Recent Posts

#beautifulhungary część 1 (techniczna)

#beautifulhungary część 1 (techniczna)

Pierwsze, co zauważasz wjeżdżając na terytorium Węgier, to przestrzeń. Dziwisz się, bo w miasteczkach zabudowa jest gęsta, posesje niewielkie, domy ściśnięte w zwartym szyku, mix kolorów na budynkach, bo niemal każdy nosi piętno upływu czasu, odpadający tynk i wypłowiała dachówka pozornie nie sprawiają dobrego wrażenia. […]

typy spod ciemnej gwiazdy, czyli co z tą ewolucją

typy spod ciemnej gwiazdy, czyli co z tą ewolucją

jeśli teoria darwina jest wam obca lub wam z nią nie po drodze światopodglądowo, jestem w stanie udowodnić, że ludzie mają tak wiele wspólnego z całym przekrojem świata zwierzęcego, w konsekwencji czego wasze dotychczasowe wierzenia nieodwołalnie obrócą się w niwecz. owszem, poniesiecie sromotną klęskę, porażkę […]

wiosenny regulamin

wiosenny regulamin

Od dłuższego czasu myślę o sobie, jak o pracowniku zakładu komunalnego oczyszczania miasta, czyli o kimś, kto dzień po dniu, z wyłączeniem weekendów, robi czystki na dzielni. Różnica polega a tym, że ja miewam również pracujące soboty i nierzadko niedziele.

Wyszłam z założenia, że jeśli jestem w jakimś sensie nieszczęśliwa, albo raczej coś mi doskwiera, ale nie potrafię znaleźć konkretnej przyczyny, powinnam zacząć od drobiazgów. W pierwszym odruchu wzięłam się za przerzedzenie przestrzeni. Nie potrafię żyć spokojnie w chaosie i choć nienawidzę sprzątać, dla zachowania stałego poziomu psychicznej równowagi muszę mieć względny ład. Nie mogę szukać przez pół dnia, albo domyślać się, gdzie leży długopis, skoro dopiero co porozkładałam kilka sztuk w strategicznych miejscach, żeby uniknąć marnotrawstwa czasu i nerwów. Muszę mieć szuflady i miejsce na powieszenie ubrań, inaczej doprowadzę się do furii za każdym razem, kiedy będę próbowała wyciągnąć z głębokiej półki bluzkę, która być może tam leży. A być może nie, kto wie.

Na drugi ogień poszły powinności. Nie jest to najłatwiejsze zadanie, tym bardziej, że przecież wdrażanie zmian powinno się stopniować, jednak uznałam, że będzie to stanowiło punkt wyjścia do dalszej rewolucji. Muszę się hamować, zwalniać w momencie, kiedy próbuję działać nawykowo. Zauważyłam, że mechanicznie wykonuję wiele czynności, z których większość wymagałaby jednak przemyślenia. Dlaczego przygotowuję dzieciom przekąski pomiędzy posiłkami, skoro nie brakuje im sprawności i bystrości; bezrefleksyjnie schylam się, żeby zawiązać synowi sznurówki, kiedy mi się spieszy;  zgadzam się na niewygodny podział ról, aby uniknąć czyjegoś niezadowolenia; wykonuję obowiązki, które nimi niekoniecznie są, ponieważ zakładam, że ktoś inny by mi je nakazał wykonać? Mam wdrukowanych wiele schematów postępowania i dotąd wydawało mi się, że każda w ich kierunku ofensywa oznacza przeciwstawienie się porządkowi, który ma sens, ponieważ tak wielu go praktykuje. Z drugiej strony zawsze byłam tą powątpiewającą, szukającą logiki i analizującą, dlaczego więc w niektórych sferach dałam się nieść nurtowi? Dopiero niedawno, wstyd się przyznać, bo świeczek na torcie mam już całkiem sporo, tak więc dopiero niedawno dojrzałam do tego, by przestać uznawać autorytety z dzieciństwa. O ile we wczesnym wieku jest to naturalne, budujemy wszak swoje życie w oparciu o wzorce z najbliższego otoczenia, o tyle teraz nie ma już uzasadnienia. Tym bardziej, że nie spotykam ludzi, którzy mogliby stanowić dla mnie autorytet w pełnej krasie. Biorę raczej z ludzi to, co w nich cenię, nie negując jednocześnie ich prawa do błędów w pozostałych sferach. Najważniejsze, że nic nie muszę. Wielce odkrywcze, powiecie. Jak już mnie wykpicie, zerknijcie we własny życiorys i zastanówcie się, czy wasze funkcjonowanie nie opiera się czasem na podobnych schematach. Śmiem twierdzić, że owszem, lecz z pominięciem tych, którzy od życia wyłącznie biorą.

Lucy Mayday Art

Bardzo długo byłam zagubiona wobec postaw, których bazą były niezrozumiałe dla mnie zachowania, ale o których jednocześnie byłam przekonana, że nie pochodzą z pozotywnych pobudek. Nie jest sztuką walka na argumenty, jeśli oponent wykorzystuje poczucie siły, jakie wyrobił w sobie nieczystymi zagrywkami, czym wzbudził w otoczeniu strach. Bazowanie na tupecie może działać na tłumy, ale zawsze znajdzie się taki ktoś, kto  – z różnym temperamentem – zaneguje owo zachowanie. Takich ludzi wcale jest niemało, potrzeba jednak czegoś, co wyzwoli negację i niezgodę na aplauz dla tupeciarzy. Ja akurat stoję zazwyczaj po stronie milczącej, unikającej konfliktu z jednego tylko powodu, o którym potocznie mówi się: rusz gówno, to zacznie śmierdzieć. Nie lubię nieestetycznych porównań, drażni mnie ogólnie pojęta brzydota, którą łączę z zaniedbaniem, a to przecież wynika wprost z działania/zaniechania człowieka, tymczasem przytaczam powiedzenie, które mimo swojego wątpliwego wdzięku ma bezpośredni przekaz. Ludzie są mściwi, jeśli chodzi o naruszenie ich ego, a im większe ego, tym bardziej bezczelne zachowanie, kiedy chcesz załatwić sprawę kulturalnie. Nauczyłam się, że albo olewam, albo mówię głośno przy świadkach, bo może okazać się, że ktoś jeszcze podziela moje zdanie, wobec czego nieuzasadniony autorytet narcyza zostaje podkopany.

Po czwarte – nie z każdym nam po drodze. Pokażę to na przykładzie znajomości internetowej. Szanujesz człowieka za treści, które przedstawia w sieci, fascynuje cię, uważasz go za partnera w poglądach i rozmowie. Masz bliżej nieokreślony wyrzut, że nie znajdujesz mu podobnych w pobliżu i tylko możliwość łączności internetowej pozwala ci na odnalezienie pokrewnej duszy. A później poznajesz tę osobę i czar pryska. Niby zdawałeś sobie sprawę, że człowiek w sieci w jakimś sensie kreuje się, jego obraz zostaje ograniczony do tego, co pokaże i tego, jak ty to zinterpretujesz. Istnieje możliwość edycji, zastanowienia nad tym, co chce się napisać czy powiedzieć, zinterpretowania zawczasu, jaki będzie to miało wydźwięk. Zawsze też można dokonać korekty. W realnym świecie nie dość, że dostrzegasz więcej dzięki zaangażowaniu wszystkich zmysłów, przez co łatwiej wyczuć fałsz, to również możesz prowadzić rozmowę w sposób niewystudiowany, nie wygładzony, ograniczając możliwość przygotowania się do niej, a tym samym budowania przez rozmówcę sztucznego, określonego zawczasu wizerunku. Nawet dyplomatę da się zapędzić w kozi róg i sprowokować do okazania interesujących cię kwestii. Te wszystkie czynniki pozwalają wyczuć, czy jesteś w stanie wytrzymać dłużej z człowiekiem. Może nadal mieć zbieżne do twoich poglądy, ale temperament zupełnie nie współgrający z twoimi potrzebami. Może wyznawać podobne wartości, ale drażnić brakami w innych kwestiach. Tak właśnie jest w życiu. Nowo poznani ludzie nie są dla nas wystarczająco ważni, żeby martwić się ich zdaniem, ale już czas poświęcony kontynuacji znajomości potrafi wywołać poczucie więzi, która z kolei blokuje cię przed podjęciem radykalnych rozwiązań. Zawsze będziesz się zastanawiał, dlaczego teraz nagle masz odrzucić kogoś, kogo dotąd doceniałeś, przebywanie w jego towarzystwie sprawiało ci przez długi okres przyjemność. Otóż macie gotową odpowiedź. Nie trzeba ciągnąć tego wozu na siłę, ponieważ nigdy nie wiemy wszystkiego, poznawanie się to proces, który mimo pierwszych pozytywnych symptomów może jednym szczególnym przekreślić pozostałe. Wartościowanie. To coś, o czym w codziennym życiu zapominamy. Nie mierzmy wszystkich jedną miarą, dopuszczajmy różnorodność, ale też nie zmuszajmy się do utrzymywania sztucznych więzi. Inna sprawa, że nie rozumiemy słowa: lojalność. Prościej by nam było żyć w zgodzie ze sobą, gdybyśmy pojmowali rzeczywistość we właściwy sposób. Dobrze jest też mieć świadomość przekroju ludzkich przywar, bo to określa sposób funkcjonowania człowieka i pozwala na odrzucenie relacji na początkowym etapie znajomości, bez konieczności przeżywania rozterek.

Lucy Mayday Art

A gdy już dobierzemy sobie grono pokrewnych dusz, jak mawiała Ania Shirley, warto czasem zreflektować się i spojrzeć na znajomość z dystansu. Ludzie przyzwyczajeni do bezwarunkowej akceptacji przestają być powściągliwi w wydawaniu opinii. Brakuje im ostrożności w dobieraniu słów, ponieważ bazują na niezachwianym poczuciu bezpieczeństwa, które może jednak zranić brakiem delikatności. Nie wierzę tym, którzy deklarują, że zawsze wobec bliskich są taktowni. Im gorliwsze zapewnienia, tym mniejsze zainteresowanie drugim człowiekiem. Fajnie, gdybyśmy mniej energii trwonili na zapewnienia, zamieniając ją na prawdziwie szczere odruchy.

Lucy Mayday Art

Ostatnia rzecz, choć chyba mimo wszystko najważniejsza – postanowiłam mówić o dobrych rzeczach. Ile to razy pomyślałam sobie o czymś w kategoriach pochwały, znalazłam pozytywny aspekt jakiegoś zdarzenia i nigdy tego nie wyartykułowałam? Nie zliczę. Co więcej, uznałam, że to norma, że wystarczy moja świadomość dobrej strony sytuacji. Co z tego, że moje zdanie może w danym momencie nic nie znaczyć? Kto to ocenia? Warto mówić pozytywnie częściej, niż krytykujemy, a to drugie przydarza nam się przecież nagminnie (uogólniam, ale niech rzuci kamieniem, kto tego nie robi wcale). Nie wiem, czy wynika to z naszego myślenia, wolałabym wierzyć, że nie i że to powściągliwy sposób wychowania hamuje w nas uzewnętrznianie się. Nasi dziadkowie i ojcowie nierzadko mówili nam, że uczucia trzyma się na wodzy, bo ich w ten sposób uczono posłuszeństwa i ta zależność nadal pokutuje w ówczesnym człowieku. Nie podoba mi się ten tok rozumowania. W ogóle nie przepadam za sentencjami płynącymi z męskich ust. Od zarania dziejów złote myśli kobiet padały mimochodem, pomiędzy obowiązkami, bez zadęcia i oczekiwania na glorię i chwałę. Każdy z nas przyczynia się do utrwalenia systemu podziałów, bardzo często słyszę zarzut, że tylko mężczyźni byli słynnymi filozofami. Otóż nie, wiedza o nich wynika ze statusu, jaki zawsze miał mężczyzna. Być może wypowiadając wszystkie pochlebne myśli, które dotąd rzadko zamieniałam na dźwięki, w jakimś stopniu przyczynię się do transformacji postrzegania kobiet przynajmniej w moim najbliższym otoczeniu. Nie jestem wojującą feministką i moje założenie nie dotyczy wyłącznie jednej płci, ale tę jedną być może choćby w niewielkiej mierze wyłoni spod kurzu codzienności. Tego światu potrzeba  – wiary kobiet w kobiety, ponieważ to im powinien być wdzięczny świat za wielorakie role, którymi żonglują nie oczekując poklasku.

Dąbrowska w pigułce

Dąbrowska w pigułce

Po przydługim, ale według mnie koniecznym wstępie, który zawłaszczył cały poprzedni artykuł, wypadałoby w końcu przejść do meritum. Będzie trudniej, bo dla mnie to pewnego rodzaju norma, w trakcie poszczenia działam nawykowo – mechanicznie, ale się postaram. Być może jaszcze kiedyś sama będę musiała skorzystać […]

Post Dąbrowskiej w czasie katolickiego postu

Post Dąbrowskiej w czasie katolickiego postu

Określenie: choroby cywilizacyjne stało się naszym chlebem powszednim, opatrzyło nam się i osłuchało, ponieważ od dawna jest orężem w walce o zbyt. Nieczystej walce. Wiecie może, w jakim kraju w podstawie edukacji obowiązkowej są wytyczne do nauki o tym, że w perspektywie globalnej dobro jednostki […]

Jaume Cabré “Wyznaję”

Jaume Cabré “Wyznaję”

Złożoną naturę tej powieści zwiastuje już na początku słowo od tłumaczki, skąd czytelnik dowiaduje się, że przekład z katalońskiego został bacznie dopilnowany przez autora z zaznaczeniem, które treści mają zostać przetłumaczone, a ile ma pozostać pozornie niewyjaśnionych. Próżno tu też o przypisy i odniesienia. Dzięki tym zabiegom całość jest spójna pomimo wielu wątków, o których czytelnik długo nie uświadamia sobie, że mają wspólny mianownik.

Zaczyna się niewinnie, od opisu dzieciństwa spędzonego przez Adriana Ardevola i Boscha, głównego bohatera, w domu pełnym sprzeczności, antyków, milczenia, muzyki, materialnego dobra, samotności i artystycznego wyrazu. Dalej jednak nic nie jest takie, jak początkowo założyliście. Nic, poza losem Adriana, przypieczętowanym przez życiowe wybory i zaniechania jego ojca. Książka narracyjnie stanowi rodzaj autobiograficznej spowiedzi głównego bohatera, spod której nieoczekiwanie wyłaniają się zdarzenia z odległej przeszłości, żeby równie niespodziewanie zniknąć.

Adrian i jego historia to nośnik dla innego newralgicznego bohatera – skrzypiec. Skrzypiec okupionych ludzkimi tragediami i niewyobrażalnym cierpieniem wielu istot na przestrzeni stuleci. W powierzchni instrumentu odbijają się wszystkie emocje, które wzbudza w nas, karta po karcie Cabré. To one są spoiwem wszystkich wątków i prowadzą czytelnika przez istotę zła.

Bardzo znamiennym, powiedziałabym nawet, że równolegle przewodnim jest wspomniany przed chwilą element zła, zła absolutnego, które momentami chwyta za serce tak mocno, że nie można się z niego otrząsnąć i na powrót żyć w swoim własnym, realnym, powszednim świecie.  Opisy krzywd, choć pozbawione drastycznej dosłowności, osiągają dzięki mistrzowskiemu pióru autora ciasny, mocny i harmonijny z losami bohaterów splot. Narracja prowadzona jest w bardzo wyważonym tempie, napięcie budowane genialnie  – stopniowo, nieznacznie, bez afektowanego tąpnięcia. Cabré tak sprawnie i plastycznie posługuje się językiem, że nie potrzeba radykalizmu w przekazie, ani podkreślania makabryzmu sytuacji, żeby każdym porem ciała czuć to, co czuły ofiary przytoczonych w książce wydarzeń, ale też – o, dziwo! – ich oprawcy.

And finally Wyznaję to również książka o miłości – jej poszukiwaniu, pragnieniu, braku, utracie, zagubieniu, niedostrzeganiu, personifikowaniu i wypaczeniu; o przyjaźni – specyficznej, ale trwałej, do granic szczerej i niezniszczalnej; o bólu z powodu niedostatków; o niemocy i tajemnicach, bez których cała ta opowieść nie miałaby spoiwa.

Powieść ma też wymiar czysto poznawczy, historia miesza się z filozofią, różnorodnością kulturową, religią, lingwistyką, a w końcu podróżą przez Katalonię, Włochy i Niemcy.

Książkę należy czytać uważnie, żeby nie zagubić się w zdaniach, które, jak twierdzi moja koleżanka, nie mają początku i końca. To duże uproszczenie, ale rzeczywiście autor zastosował wybieg stylistyczny w postaci niewyodrębnienia niektórych myśli i rozmów, co powoduje, że Wyznaję trzeba poświęcić wszystkie zmysły. To doprawdy nie jest pozycja, po którą sięga się z doskoku podczas przerwy na lunch. Wspominam o tym wyjątkowym sposobie prowadzenia narracji, bo choć oczywiście nietuzinkowy, nie kupczy, ani nie zyskuje na wartości li tylko z uwagi na oryginalność. Dopełnieniem staje się kontent, mistrzowsko poprowadzone historie, realnie historyczne odniesienia, zdarzenia z pogranicza kilku wieków, a mimo to czytelnik nie czuje rozstrzału pomiędzy wątkiem współczesnym, a na przykład czternastowiecznym, które mieszają się ze sobą w tych samych akapitach.

W mojej opinii Jaume Cabré napisał powieść monumentalną. Tych niemal osiemset stron nie da się porównać z ośmiuset stronami innej książki. Uważam, że to dzieło wiekopomne, godne literackiego Nobla. Bardzo ciężko będzie mi się rozstać z bibliotecznym egzemplarzem, w którym ołówkiem zaznaczałam wszystko, co poruszyło mnie do głębi, czym chciałabym się podzielić oraz zapamiętać. Jeszcze trudniej będzie mi otrząsnąć się z wrażenia, jakie pozostawiło na mnie Wyznaję i przejść w miarę bezboleśnie do kolejnej lektury.  Trzy dni zajęło mi osiągnięcie jako takiej równowagi psychicznej i odnalezienie się w codzienności, co niech będzie dla was znamienne.

Lektura obowiązkowa!

(…) zawsze byłem cudownym dzieckiem w sprawach drugorzędnych.

***

Wkroczył na trudną ścieżkę mądrości. Nie znalazł na niej szczęścia, mimo uporczywych poszukiwań, ale osiągnął pogodę ducha, która doprowadziła go prostą drogą do równowagi i nauczyła się tego uśmiechu.

***

Dla prawdziwej wiary heretyk jest tysiąc razy bardziej niebezpieczny niż poganin. Heretyk żywi się nauczaniem Kościoła, które wyssał z mlekiem matki, a jednocześnie jego zatruta, podejrzanie cuchnąca natura wprowadza rozkład do nabożnej struktury świętych instytucji. (…) W 1941 roku, aby rozwiązać problem raz na zawsze, podjęta została decyzja, żeby się zdystansować od dziecinnych praktyk Świętej Inkwizycji i zaplanować eksterminację wszystkich Żydów bez wyjątku. To, co miało być potworne, niech będzie potworne bez żadnych ograniczeń. A to, co miało być okrutne, niech będzie takie w stopniu absolutnym (…) 

***

Piekło zawsze jest gotowe, żeby wcisnąć się do jakiegoś zakątka naszej duszy.

***

Wojna wyciąga na wierzch najbardziej bestialskie skłonności natury ludzkiej. Ale Zło istnieje niezależnie od wojny i nie potrzebuje żadnej entelechii – zależy od ludzi.

***

Kupcowi Azizzahehowi Alfelati zabroniono pod groźbą kary, choćby jednej łzy żalu, bo kto opłakuje kamieniowaną kobietę, popełnia grzech, który obraża Najwyższego. Nie wolno mu też było w żaden sposób okazywać żałoby, chwała niech będzie Miłosiernemu. Nie pozwolono mu też się z nią pożegnać, ponieważ jako przyzwoity człowiek musiał ją potępić za to, że dała się zgwałcić.

***

Sztuka jest moim zbawieniem, ale nie może zbawić ludzkości.

***

Czasem myślę z lękiem o sile działania sztuki i studiowaniu sztuki. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie rzucają się sobie do gardła, skoro jest tyle rzeczy do zrobienia. Myślę, że poetycką naturą ukrywamy zło i dlatego nie ma dla nas ratunku. Problem w tym, że nikt nie ma czystych rąk. Albo prawie nikt, dokładniej mówiąc.

przyzwoitość

przyzwoitość

Problem z pisaniem bloga innego niż komercyjny jest zasadniczy – nie możesz opisywać rzeczywistości ani subiektywnej, ani obiektywnej, bo ludzie się obrażają. Twoje wnioski i przemyślenia nie wynikają z wyssanych z palca historii czy sennych projekcji alternatywnego życia, ale nawet jeśli wiernie trzymasz się faktów […]

oszukana baba

oszukana baba

gdybym miała określić, co jest moim szczęściem, a co przekleństwem, w obu przypadkach odpowiedź brzmiałaby: ludzie. kiedyś zbliżałam się do odmieńców, osób nie rozumianych przez grupę, a przez to ciekawszych, owianych tajemnicą. często wychodziło na jaw, że w tej ostatniej kwestii zaskoczyć potrafią nijak, przeważnie […]

w malinowo-różanym chruśniaku, czyli zdominowany jabłecznik

w malinowo-różanym chruśniaku, czyli zdominowany jabłecznik

kiedy nie wiem, co ze sobą zrobić, gdzieś mnie niesie, czegoś mi się chce, piekę kruche ciasto. samo wyrabianie nie ma  w sobie żadnej tajemnicy, jest schematyczne, a czynności wykonuje się mechanicznie, jeśli już znasz wszystkie zasady. tak właśnie myślę na potrzeby tego tekstu, ale wiem, że jestem w błędzie. z kruchym trzeba się odpowiednio obchodzić, nie wystarczy byle jak połączyć składniki, a później liczyć na to, że leżakowanie w zamrażalniku zrobi swoje.

najpierw należy pokroić w kosteczkę masło i pozwolić mu się dalej chłodzić. następnie przesiać cukier puder i mąkę patrząc, jak fakturalnie zbita bryła zamienia się w lotny puch. następnie kosteczka po kosteczce wrzucać zgrabnie masło, żeby każda część już wpadając do miski była odpowiednio otoczona białą pierzynką. teraz można się bawić masłem drobiąc je i szczypiąc, a kiedy uznamy, że do uformowania jednolitej masy niedużo już brakuje, dodać żółtko i uporać się z całością.

Lucy Mayday Art

zagniatanie kruchego ciasta powinno być czynnością zdecydowaną, bo im dłużej rozgrzewamy tłuszcz, tym twardsze może nam wyjść po upieczeniu.

uformowaną kulę zawijamy w woreczek i dostawiamy do schłodzenia na co najmniej godzinę w lodówce lub pół godziny w zamrażalniku. po tym czasie dzielimy ją na dwie mniej więcej równe części, jedną pozostawiamy w lodówce, drugą natomiast przygotowujemy do ułożenia w formie.

niektórzy chłodne ciasto rozwałkowują w idealny okrąg, a następnie oprószone mąką rolują na wałku, po czym rozwijają wprost do blachy. nie lubię tego. brakuje w tym finezji, zabawy. sprawia mi przyjemność rwanie kawałków i wylepianie nimi formy do pieczenia. oczywiście czynność ta powoduje zagrzanie ciasta, dlatego po nakłuciu spodu i brzegów widelcem jeszcze przez kilkanaście minut daję mu czas na nabrania wigoru w zimniejszym klimacie.

Lucy Mayday Art

czy to nie pięknie plastyczna czynność, to tworzenie delikatnej w zamiarze, słodkiej przyjemności? pobudzony zostaje zmysł dotyku, wzrok delektuje się alegorią prószącego śniegu, zaczynają pracować łakome ślinianki.

ależ odprężające.

Lucy Mayday Art

krucha tarta z malinami, jabłkami i konfiturą różaną

ciasto:

330 g mąki pszennej

0,5 szkl. cukru pudru

kostka (200 g) zimnego masła

1 większe lub 2 mniejsze żółtka

 

nadzienie:

1 kg twardych jabłek

(nie muszą być bardzo kwaśne, ligole również się sprawdzą)

2-3 łyżki konfitury różanej*

(albo płatków róż zesmażonych z cukrem)

50-100 g cukru

(mniej przy słodkich, więcej przy kwaśnych jabłkach)

1 szklanka malin

(dojrzałe jeżyny będą równie odpowiednie, owoce mogą być mrożone)

 

dodatkowo:

łyżka tłuszczu

2 łyżki mąki

1 łyżka cukru pudru

ziarna fasoli lub ryżu

papier do pieczenia

forma o średnicy 26-28 cm

kruche ciasto zagnieść jak w opisie powyżej. najkorzystniej zrobić je poprzedniego dnia, ale wiem, że wena nie lubi czekać. nasmarować formę do tarty masłem (lub innym tłuszczem, np. olejem kokosowym), obsypać mąką i dopiero wyłożyć połową porcji ciasta. schłodzone i nakłute przykryć arkuszem papieru do pieczenia i obciążyć fasolą lub surowym ryżem. piec 10-15 min w temp. 180 st. (do lekkiego zezłocenia brzegów). drugą część ciasta schować do zamrażarki.

w międzyczasie obrać i pokroić jabłka w średnią kostkę. przełożyć je do rondelka, wymieszać z malinami, a następnie dusić chwilę aż zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

z podpieczonego spodu zdjąć fasolę/ryż i płachtę papieru, posmarować ciasto zimną konfiturą różaną (im więcej, tym smaczniej), wyłożyć jabłka i maliny. wierzch posypać startą na tarce odłożoną częścią ciasta.

piec w tej samej temperaturze od 30 min do godziny (pamiętacie moje problemy z piekarnikiem?), a dokładniej do lekkiego zbrązowienia górnej części ciasta. dolna nabierze wówczas odcienia słonecznego brązu.

zróbcie sobie dobrze, mówię wam!

Lucy Mayday Art

*do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością i na stoiskach regionalnych. konfiturę można oczywiście pominąć

zainspirowałam się przepisem ani włodarczyk, jednak poszalałam nieco z proporcjami nadzienia i nie dałam się namówić na zmianę proporcji mojego idealnego kruchego, ale jeśli macie ochotę sprawdzić pierwowzór, odsyłam tutaj.

wczesna jesień śliwką stoi

wczesna jesień śliwką stoi

kiedy tydzień mija niepostrzeżenie, w piątek masz drugą zmianę, a w sobotę trojka dzieci ciągle czegoś od ciebie chce, bo mąż odpoczywa w pracy, nie tak łatwo dopełnić obietnicy, ugotować coś dobrego, sfotografować i zamieścić przepis na blogu. ale oto dokonałam tego. instagramowe przyrzeczenie uzyskało […]