ekskjuzmi

ekskjuzmi, nie widzieli państwo mojej skorupki? jestem bezdomnym ślimakiem, który jesienią pełza przez krótkie dnie i wegetuje nocami (pracującymi, jednakowoż). gdybym tylko sobie przypomniała, gdzie się podziała moja muszla, schowałabym się w niej – głównie przed dniami wolnymi. bo jak się ma ich sztuk cztery, z czego dwa we wszystkich świętych i dzień zaduszny, pozostaje jedynie połowa.  i tu się zaczyna – jak zwykle – zabawa. pierwsza połowa połowy wita się na dzień dobry drastyczną wizytą u stomatologa (moją), brnie przez przedszkolny plac zabaw (godzin dwie z hakiem) i kończy na zapaleniu ucha dającym się młodej we znaki od północy w nieskończoność. drugą (w domyśle relaksującą) dobę przestaję rozróżniać, scala mi się noc z dniem. zegarek twierdzi, że jest po siedemnastej, ale to gnida, nie można mu ufać. przez niego zawsze przyjemności kurczą się, zupełnie, jakby celowo umniejszał ich wagę.
tym razem nie mam mowy o odstresowywaczu w kuchni (choć w lodówce chłodzi się kruche, które upiekę zapewne na świętego dygdy), ani o błogim lenistwie przy szydełku (włóczka mi się kończy, fuck).
czaszkę rozsadza mi ból – wstrząśnięty, ale nie zmieszany, stąd każda czynność trwa pięć razy dłużej. błądzę trochę po pintereście planując bożonarodzeniowe prezenty i dekoracje, ale już halloween, bądź co bądź na czasie, olewam po całości: dynia sprzed miesiąca nadal dostaje depresji zamknięta w piwnicy, a dzieciarnia kręci nosem na mało awangardowe podejście do tematu.
pojawiam się i znikam więc, bo – jak to ktoś mądry rzekł – milczenie jest złotem.