“c” jak “cud”

“c” jak “cud”

robiąc wywiad na temat hasła, które najciekawiej charakteryzowałoby literę c,  drogą eliminacji i wielkich nadziei, padło na cud, czyli – idąc za słownikiem języka polskiego – niezwykłe, niecodzienne zjawisko lub coś bardzo pięknego, niesamowitego.  naturalnie, większość kobiecych skojarzeń związana była z cudem narodzin, dlatego… ilość wypowiedzi w tym odcinku została ograniczona. pięknie jest doświadczać intymności drugiego człowieka, ale nic jej tak szybko nie zabija, jak maglowanie tematu w dziesiątkach form, odmian, struktur i układów.

osobiście nie jestem w stanie altruistycznie wypowiedzieć się na temat cudu. jestem racjonalna i rzeczowa, definicja słownikowa zdaje się być zbyt powierzchowna, zarezerwowana dla przymiotnika cudowny. słowo cud przemawia do mnie raczej w kontekście religijnym, choć jednocześnie mocno abstrakcyjnym, enigmatycznym. każdy moment ma dla mnie swoje naukowe uzasadnienie, więc trudno jest mi w nim upatrywać nieracjonalności, którą nie zasobny w wiedzę człowiek tłumaczy siłami nadprzyrodzonymi i boską mocą sprawczą.  co innego określenie chwili, zdarzenia jako cudownych w okoliczności momentów – zwyczajnych, codziennych uroków życia, które albo nie powtarzają się często z uwagi na uwarunkowania geograficzne, pogodowe, itp., albo nie mamy sposobności ich zauważać czy też przeżywać częściej ze względu na obowiązki doczesności.

żeby nie ograniczać swojego sceptycznego podejścia do tematu, zapytałam męża, z czym jemu kojarzy się cud. nie spodziewałam się serca poruszeń, gdyż wszystkie rocznice narodzin i ważne dla niego daty mamy chwilowo w impasie, ale nie przewidywałam również takiej oto charakterystyki: wydaje mi się, że to słowo jest bardzo zużyte. ludzie nadmiernie korzystają z cudu w kwestiach przyziemnych, zwyczajnych. słowo cud zmieniło swoją funkcję, zostało obdarte z wyjątkowości. jakkolwiek kobiecy alfabet opiewa w ukierunkowane płciowo refleksje, dobrze jest mieć mniej emocjonalny, bardziej rzeczowy, dodatkowy punkt odniesienia. wydaje mi się, że mimo wszystko trafny. kobiety widzą to jednak zupełnie inaczej. przeczytajcie:

Kilka dni temu, w jeden z tych ostatnich pięknych wrześniowych poranków, podążałam do pracy z kubkiem gorącej czekolady w dłoni. Leniwie stukałam obcasami po chodniku, mijało mnie zaledwie kilka osób. Promienie słońca padały mi na twarz. Pierwszy raz od dawna poczułam się szczęśliwa. Wolna od wszystkich toksycznych osób i wydarzeń z mojego życia. Wolna od własnych ograniczających myśli i schematów, w które trzeba się wpasować. Odetchnęłam głęboko i pomyślałam, że tyle pięknych dni przede mną i że ciągle mam na nie apetyt. Czyż to nie cud, że codziennie jesteśmy silniejsi pomimo tego, że często upadamy, że jutro będziemy zupełnie inni, niż jesteśmy dzisiaj? I tak myślę sobie, że to człowiek jest największym cudem, każdy indywidualnie i każdy na swój sposób. I cudem jest nasza wolna wola, która pozwala dokonywać naprawdę pięknych rzeczy.

/Małgorzata, l. 34, kierowniczka działu handlowego dużej firmy/

Cud to dla mnie coś niezwykłego i niewytłumaczalnego, coś, co według logiki, nauki i zdrowego rozsądku nie powinno się zdarzyć, a jednak miało miejsce. Coś, co nie ma swojego źródła, początku, ani końca. Jako osoba wierząca, wierzę we wszelkie cudowne uzdrowienia, ocalenia, nawrócenia, otrzeźwienia itp. Sprawstwo w takich przypadkach przypisuję Sile Wyższej – jakkolwiek kto ją pojmuje. Wierzę, że wiara czyni cuda i wierzę w moc słów “Proście, a będzie Wam dane”. Ja prosiłam i otrzymałam. Czasami szłam jednak na łatwiznę za cud uznając to, co inni normalnie przypisują własnym zasługom – zaliczenie trudnych egzaminów, czy pozytywne załatwienie beznadziejnych, bądź skomplikowanych spraw. Wynikało to oczywiście z mojej słabej wiary w siebie i własne siły, a z cudem miało chyba niewiele wspólnego. Czasem być może pomógł łut szczęścia, ale czy szczęście i cud to jedno i to samo, czy byty bliźniacze, czy zupełnie osobne? A tak naprawdę, to największym cudem jest dla mnie samo życie i jego bohater – człowiek. Po prostu. Pewnie nie jestem tu oryginalna, ale chyba nie muszę. A skoro człowiek jest cudem, to i cuda potrafi czynić i cudów doznawać. Magiczne to słowo, ten cud. I dlatego nie da się rozsądnie o nim napisać.

wrzosy

/Joanna, l. 43, prawniczka, z doskoku pisze o życiu na blogu Żywotnik/

Pamiętam , jak miałam jakieś trzy albo cztery lata i mój tata zabrał mnie na mecz. Niestety brakowało mi wtedy cierpliwości, kręciłam się i marudziłam, pewnie zepsułam ojcu ten dzień, sama też miałam nie najlepszy humor. Dzisiaj zapewne zachowałabym się inaczej. Próbowałabym cieszyć się chwilą i odnaleźć pozytywy nawet w tym, że siedzę na niewygodnej ławeczce i patrzę na piłkę uciekającą przed stadem spoconych facetów. bo w moim życiu stał się cud. Mój cud żyje w chwilach, kiedy patrzę na zachód słońca, biedronkę wędrującą po balustradzie na balkonie, kiedy idę z dziećmi przez park, a one zadają mi różne dziwne pytania. Czuję jego obecność, gdy toczę rozmowy z przyjaciółmi, kiedy dostaję esemesa: „Hej. Jak się czujesz? :)”, kiedy słyszę „kocham”… Generalnie mój cud polega na tym, że staram się odnaleźć piękno i radość we wszystkim, co w życiu robię i dostaję, nawet w porażkach. Poza tym ćwiczę cierpliwość i szeroko otwieram umysł, na każdy nowy bodziec. Niestety nie jest to stan permanentny. Żeby nie było zbyt różowo muszę przyznać, że kolorowe okulary szlag trafia, kiedy jestem maksymalnie zestresowana, przemęczona, kiedy mam wątpliwości, czy podołam. I tak się ostatnio zaczęłam zastanawiać, gdzie jest ściana? W którym momencie człowiek przestaje dostrzegać piękno otaczającego go świata i zaczyna odczuwać jedynie mozolny trud utrzymywania się na powierzchni? Ile radości musimy doświadczyć, żeby poczuć nieznośną lekkość bytu i łzy szczęścia przeciskające się pod powiekami? Jak żyć, żeby codziennie doświadczać cudu?
W tym miejscu zakończę, bo z pisaniem tego posta trafiłam akurat na dzień, w którym daleko mi do euforii. Może to ta szaruga za oknem… choć tak cudowna jest jesień.

/Iwona, l. 36, funkcjonariusz publiczny/

Wzięliśmy ją przez Fundację ratującą psy. Wcześniej była w schronisku. Jeszcze wcześniej zapięta na łańcuchu do budy. Jest maltańczykiem. Prawdopodobnie ją bito. Gdy przyjechaliśmy po nią do hoteliku, miało się wrażenie, ze chce się wtopić w ścianę i nie być zauważoną. Stać się niewidzialną. Przez cały tydzień była zlękniona, leżała w swoim kojcu. Gdy się z nią chciało iść na spacer, stała. Gdzie się ją postawiło, tam zostawała. Zlękniona, z podkulonym ogonem. Zawsze zlękniona, na dłoń chcącą ją pogłaskać, kuląca się. I w piątek nastąpił cud. Z tego małego psiego serca wybuchł wręcz wulkan miłości skierowany do mej córki. Feta nie odstępowała jej na krok. Zaczęła merdać ogonem ( ojej! Ona ma ogon!) Nie spuszczała Jagody z oczu. Szła za nią jak cień. Gdy nagle Jej nie widziała, zaczynała panikować. Tak jest już kolejny dzień. Nie przewidziałam ,że w tak krótkim czasie tak zranione serce psie, tak pełne strachu przed człowiekiem, może zapomnieć o krzywdach. To taki cud miłości…Wierności. Taki cud uczuć… Szkoda, że nie człowieka do człowieka. Ale kiedy tak patrzyłam na nie obie: Jagodę i Fetę. Ja opiekuńczość mojej córki, na jej poranne wstawanie, by wyjść przed szkołą na spacer z psem, jej pamięć o lekarstwach, o wizycie u weterynarza, gdy widzę, tę troskę… i gdy widzę te wierne psie oczy…to mam łzy… Cuda się zdarzają….

hortensje

/Magdalena, l. 39, crafterka/

Cudem jest to, co wywołuje we mnie podziw i zdumienie. Cud to coś niewyobrażalnego, doświadczenie nie do opisania i z pewnością dla każdego może oznaczać coś innego.

Cudem są moje dzieci, takie właśnie – mądre, samodzielne, myślące, mające plany i zamieniające marzenia w rzeczywistość. I fakt, że za jednym zamachem mam ich dwoje.

Cudem są moi przyjaciele – cenię, że są i oby byli zawsze. Bez nich robiłabym głupoty straszne, a tak – przywracają do pionu, kiedy błądzę.

Cudem jest życie. Budzę się i dziękuję za tu i teraz, za możliwość dokonywania wyborów i umiejętność samodzielnego myślenia – mimo ograniczeń, mimo barier, mimo wszystko – czuję wdzięczność.

Umiejętność  ogarnięcia przestrzeni wokół siebie, z kredytem za mieszkanie, studiującymi bliźniętami, z miesięcznym dochodem netto w wysokości 3 tysięcy złotych – to dopiero jest C jak Cud.

 

hortensje

Joanna, czyli pikfe z bloga  perspektywy4, jak na kulturoznawcę przystało wyraziła swoją opinię przytaczając teksty literackie związane z tematyką cudu.

Jarmark cudów

Cud pospolity:
to, że dzieje się wiele cudów pospolitych.

Cud zwykły:
w ciszy nocnej szczekanie
niewidzialnych psów.

Cud jeden z wielu:
chmurka zwiewna i mała,
a potrafi zasłonić duży ciężki księżyc.

Kilka cudów w jednym:
olcha w wodzie odbita
i to, że odwrócona ze strony lewej na prawą,
i to, że rośnie tam koroną w dół
i wcale dna nie sięga,
choć woda jest płytka.

Cud na porządku dziennym:
wiatry dość słabe i umiarkowane,
w czasie burz porywiste.

Cud pierwszy lepszy:
krowy są krowami.

Drugi nie gorszy:
ten a nie inny sad
z tej a nie innej pestki.

Cud bez czarnego fraka i cylindra:
rozfruwające się białe gołębie.

Cud, no bo jak to nazwać:
słońce dziś wzeszło o trzeciej czternaście
a zajdzie o dwudziestej zero jeden.

Cud, który nie tak dziwi, jak powinien:
palców u dłoni wprawdzie mniej niż sześć,
za to więcej niż cztery.

Cud, tylko się rozejrzeć:
wszechobecny świat.

Cud dodatkowy, jak dodatkowe jest wszystko:
co nie do pomyślenia
jest do pomyślenia.

Wisława Szymborska,

z tomu “Ludzie na moście

[w]: Widok z ziarnikem piasku,

Wydawnictwo a5, Poznań 1996,

strona 136.

***

“Pustynna mrówka (z rodzaju Cataglyphis) (…) jest padlinożercą pożerającym owady, które zginęły wskutek dziennego upału na Saharze. Aby zgromadzić zwłoki jako pożywienie, mrówka rozpoczyna poszukiwania, kiedy temperatura na powierzchni spieczonego słońcem piasku przekracza 60 stopni Celsjusza, znacznie ponad termiczną granicę tolerancji praktycznie wszystkich zwierząt. Jak więc pustynna mrówka przezywa w takich warunkach? (…) jej podobne do szczudeł odnóża są nieproporcjonalnie długie. Ciało mrówki uniesione 4 milimetry ponad powierzchnią piasku ma temperaturę o sześć stopni Celsjusza niższą niż powierzchnia gruntu. (…) mrówka pustynna może biegać na swoich długich odnóżach z prędkością jednego metra na sekundę, zbliżoną do największej  zanotowanej wśród biegających stawonogów. Szybki sprint minimalizuje czas, w którym mrówka jest poza gniazdem i jest wystawiona na działanie słońca.”

Biologia Campbella, Rebis/ Pearson,

wydanie II polskie, Poznań 2016,

strona 867.

***

Pomimo intensywnych dociekań niewiele wiadomo ani o tym, co spowodowało Wielki Wybuch, ani też o tym, jak wyglądał sam jego początek. Było to bowiem wydarzenie na tyle ekstremalne, że obowiązywały wtedy inne prawa fizyki od tych, które znamy współcześnie. Gęstość materii była tak olbrzymia, że niemożliwe było istnienie nie tylko pierwiastków, ale nawet prostych cząstek elementarnych. Współczesne teorie uznają, że po mniej więcej 10-36  sekundy nastąpiła tzw. inflacja, czyli proces gwałtownej ekspansji Wszechświata, który trwał do 10-33/10-32 sekundy. W tym czasie objętość Wszechświata zwiększyła się 1078 razy, przy czym jednocześnie gwałtownie spadały temperatura i ciśnienie. W chwili gdy nasz świat miał około 10-23 sekundy, jego wielkość pozwoliła na powstanie cząstek elementarnych, zwanych hadronami (oraz ich antycząstek, czyli antyhadronów). W chwili 10-4 sekundy hadrony i antyhadrony uległy anihilacji i zamieniły się w promieniowanie. Temperatura sięgała 1012 (tysiąc miliardów) stopni Celsjusza. W tym momencie materia składała się głównie ze światła, czyli fotonów. Oprócz nich były tam leptony, czyli cząstki lekkie, m.in. elektrony oraz znacznie mniejsze od nich neutrina. Wszechświat ulegał dalszej ekspansji, a co za tym idzie, ochłodzeniu. Gdy był wystarczająco „chłodny”, czyli miał zaledwie 100 mld stopni Celsjusza, zaczął się wreszcie proces tworzenia jąder atomowych. Do tego momentu układ okresowy był zupełnie pusty.

Zgodnie z obecnymi modelami ewolucji Wszechświata następne kilka minut zdecydowało o dalszych losach wszystkiego, co nas otacza. Rozpoczął się bowiem proces powstawania małych jąder atomowych, który nazywamy pierwotną nukleosyntezą. Na początku mieliśmy tylko protony – najlżejsze jądra pierwiastka, znanego dziś jako wodór (H). Warunki panujące we Wszechświecie stały się na tyle korzystne energetycznie, że protony mogły łączyć się z neutronami, dzięki czemu powstawały jądra cięższego izotopu wodoru, znanego jako deuter (D). I właśnie jądra deuteru są głównym elementem wyjściowym procesu, który nazywamy pierwotną nukleosyntezą. Deuter może bowiem podlegać dalszym przemianom, co prowadzi do tworzenia się coraz większych jąder – helu (He), trytu (T), litu (Li) oraz berylu (Be). Tryt jest najcięższym nietrwałym izotopem wodoru. Dość szybko ulega dalszym reakcjom, powodując powstanie helu lub berylu. I w zasadzie na tym etapie to wszystko. Największe jądra, które powstają w procesie nukleosyntezy pierwotnej, są tylko siedem razy cięższe niż proton. W sumie cztery pierwiastki. Układ okresowy w tamtym czasie był, jak widać, bardzo skromny.
Obliczenia teoretyczne związane z procesami zachodzącymi podczas pierwotnej nukleosyntezy pozwoliły na ustalenie oczekiwanej względnej zawartości procentowej właśnie tych najprostszych pierwiastków. Wynikało z nich, że w efekcie tego procesu 75% mieszaniny stanowiły jądra wodoru, a niemal 25% – jądra helu-4. Deuter i hel-3 stanowiły około 0,01%, natomiast lit był obecny w ilościach śladowych. Co ważne – te obliczone dane bardzo dobrze zgadzają się z uzyskanymi z obserwacji kosmicznych. Jest to dość solidny dowód na to, że zaproponowano poprawny mechanizm powstawania niewielkich pierwiastków. Cały proces, podczas którego powstały wszystkie obecne dziś jądra helu, trwał niezwykle krótko – szacuje się, że było to niecałe pół godziny.

Mirosław Dworniczak,

Jak powstały pierwiastki.

Wiedza i życie, luty 2016,

strona 53 – 57.

***

I tak współczesna medycyna opóźnia odejście, próbuje zawrócić chorego z podróży w zaświaty. Przydaje mu długie okresy w „życiu‑nieżyciu”, kiedy umysł zamiera, a ciało toczy się od katastrofy do katastrofy. Myślę teraz o młodych ludziach, leczonych minionej zimy w naszym oddziale intensywnej terapii. To były najcięższe w Polsce południowej infekcje wirusem świńskiej grypy [A/H1N1]. Widzieliśmy, jak u tej samej osoby serce zaczyna bić rytmem, nad którym nie mamy kontroli, płuca przestają oddychać i cała krew musi być przepompowywana tygodniami — tam i z powrotem — do oksygenatora, stają nerki i konieczne są codzienne dializy, gorączka sięga 41 stopni, a z krwi wyrastają bakterie, krzepnięcie załamuje się i krew płynie z nosa, z ust, wylewa się na rozległych obszarach pod skórą. I kiedy po miesiącach pojawiały się pierwsze, nieśmiałe, oznaki zdrowienia, chorzy zaczynali reagować, a potem mówić, aż wreszcie stawali na własnych nogach, budziło się w nas, oprócz radości, przemożne zdumienie. Jeśli kiedyś widziałem duchy, to właśnie wtedy, duchy w ludzkim ciele.
Jak Odyseusz, odwiedziwszy zaświaty, wrócili do domu. I jak on, choć czuć będą brzemię przeszłości, ruszą znów, „by się z losem zmagać / szukać, znajdować, wędrować do końca”.

[Alfred Tennyson, Odyseusz. W: Poezje wybrane.

Tłum. Zygmunt Kubiak.

Warszawa, PIW, 1970, s. 37- 38].

Andrzej Szczeklik,

Podróż w zaświaty.

Zeszyty literackie 114,

20011, numer drugi,

strona 139 – 144.

 

hortensje

***

siedem cudów świata, cud-miód, dieta cud, cud dziewczyna, minibrowary cuda na kiju, bitwa cud nad wisłą, serial cudowne lata, filmy: cud w krakowietrzeci cudcuda z nieba, cud w lake placid, piosenki: cud kękę,  miracle queen i miracle julian perretta, perfumy miracle lancome, średniowieczny dramat religijny miracle, miejscowość cudnów.

***

poniżej znajdziecie odnośniki do poprzednich wątków kobiecego alfabetu

a jak ambicja

b jak ból

niestety, jeszcze nie udało mi się zaimportować komentarzy, ale zaglądajcie (w końcu dam radę), bo dyskusje pod postem są nie gorsze niż sama jego treść.

w przypadku chęci współtworzenia kobiecego alfabetu piszcie na adres: lucy@doczesne.pl,