zmienne

Miałam cztery, może pięć lat. Zmywał naczynia po posiłku podśpiewując ułańskie piosenki. Kiedy skończył, rozłożył przed sobą stare baśnie i zaczął czytać. Niewiele rozumiałam, było to połączenie klehd i ukraińskich powiastek dla dzieci. Zauważył to, wyjął więc Trybunę Ludu i artykułował po kolei nagłówki do czasu, aż dałam znak zainteresowania.
***
Nie potrafię dokładnie określić czasu, kiedy to się zmieniło. Jeszcze rok temu mogłam mówić, jak do ściany, moje słowa wywoływały albo znieczulicę na literaturę, albo agresję w skrajnych przypadkach. Oj psestań jus cytać. * Zabiolę ci tę ksiązkę. * Nie pseskadzaj

Nie umiałam się przebić przez bierny opór.

***

Zapach tytoniu na dłoniach, słonecznik łuskany na kupki, nowe litery, nowe książki i partyzanckie nuty w tle. Najprzyjemniejsze wspomnienie dziadka.
***
Czy one w ogóle nie są do mnie podobne? zastanawiałam się przy każdej okazji do wdrożenia lektury. Słowo rozwija wyobraźnię, grafika zmysły, a ich połączenie uczy spostrzegawczości i wiązania faktów, martwiłam się więc nieco.
***
Wczoraj.
Pobudka po zbyt małej ilości i jakości snu, dwanaście godzin intensywnej pracy umysłowej w hałasie, niedoczasie i okresowych pretensjach, droga do domu rozszczepiona między błysk żarzących się latarni w kroplach deszczu.
Otwieram drzwi, podaję sekretne hasło i omal nie zostaję przewrócona przez młodego, który wiesza się u mojej talii. Jeszcze tylko zmycie zapomnianych, niedzielnie różowych małych paznokietków, szorowanie zębów i do łóżek.
Nieeee, ja nie chcę o baletnicach! Ja chcę o samochodach. I o samolotaaaach. Przeczytaj mi dużoooo. Gdzie jest moja książka? Nie ma mojej książki. Łaaaaaa….
Kakofonia dźwięków wydobywających się spomiędzy strun głosowych syna huczy niczym odrzutowiec lecący tuż nad moją głową. Nie ma taty, a ja dopiero w odległej przyszłości planuję mieć rozdwojenie jaźni, skupiam się więc na mniej zmęczonym, wyczekującym wieczornej lektury dziecku.
Skupiam się to odpowiednie wyrażenie. Przekrwione, zmęczone oczy rozmazują obraz, płacz młodego nie pozwala odpocząć napęczniałej wydarzeniami głowie, ale mimo to z przyjemnością opieram się na zagłówku sofy w kolorze fuksji i otwieram kolejny rozdział angielskiej książki z baletowymi historyjkami. Blanka niewiele łapie, czasem tylko poszczególne wyrazy, tłumaczę więc mozolnie zdanie po zdaniu, podczas gdy nasze nogi splatają się pod kraciastą kołdrą. Ona wciąż nie ma dość. Nie niecierpliwi się, nie zasypia, słucha do samego końca. Jej ułańskie ballady to pojękiwania młodego, pełen spokoju dziadek to zmęczona matka, a jednak mam wrażenie, że ta kiepska parodia moich własnych wspomnień będzie mimo wszystko wyjątkową pamiątką, pielęgnowaną w szufladkach umysłu dorosłej już Blanki.
Mnie nie może się nie chcieć, nie mogę odpuszczać. Nie wobec jej delikatnego uśmiechu i ściskania mojej ręki coraz bardziej wiotką i senną małą dłonią.
Są sprawy, które muszę tylko pozornie, inne są istotniejsze.
Leżąc obok rozgrzanego ciałka zaczyna ze mnie spływać zdenerwowanie, schodzę więc na dół do męża lekko już zrelaksowana. Gdybyśmy nie byli tak długo ze sobą, pewnie by się na to nabrał, ale on tylko masuje mi stopy, więc wie. Lubi pytać, znać szczegóły, ale zna też granicę moich uczuć. Znów przynoszę do domu efekty konieczności bycia twardą i uśmiechniętą mimo nagromadzenia negatywnych zdarzeń i skrajnych, ludzkich emocji. Nie rozmawiamy długo, to nic nie da. On wie tak samo jak ja, że można uwielbiać ludzi i ich nie znosić, że lubienie powinno wykorzystywać się w relacjach prywatnych, a nie znoszenia unikać zawodowo.
Nie wiem, skąd we mnie ta nadwrażliwość na głupotę i chamstwo. Na chamstwo przede wszystkim, w końcu głupotę nie zawsze można przepracować. Nie ulatnia się ze mnie ta para, nie znajduje ujścia, a ja z każdym kolejnym słowem kurczę się do rozmiarów orzeszka. To żenujące tak obnażać swoje myśli. Najgłębiej skrywane uczucia po to właśnie tam są – aby nie narażać się na ośmieszenie.
A jednak.
Mimo, że wstydzę się własnej emocjonalności, szczególnie wobec porośniętych w życiową mądrość innych ludzi, wypełniam obowiązek samej sobie narzucony, aby dokumentować nie tylko to, co radosne i atrakcyjne. Mam tendencję do zapominania złego, wymazuję przeszłość na tak długo, jak tylko się da, ale nie uczę się przez to na błędach. Ciężko się uodpornić na okoliczności, które się ignoruje, stąd te rzewne i nieco męczące posty listopadowe.
A tymczasem do dziadkowych melodii przebrzmiewających w głowie dołączam szelest kartek i dźwięk migawki – obraz malowany słowem i kadrem. Dokładnie wiem, na co przeznaczyłabym niespodziewane, duże pieniądze. Na to i na czas dla dobrych ludzi.