedy sięgnęłam po książkę Szwecja czyta. Polska czyta. uświadomiłam sobie, że nie w pełni jestem winna tego wyobcowania. Sporą część odpowiedzialności śmiało mogę zrzucić na SPOSÓB, W JAKI ÓWCZEŚNIE TRAKTOWANO CZYTELNICTWO. Dzieci biegające samopas z kluczem na szyi w żaden sposób nie były zachęcane do lektury, organizowały sobie czas na miarę własnych możliwości. Biblioteki stawały się schronieniem dla odszczepieńców, księgarnie było pojęciem egzotycznym. W tamtych czasach w Szwecji ruch robotniczy nie walczył, tak jak w innych krajach, wyłącznie o podwyższenie wynagrodzeń, ale też o sferę edukacji kultury. W Polsce o to walczyć nie miał kto. Inteligencja wytrawiona podczas wojny, a następnie traktowana z buta przez socjalistów, dbała o byt sam w sobie. Nikt nie przekazywał wzorców czytelniczych, potrzeba było wówczas elektryków, frezerów, murarzy i stolarzy, a nie filozofów i naukowców. Trochę się to zmieniło w okresie transformacji i napływu zachodniego kapitału, ale początki były mimo wszystko walką o pierwsze duże pieniądze i wpływy.

Pamiętacie, kiedy nagłośniono akcję Cała Polska czyta dzieciom? Dopiero w 2001 roku. Ta KAMPANIA SPOŁECZNA miała nakłonić abnegatów czytelniczych (czyli większość Polaków) do codziennego czytania dzieciom przez ok. 20 minut w celu wspomagania ich wszechstronnego rozwoju, rozbudzania kreatywności, samodzielności, budowania kręgosłupa moralnego, zasobów intelektualnych i emocjonalnych. 2001 rok to były nieśmiałe początki, wtedy właśnie zorientowano się, że rozwój czytelnictwa i jego pozytywne skutki nie mogą być uzależnione od jego promocji w skostniałym systemie edukacji, bo to nie wystarczy.
W książce Szwecja czyta. Polska czyta. znajdziecie wiele przykładów na to, że po drugiej stronie Bałtyku szanuje się dzieci na równi z dorosłymi pod względem krzewienia kultury czytania, a nawet bardziej, widzi się w nich bowiem POTENCJAŁ. Szwedzi doskonale wiedzą, że książki najpierw pobudzają wyobraźnię, następnie poszerzają światopogląd, ułatwiają rozumienie odmienności, w konsekwencji czego mają zasadniczy wpływ na dalsze kształcenie i radzenie sobie w życiu, co skutkuje wysokim PKB i zaangażowaniem w życie społeczne. I jeszcze jedno, o czym głośno się nie mówi w naszym kraju, a co może być brzemienne w skutkach – szeroko zakrojone czytelnictwo wzmacnia system demokratyczny, ułatwia porozumienia na wielu płaszczyznach, zrozumienie problemów i chęć ich rozwiązywania ze skutkami długoterminowymi, a nie doraźnie.

Od 1948 roku po Szwecji jeździły AUTOBUSY BIBLIOTECZNE, które docierały do tych części miasta, w których wychowywało się dużo dzieci, niekoniecznie zadbanych i otoczonych opieką edukacyjno-rozrywkową. Chodziło o to, żeby przełamać opór, jaki żywiono do bibliotek i czytelnictwa w ogóle. A Polska… podnosiła się dopiero wówczas z ruiny.
Szwecja miała dobre podstawy, dużo wcześniej zaczęto wdrażać system zachęty i oswajania, ale też trzeba Szwedom zaliczyć to, że nie poprzestali na bardzo ogólnikowym zaznajomieniu społeczeństwa z literaturą. Zauważyli na przykład, że DZIECIAKI W WIEKU 10-13 LAT unikają czytania książek i ignorują biblioteki, ponieważ czują się już zbyt dorośli na literaturę dziecięcą, a jeszcze za niedoświadczeni, by sięgnąć po młodzieżówkę i literaturę piękną; do tego ich zachowanie jest dość specyficzne w tym okresie. Powstała w roku 1998 Międzynarodowa Scena Pisarzy Kulturhuset stworzyła dla przedziału 10-13 specjalne miejsce: Tio Tretton – BIBLIOTEKĘ POŁĄCZONĄ Z MIEJSCEM DO RELAKSU, miękkimi pufami, konstrukcjami do siedzenia przy wielkich oknach z widokiem na Szlokholm oraz… kuchnią. Byłą to odpowiedź na zapotrzebowanie tej grupy docelowej, skonstruowana na bazie przedstawionych zainteresowanym ankiet. Najciekawsze jest jednak to, że Szwedzi bardzo skrupulatnie i z rozmysłem podjęli się realizacji tego zadania, nie zatrudnili bowiem w Tio Tretton bibliotekarzy z wykształcenia, ale animatorów kultury (w Polsce do tej pory nie jest to powszechny zawód) i pedagogów. Wszystko po to, by skutecznie osiągnąć cel, zgodnie z percepcją i potrzebami młodego człowieka.
To fantastyczne, że ludzie mają chęci i widzą potrzebę bezbolesnego wprowadzania dzieciaków w świat książek zgodnie z ich rytmem. Nie każdy pokocha czytanie, nie każdy też odnajdzie w tym sens, ale bez wdrożenia odpowiednich mechanizmów zgodnie z percepcją danej grupy wiekowej nie wiadomo nawet, ile potencjału się marnuje. Wielką porażką jest opiniowanie z góry, że nie do wszystkich da się trafić. Jeśli nie do wszystkich, to do kogo? Do jakiej liczby? Kategorii? Należy iść za dobrym przykładem i dawać możliwości, a nie ograniczać ścieżki dostępu. Literatura otwiera bowiem drzwi do nieznanego – książki kucharskie mogą zaszczepić pragnienie realizowania się w gastronomii, poradniki pokazać wielooblicze człowieka lub po prostu wskazać wyjście z sytuacji, biografie idoli nakreślić proces docierania do celu. Piękne jest również to, że szwedzkie biblioteki nie są stworzone do ciszy, ale do rozmów o książkach, gier i zabaw, słuchania muzyki, mniej lub bardziej aktywnego odpoczynku.

Tio Tretton på Kulturhuset i Stockholm

via

Dużo się mówi w kraju o tym, że POLACY NIE CZYTAJĄ. Nie mieliśmy dobrych wzorców od dziesiątek lat jak nasi zamorscy sąsiedzi, wpadaliśmy raczej na książki przypadkiem lub na zasadzie przymuszenia do czytania lektur szkolnych. Tak było dawniej, a jakie mamy wytłumaczenie obecnie? Już nie ciemięży nas okupant, nie musimy w pocie czoła odbudowywać kraju, ani walczyć z utopijnym systemem. Jesteśmy otwarci na świat, możemy czerpać wiedzę z każdego zakątka globu, nie narzekamy również na brak towaru czytelniczego ani możliwości zdobycia szczególnych, niepopularnych pozycji. Mam żal do rządzących, że na przestrzeni dziesięcioleci utwierdzili Polaków w przekonaniu słuszności powiedzenia: dzieci i ryby głosu nie mają, a dorosłych obywateli przekonali, że czytanie książek to domena elit inteligenckich (mocno zdziesiątkowanych, praktycznie nie istniejących). Państwo rozdaje marchewki zamiast wędki z instrukcją obsługi, nie rozpowszechnia wiedzy o roli książek, nie ułatwia dotarcia do nich i polubienia słowa pisanego. To nie rola rodzica, ale państwa, aby każdemu, choćby najbardziej wycofanemu z życia dziecku otworzyć drzwi do świata, o którym myślał, że absolutnie nie jest dla niego.

***

Szwecja czyta. Polska czyta jest kompendium wiedzy na temat oblicza czytelniczo-wydawniczego w obu tytułowych krajach. Redaktorki przeprowadziły serie wywiadów z postaciami sceny kulturalnej, skorzystały z ich wiedzy, doświadczenia oraz poglądu na sytuację w sąsiednim kraju. Znajdziecie tu informacje o sposobie pracy i wynagrodzeniach autorów i tłumaczy, jakości i ilości spotkań/zrzeszeń okołoliterackich, specyfice wydawniczej. Nie jestem w stanie zagłębić się w każdy wątek książki tym bardziej, że jest ona świetnie napisana, wciąga mimo, że pozornie temat czytelnictwa nie wydaje się być szczególnie zajmujący. Szczerze polecam każdemu, kto ma wąskie pojęcie o korzyściach płynących z czytelnictwa, ale również tym, którzy uwielbiają słowo pisane, nie znają jednak jego przyziemnej, od kuchni strony.
A w sobotę, z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, zapraszam na drugi i ostatni post na temat czytelnictwa, w którym poruszę kwestię dorosłego (nie)czytania bądź czytania czegokolwiek.