Buda i Peszt

Buda i Peszt

Patrząc z zewnątrz pomyślelibyście zapewne, że nie mamy szczęścia do podróży. Gdy dzieci były małe i mogliśmy je targać po świecie za darmo, wieczne choroby i pobyty w szpitalu zniechęciły nas do jakichkolwiek dalszych wojaży. Jeździliśmy po kraju szukając wytchnienia. Czasem się ktoś dołączył, z czego wynikały większe problemy niż przyjemność, czasem zależało nam na towarzystwie, ale urlopy w innych terminach i na celu jednak ciekawsze od krajowych wycieczki. Mąż był szczęśliwy, bo boi się latać, ja, że logistyka i niespodziewane problemy nas nie przerosną. Myślałam, że to się zmieni, ale zaczęłam się rozsmakowywać w niezbyt odległych zagranicznych destynacjach. Wilk był syty i jego owieczki całe. Pozwoliło nam to na dwa wyjazdy wakacyjne rocznie i dodatkowo kilka weekendowych. I to naprawdę fajna opcja do czasu, kiedy dzieci nie osiągną takiej samodzielności, że staną się pomocne, a nie uciążliwe. Czyli jakoś tak teraz, a w zasadzie w zeszłym roku. I może spełnilibyśmy te obietnice dawane samym sobie, gdyby nas nie zauroczył węgierski chill. Czerwiec i lipiec w tym samym kraju, jednak miejsca wypoczynku odmienne. Dzisiaj opowiem wam o Budapeszcie.

Na zdjęciach widzicie dworzec, z którego nie korzystaliśmy, ale to dobra opcja dla niezmotoryzowanych i nieumiejących w samoloty. Przyjechaliśmy autem (kursuje tutaj też PolskiBus), ponieważ lubimy po swojemu. Uzależnianie się od terminów przejazdów jest mocno ograniczające, a tego podczas urlopu skutecznie unikamy.

Budapeszt będący stolicą Węgier skupia niemal dwa miliony mieszkańców i mimo swoich mocno jeszcze socjalistycznych zaszłości, dba o nich jak może, a także o turystów. Obok zabytków i infrastruktury sprzed kilkudziesięciu lat posiada niezłą linię ścieżek rowerowych (szerokie centrum), korki są umiarkowane, dojazd w różne miejsca nieskomplikowany. Do zwiedzania polecam jednak metro, autobusy i własne nogi. Jeśli jesteście w stanie zrobić jednorazowo 20-30 km pieszo, będziecie usatysfakcjonowani bez korzystania ze środków transportu. Zawsze można wypożyczyć rower miejski przy pięknej pogodzie. A ta jest łagodna, uboga w opady, ale z drugiej strony trzeba wiedzieć, że mimo, iż Budapeszt jest wietrzny, to temperatura powietrza i odczuwalna są wyższe o kilka stopni niż w innych miastach.

Właśnie ze względu na trzydziestostopniowy upał zdecydowaliśmy się postawić samochód na podziemnym parkingu centrum handlowego WestEnd. Nasz gospodarz polecił nam zostawienie samochodu na obrzeżach miasta i byłaby to świetna opcja do zwiedzania urokliwego Pesztu: przytulnych uliczek, lokalnych sklepów, szlaków zabytkowo – turystycznych i zoo, ale planowaliśmy wybrać się do Budy. Auto pozostało na chłodnym miejscu (koszt odrobinę niższy niż w miejskiej strefie parkowania i łatwiej o miejsce), a my zjechaliśmy bardzo stromymi schodami ruchomymi w podziemia, gdzie znajdują się trzy z czterech linii metra. Opłaca się w automacie wykupić bilet rodzinny, to budżetowa opcja (2 osoby dorosłe + 3 dzieci), z której skorzystacie również w autobusie lub trolejbusie w razie potrzeby. A taka zajdzie, jeśli kierujecie się do bogatego zespołu zamkowego. Dostaniecie się tam czerwoną linią metra, która poprowadzona została pod Dunajem.

Nie ma opisów przystanków w języku innym niż węgierski, język angielski jest praktycznie przez tubylców nieużywany, więc jeśli nie orientujecie się w przestrzeni i gubicie się w tłumie, polecam skorzystać ze strony internetowej ichniego wydziału komunikacji lub aplikacji mobilnej dla BKK Futar, która gładko prowadzi do celu. Tym bardziej, że kierowcy autobusów nie znoszą natarczywych turystów.

Aby dotrzeć na Wzgórza Zamkowe należy wsiąść do autobusu linii 16 lub 16A (różnica jednego przystanka) po przeciwnej stronie ulicy. Spacer pieszy prowadzi przez ruiny świeżo wyremontowaną aleją, z której można po drodze podziwiać pobliską gęstą zabudowę mieszkalną.

Buda, budynki mieszkalne tuż przy kompleksie zamkowym
Urząd Prezydencki

Pierwsze, co napotkacie po drodze to strzeżona siedziba mieszkalna i Urząd Prezydencki. Byliśmy świadkami przyjazdu oficjeli, a tym samym pokazu zabezpieczenia terenu przy użyciu wszelkich gadżetów typu skanery, rentgeny, wykrywacze metalu, itp. Niby mnie to nie dziwi, niby znam te procedury, a jednak inaczej ogląda się takie przedstawienie wśród tłumu gapiów.

Widoczny na zdjęciach Pałac Sándora dopiero od 2003 r. jest siedzibą Prezydenta kraju, wybudowany w 1803-1806 r. został niemal całkowicie zburzony podczas II WŚ i po niej odbudowany do wyglądu odpowiadającemu temu z 1806 r. Mylące jest natomiast wyposażenie wnętrz reprezentując styl dwudziestolecia międzywojennego. Nie ocenicie tego na żywo, wstęp jedynie dla dygnitarzy. Natomiast węgierska telewizja uraczy was chętnie tymi widokami.

Na zdjęciu powyżej widać część kompleksu zamkowego, poniżej bramę główną. Kliknijcie w link, żeby zobaczyć ten teren z lotu ptaka, robi wrażenie. Zespół pałacowy został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

pomnik mitycznego Turula na placu Szent György

Na zdjęciach powyżej i poniżej widać część zamku, w której mieści się Galeria Narodowa, Muzeum Historii Budapesztu oraz Biblioteka Narodowa. Polecam szczególnie Galerię Narodową – wstęp za ok. 20 zł, co jest śmieszną ceną w porównaniu z tym, co oferuje, tj. poza stałą ekspozycją wystawy czasowe (podczas naszego pobytu trwała wystawa poświęcona Fridzie Kahlo). Zwiedzanie Muzeum Historii jest droższe o kilka zł, Biblioteki o kilka tańsze. Świetnym pomysłem jest przyłączenie się do wycieczki z przewodnikiem, nikt nie rości pretensji, a przewodnicy opowiadają barwnie, wplatają w historię ciekawostki rozluźniające atmosferę. Dowiedziałam się na przykład, że przez jeden weekend cały kompleks był zamknięty na potrzeby kręcenia klipu do piosenki Katy Perry.

trasa prowadząca do ogrodów królewskich
widok na Peszt i Bazylikę Św. Stefana

W zasadzie z każdego miejsca kompleksu od strony Dunaju rozciąga się przepiękny widok na Peszt. Sto metrów poniżej Zamku mieszkają zwyczajni ludzie, można im niemalże zaglądać do mieszkań, doskonale widać Węgrów relaksujących się na tarasach.

Mimo niewielu turystów, chłodzącego wiatru i ciekawych widoków, kilkudziesięciominutowy spacer po Królewskich Wzgórzach w temperaturze 32 st. C bardzo wyczerpuje, co widać na zdjęciach. Jednak schłodzeni w pobliskich kawiarniach zdołaliśmy na piechotę pokonać drogę na drugą stronę rzeki, a nawet wejść na wierzę Kościoła Św. Stefana, zwiedzić ścisłe centrum i wrócić do auta. W sumie nieco ponad 30 km pieszo. Jestem dumna ze swoich dzieci, że pozwoliły nam na konkretne zwiedzanie i uczestniczyły w nim intensywnie.

widok na Parlament z Zamku Królewskiego
widok na Peszt, centrum
wieża Kościoła Macieja
gotycki Kościół św. Macieja (króla)

Kompleks pałacowy prezentuje różne style i jest odzwierciedleniem przemian historycznych Budapesztu od czasów średniowiecznych. Więcej widoków możecie zobaczyć w zapisanych relacjach na moim profilu instagramowym.

Baszta Rybacka
widok na Wzgórze Zamkowe od strony Dunaju
Buda – kamienice mieszkalne i ciąg komunikacyjny wzdłuż Dunaju

Słynny Most Széchenyiego znany również jako Most Łańcuchowy stanowi pierwsze stałe połączenie Budy i Pesztu. Jego nazwa pochodzi od nazwiska inicjatora jego budowy trwającej 10 lat począwszy od 1939 r., w międzyczasie został wysadzony przez cofające się wojsko niemieckie. Filary podtrzymujące most mierzą 48 m i sięgają dna Dunaju. Mimo swojego uroku i wartości historycznej most jest użytkowy. Węgrzy mają przekonanie, że budowle powinny służyć ludziom nie tylko do podziwiania, ale ułatwienia życia. Prawidłowo. Przeciwnie do książek, które swego czasu kupowało się, by ładnie wyglądały w meblościankach.

Most Széchenyiego
barki mieszkalno – gastronomiczne
nieliczni odpoczywający na nabrzeżu

Zadziwiające jest w centrum Budapesztu to, że lokale, mimo tętniącego życia, są nieprzepełnione (byliśmy w środku sezonu), mało jest miejsc znanych u nas jako kawiarnie i bistra z ogródkami (poczytuję to na plus, ale to wynika z natury Madziarów, którzy nie lubią hałasu w miejscach publicznych). Oczywiście, nie pozwala na to głównie architektura, chociaż przy głównej ulicy prowadzącej do Kościoła Św. Stefana (Peszt, czytaj więcej poniżej) lokale mają wydzielone miejsca na trotuarze. Wzdłuż Dunaju życie gastronomiczne toczy się na barkach. Po stronie Budy biegnie trasa rowerowa, ścieżka spacerowa i jezdnia.

Szent István Bazilika

Schodząc z Mostu Łańcuchowego główna droga prowadzi do Placu Św. Stefana z dumnie wznoszącą się Bazyliką. Jej budowa trwała ponad 50 lat. Warto ją zwiedzić chociażby dla widoku mozaiki na kopule, a także rzeźb i feerii barw, jaką rzadko spotyka się we wnętrzach “młodych” kościołów. Dodatkowo w Bazylice (która z punktu widzenia architektonicznego wcale nią nie jest) znajduje się relikwia w postaci zmumifikowanej dłoni patrona budowli. Od niedawna są tam również krypty świeckie. Bilet wstępu dla zwiedzających wynosi ok. 100 zł. Za ok. 6 zł zwiedzicie skarbiec, natomiast za mniej niż 10 zł można o własnych siłach wspiąć się na wieżę i stworzony wokół niej taras widokowy. (koniecznie wiążcie długie włosy). Radziłabym zostawić wędrówkę w górę na koniec, albo zorganizować się tak, aby w międzyczasie złapać oddech w kawiarni przy placu, bo to dość wyczerpujące maszerować po skromnych schodach mijając wciąż turystów. W dół wcale nie jest łatwiej. Mogę się nazwać hardkorem, bo uskuteczniłam tę wspinaczkę po 24 km dreptania w pełnym słońcu. Trzeba dodać, że Bazylika Św. Stefana to drugi najwyższy budynek w Budapeszcie (po Parlamencie) i trzeci na Węgrzech.

297 stopni w górę

No dobra, nie będę świnią i dodam, że na taras widokowy prowadzi również winda.

zdjęcia wnętrza Bazyliki w wieży prowadzącej na taras widokowy
w tle diabelski młyn, który nie spełnia swojej roli widokowej

Bazylika Św. Stefana mieści podczas uroczystych mszy nawet 8 tysięcy osób. Co więcej, odbywają się w niej koncerty organowe światowych sław, a w każdą niedzielę można posłuchać koncertu miejskiego chóru. W związku z tak dużym zapotrzebowaniem i utrudnieniami komunikacyjnymi w centrum miasta, pod Placem Św. Stefana został zbudowany w pełni zautomatyzowany parking, który mieści ok. 400 pojazdów. Po wjeździe samochód jest zdalnie prowadzony do wolnego miejsca postoju.

widok na plac św. Stefana z wieży Bazyliki
Peszt i jego urocze uliczki gdzieś pomiędzy gęstą zabudową

Po drugiej stronie placu, na lewo wychodząc z z Bazyliki Św. Stefana napotkacie słynną lodziarnię, która serwuje lody w kształcie kwiatów. Poszczególne porcje formowane są w płatki, łodygę stanowi wafel. Niestety, nie zdążyłam dopaść dzieciaków, żeby zrobić im zdjęcie. Smak mocno zwyczajny, o wiele lepsze lody dostaniecie w Egerze (przy okazji wirtualnej wędrówki podam namiary), porcje dużo droższe od zwyczajnych, a kolejki są zawsze. I każdy obkupuje towarzystwo, z którym przyszedł, więc możecie sobie odpuścić, jeśli nie zależy wam na fotach do pochwalenia się na socjalach. Polowania na lody turystów jednakowoż nie polecam.

Wiele więcej w kwestii zwiedzania na temat Budapesztu nie napiszę, ponieważ wszystko wymaga czasu, a my, umordowani skwarem, nie mieliśmy czasu na powtórkę. Jeśli kiedykolwiek będziecie planowali odwiedzenie stolicy Węgier, zaplanujcie urlop tak, żeby pomiędzy napawaniem się kulturą robić co najmniej jednodniowe przerwy. Najlepiej ten czas spożytkować mocząc ciało w basenach termalnych.

jedyne widoczne reklamy w centrum

PORADY PRAKTYCZNE

– Nie warto przemierzać Węgier wiejskimi drogami. Winiety na autostrady są tanie, do wyboru opcja dobowa, tygodniowa (w praktyce obowiązuje przez 10 dni – koszt ok. 50 zł dla auta osobowego), miesięczna i roczna. Do kupienia online lub na przydrożnych stacjach benzynowych i w specjalnych punktach przygranicznych. Stacji paliw nie ma wielu, więc nakłaniałabym do wykupienia przez internet. Należy zalogować się na podlinkowanej wyżej stronie i spokojnie z tłumaczem google dokonać zakupu. Logujesz się osobno dla każdego auta, na które zamierzasz wykupić winietę. Dowód zakupu trzymasz dwa lata.

– Drogi nie będące autostradami są bardzo dziurawe. Patroli Policji nie ma wieu, ale jeżdżą nieoznakowane radiowozy z rejestratorami, zamontowane są również radary, które skanują numer rejestracyjny, co w przypadku nie wykupionej winiety (podczas korzystania z autostrady) skutkuje liścikiem osobistym z wezwaniem do zapłaty. A Węgrzy jeżdżą tak, jak żyją – wolno, ostrożnie i bez nadmiernej ekscytacji. 130 na autostradzie i klin na lewym pasie. Chociaż trzeba im przyznać, że każdy tam się trzyma prawej i mimo wszystko zaraz zjeżdża na prawy. Wygląda to przy dużym natężeniu ruchu jak granie w węża, ale jest nieszkodliwe, bywa nawet przyjemną odskocznią od sytuacji na polskich drogach.

– Jeżeli wybieracie się autem zarejestrowanym na inną osobę lub firmę, należy mieć ze sobą notarialne poświadczenie właściciela, które uprawnia cię do poruszania się pojazdem. Jest ono imienne, więc nikt, kto nie posiada owego dokumentu, nie może kierować samochodem. Wzór pisemnej zgody do użytkowania pojazdu dostępny jest w internecie, najłatwiej skorzystać ze strony internetowej Ambasady RP w Budapeszcie. Musi być napisana w języku węgierskim, angielskim, niemieckim albo rosyjskim (dochodzi koszt tłumacza, jeśli nie potrafimy zrobić tego samodzielnie, wg stawek powszechnie obowiązujących za 1 stronę tłumaczenia) i podpisana w obecności notariusza, za co opłata wynosi ok. 25 zł.

– Ceny na Węgrzech są zbliżone do polskich. Stolica jest naturalnie nieco droższa od reszty kraju, ale jeśli nie będziecie się stołować przy głównej arterii Budapesztu, tylko zboczycie w którąś odnogę, nie odczujecie odpływu gotówki.

– Pracownicy gastronomii mówią po angielsku, chociaż dość kulawo. Sklepikarze i sprzedawcy w sklepach firmowych nie bałdzo.

– Przyjemność sprawia widok pięknego architektonicznie miasta (chociaż miejscami dziwacznego z socjalistycznymi pozostałościami), które nie jest upstrzone reklamami. Zdarzy się jakiś billboard na obrzeżach, ale ogólnie jest czysto, szyldy nie krzyczą, neonów minimalna ilość. Przyjemnie.

– Korzystanie z basenów termalnych jest uciążliwe dla tego, kto nosi ze sobą dokumenty, klucze, dużą gotówkę, ponieważ wszystkie wartościowe rzeczy zostawia się w zwykłej szafce, nie ma specjalnych sejfów. W hotelach różnie.

– Langosze są tłuste i okropne. To typowy węgierski fastfood. Szkoda zdrowia i pieniędzy.

– Jedzenie na Węgrzech jest mało urozmaicone, dość tłuste, więc warto zawczasu pomyśleć o posiłkach, których nie zamierza się jeść na mieście. Warzywa i owoce tylko w marketach, chleb dmuchany i z całą tablicą Mendelejewa, nawet na wsiach ludzie często kupują je jedynie w sieci sklepów SPAR, Tesco czy innym dyskoncie/hipermarkecie w pobliskim mieście.

– W Budapeszcie nie przytłoczą cię turyści. Są, ale nie w ilościach, jakie znajdziesz w Paryżu czy Barcelonie. Oczywiście, nie jest to luksusowa destynacja, ponieważ baza noclegowo – gastronomiczna dopiero zaczyna się przyglądać Zachodniej Europie, w mniejszych miejscowościach trudno o rozrywki inne niż picie wina i tańce inne niż disco hungaro. Jednak są wartości, dla których Budapeszt i w ogóle Madziarów warto odwiedzić. O tym niedługo w artykule o naszej bazie noclegowej w oddalonej od Budapesztu o 100 km wsi oraz w notce o Egerze.

Więcej szczegółów o podróżowaniu przez Węgry znajdziecie tutaj.